Mariusz Karwowski

Rys. Sławomir Makal
Myślenie o doskonałości nie powinno opierać się na wskaźnikach, na pokazywaniu, kto jest najlepszy. To pojęcie jest tak wieloznaczne i zależne od kontekstu, że trudno z niego czynić – jak chcieliby niektórzy – polską rację stanu. Dla mnie osobiście to bardziej refleksja nad tym, jak wygląda nasz zawód – mówi dr Karolina Zioło-Pużuk, sekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego, podsumowując dla FA 7. sympozjum naukowo-praktyczne z cyklu Ministerialne Forum Debaty Akademickiej pt. „Dyskurs o doskonałości. Dekonstrukcja krytyczna”.
Wystąpili na nim naukowcy z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu Wrocławskiego, którzy z różnych perspektyw przyjrzeli się doskonałości naukowej. – Doskonałość w nauce wydaje się być czymś oczywistym, przecież ciągle o niej mówimy, zwłaszcza przy okazji ewaluacji, listy czasopism. Rzadko jednak mamy okazję, by porozmawiać, czym tak naprawdę ona jest i skąd się wzięła oraz jak powinna współgrać z polityką naukową państwa, a więc nie tyle doraźnie, co w dłuższej perspektywie czasowej – mówiła wiceminister nauki Karolina Zioło-Pużuk, otwierając spotkanie.
Choć pojęcie doskonałości (tłumaczenie angielskiego terminu excellence) stało się głównym organizatorem akademickiego dyskursu w ostatnich latach – przeniknęło wraz z czerpanymi z Zachodu wzorcami reformowania systemu, a na dobre ugruntowało swoją pozycję po wprowadzeniu tzw. reformy Gowina – to jego obecność w nauce datuje się znacznie dłużej. Przypominając znaczenie dyskursu doskonałości w okresie transformacji ustrojowej, dr hab. Krystian Szadkowski z Pracowni Komunikacji Naukowej na Wydziale Filozoficznym UAM zaznaczył, że wbrew pozorom nie tylko opisywał on stan rzeczywistości, ale przede wszystkim tę rzeczywistość współtworzył. Jak zauważył, już w tamtym okresie raczej pozwalał politykom uzasadniać ograniczenie publicznego finansowania badań, aniżeli przyczyniał się do realnej próby modernizacji systemu. Zdaniem współautora raportu Narodziny dyskursu doskonałości naukowej z ducha terapii szokowej parametryczna ewaluacja jednostek naukowych została zaprojektowana jako tani i dostępny mechanizm pacyfikowania konfliktów o coraz bardziej kurczące się środki. W latach dziewięćdziesiątych stworzono elementy oceny, które są z nami do dziś, a więc konkurencję, publikacje, sprowadzenie doskonałości naukowej do mierzalnej produktywności. Przełożyło się to na działanie i myślenie instytucji. W tym sensie doskonałość z języka modernizacji stała się strategią przetrwania i adaptacji do systemu, w którym nieustannie podcina się finansowanie – stwierdził Szadkowski.
W jego ocenie dyskurs doskonałości, spleciony z naturą nauki jako takiej i w jej imię toczony, sprytnie skrywał swój politycznie zaprogramowany charakter. Paradoksem, dodawał badacz, było uczynienie z doskonałości terminu pustego, nic de facto nieznaczącego dla polskiej racji stanu. Nie jest ona bowiem ani uniwersalnym ideałem, ani neutralnym narzędziem oceny jakości badań – podkreślał prelegent. To mechanizm, który wiąże ze sobą język stałej konieczności reform i racjonalizacji systemu z praktykami selekcji, hierarchizacji i kontroli.
– Dlaczego w polskim systemie są same kije, a nie ma żadnych marchewek? To pytanie, które usłyszałem od kolegów z Turcji, oddaje cały sens dyskursu doskonałości naukowej. Właśnie w ten sposób „uporządkował” on nam naukę. Ponieważ nie tyle opisuje naukę, co ją organizuje. Przede wszystkim tworząc język dla urzędników i polityków, którzy w imię troski o jakość ustanawiają jednocześnie produktywność jako podstawową miarę wartości nauki. Zmiana tego stanu rzeczy wymaga przede wszystkim postawienia pytania o to, jaką rolę nauka ma odgrywać w życiu publicznym – zakończył Szadkowski.
We wspomnianym raporcie, który omawialiśmy też na łamach FA, centralą figurą uczyniono doskonałego naukowca niedofinansowanego systemu. Spotkało się to z krytyką dr hab. Magdaleny Matysek-Imielińskiej z Instytutu Kulturoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego. Model ten, jej zdaniem, jest próbą prywatyzacji publicznych problemów. Można odnieść wrażenie, mówiła badaczka, że to akademicy nie poradzili sobie z transformacją nauki i nie wiadomo z jakich powodów, może przez brak świadomości, wzmacniają teraz system, który ich ogranicza. Model ten, oceniła, stanowi wyraz oczekiwania od naukowców, że z czasem dojrzeją oni do reformatorskich rozwiązań doskonałościowych, staną się bardziej obrotni i konkurencyjni.
– Dyskurs doskonałości i zrodzone z niego ostatnie dwie ewaluacje pokazały, że naukowcy są niedoskonali. Ale dlatego, że dobrze rozumieją, czym jest nauka i cały czas bronią się przed uwewnętrznieniem narzuconej im logiki rywalizacji. Starają się ocalić możliwość uprawiania nauki, ale nie takiej, jak chcieliby ewaluatorzy – mówiła M. Matysek-Imielińska. Jak zauważyła, architekci ewaluacji skonstruowali system bez wyjścia, którego efektem jest doskonały, w ich przekonaniu, naukowiec. W zasadzie nie ma możliwości wymknięcia się z tej matni: bądź doskonały albo giń. Badacze nauczyli się jednak umiejętnie ogrywać system, próbując ocalić etos zawodu i uzasadnić swoją rolę społeczną jako uczonych. Jak zauważyła, nie odbywa się to bezkosztowo. Ceną są nie tylko pochłaniane prywatne zasoby – i czasowe, i materialne – ale także alienacja wobec akademii i społeczeństwa.
– Dekonstrukcja modelu doskonałości powinna dzisiaj polegać na terapii sprawiedliwości systemowej i po prostu przyznaniu, że system nauki od samego początku nie był w stanie zapewnić warunków, by cokolwiek wytworzyć, a jedynie żerował na swoim środowisku, wmawiając naukowcom, że na własne życzenie i z własnej winy są doskonałymi frajerami – przekonywała.
Jej zdaniem, o ile można było hasło „Naszym celem jest Zachód” uzasadniać w okresie transformacji, o tyle nie do obrony stało się ono po pierwszych reformach minister Barbary Kudryckiej. Nadganianie mitycznego Zachodu, oceniła, wynikało nie tyle z niedoborów finansowych, lecz przede wszystkim z braku własnych celów i ambicji. Jednym słowem, z braku wizji na akademię i na rolę nauki, którą chcemy lokalnie budować.
Pochwałę niedoskonałości wygłosiła z kolei dr hab. Iwona Kurz z Uniwersytetu Warszawskiego. Czy moje badania były kiedyś doskonałe? – zapytała na początek i od razu zastrzegła, że nigdy nie stawiała sobie takiego celu. Tradycja doskonałości jest chyba ostatnią, do której chciałaby się odwoływać. Jak zauważyła, doskonałość badań leży w ich niedoskonałości, stąd falsyfikacja, uwzględnianie innych interpretacji, ale także dopuszczenie porażki, przed czym nasz system się wzbrania. Tymczasem badania mogą się przecież nie powieść, co może być lekcją dla innych naukowców. Na to wszystko nakłada się jeszcze niedoskonałość współczesnego świata.
– Nie jesteśmy słuchani, nie umiemy wyjaśnić, dlaczego zasługujemy na to, by nas wysłuchać. Tłumaczymy się ciągle z tego, dlaczego nasze badania wyglądają tak, a nie inaczej, dlaczego niekiedy sobie przeczą. Musimy się przeprogramować i to w fundamentalnym sensie, chociażby w kontekście zmian w technologiach komunikacji społecznej – nawoływała.
Zmiana polityki naukowej, mówiła, musi się dokonać po obu stronach, i badaczy, i urzędników, którzy nadają kształt akademickim praktykom. Dziś problemem jest daleko posunięta niedoskonałość instytucji towarzysząca doskonałości praktyk adaptacyjnych, które pozorują uprawianie nauki. Jeśli premiuje się jak najwięcej publikacji, to idziemy „na ilość”. Jeśli ustala się punktację czasopism, to szukamy tych z największą liczbą punktów. Nie ma to nic wspólnego z uprawianiem nauki.
Badaczka odniosła się też do głośnego ostatnio sporu lokalne vs. globalne, którego istotą, jej zdaniem, jest przesuwanie środków, których permanentnie brak. Można więc pomyśleć o tym, jak inaczej dysponować tymi funduszami, które są w dyspozycji.
– Naszym zobowiązaniem jest tworzenie lokalnego języka komunikacji społecznej i języka społecznego, w którym nauka odgrywa istotną rolę. Nie możemy zrezygnować z języka polskiego jako języka prowadzenia badań i nie jest to, jak chcą niektórzy, tylko kwestia upowszechniania czy popularyzacji, ale sprawa absolutnie fundamentalna – wskazywała. Oczywiście, dodała, nie należy zaprzestawać publikacji w czasopismach anglojęzycznych, ale może zamiast wspierać prywatne konsorcja zagraniczne, które od lat żyją z budżetu polskiej nauki, nie wydając grosza na jej promocję, należałoby zadbać w Polsce o stworzenie silnego wydawnictwa czy konsorcjum wydawnictw uczelnianych, które zajmie się rzeczywistym umiędzynarodowieniem i będzie wsparciem dla naukowców.
O tym, jak praktyki ewaluacyjne nadają znaczenie, mówiła dr Kamila Lewandowska z Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych (EUROREG) Uniwersytetu Warszawskiego. Przywołała badanie, w którym analizowano ponad 2,6 tys. opisów wpływu społecznego. Najbardziej eksponowane były w nich uchwytne efekty współpracy nauki z przemysłem, a więc gotowe produkty, licencje, wdrożenia. Tymczasem, jak zauważyła, w innych krajach tę współpracę definiuje się głównie przez nieformalne relacje (wspólne projekty, doradztwo, certyfikaty). Czy zatem właściwa jest teza, że w Polsce opracowujemy wyjątkowo dużą liczbę wdrożeń?
– Nie, natomiast wpływ na to ma dowodowa logika naszego systemu ewaluacji: wymaga się potwierdzenia wpływu formalnymi dokumentami. Aplikacje są łatwiejsze do udowodnienia niż długofalowe relacyjne procesy współtworzenia wiedzy. Obecny system skłania zatem do raportowania tych osiągnięć, które najlepiej wpisują się w mierzalne wskaźniki. Sposób, w jaki trzeba sprawozdawać efekty, zmienia definicję samego wpływu społecznego – tłumaczyła badaczka. Dodała, że na tym przykładzie najlepiej widać tzw. lukę ewaluacyjną, czyli niedopasowanie między tym co mierzą wskaźniki stosowane w ocenie, a tym na czym faktycznie polega praca badawcza. Ewaluacja, przekonywała, ma charakter performatywny, a więc poprzez nagradzanie określonych działań i osiągnięć kształtuje się zarazem praktyki badawcze, a przez to w ogóle rozumienie jakości i wpływu badań naukowych. Konstatowała, że przy projektowaniu systemów ewaluacji nieustannie się o tym zapomina.
Na pomijany w dyskursie doskonałości aspekt wielojęzyczności w naukach humanistycznych i społecznych zwrócił z kolei uwagę dr Stanisław Krawczyk z Zakładu Socjologii Wiedzy i Kultury w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego. To nie tylko pisanie w języku ojczystym czy po angielsku, ale również w języku trzecim. W niektórych obszarach HS wielojęzyczność (i regionalność) jest normą, prestiżowe publikacje ukazują się np. po niemiecku czy francusku. Tyle że reformy z lat 2018–2019, wraz z towarzyszącym im dyskursem doskonałości, wspierały międzynarodową komunikację naukową głównie po angielsku. Inne języki i kultury akademickie zostały, w ocenie prelegenta, zmarginalizowane. Tymczasem wielojęzyczność w HS to nie tylko stosowanie różnych języków w różnych krajach, ale nawet w obrębie jednego. Stopień wielojęzyczności jest odmienny także w poszczególnych dyscyplinach: w psychologii więcej niż w historii publikuje się po angielsku, z kolei historia i archeologia (poza badaniami nad językami i literaturą) mają w Polsce najwięcej artykułów w tzw. językach trzecich. Zdaniem badacza, warto to docenić. Przede wszystkim ze względów poznawczych. Każdy język, każda kultura akademicka inaczej patrzy na świat. Czytanie Heideggera po niemiecku jest czym innym niż lektura jego prac po angielsku. Podobnie jest z pracami Kartezjusza po francusku. Ale są i inne powody. To rozwój współpracy badawczej z sąsiednimi krajami, ale też z krajami odległymi o zbliżonej pozycji geopolitycznej (np. część państw Ameryki Łacińskiej). To także kwestie strategiczne, jak np. dyplomacja naukowa w Europie Środkowo-Wschodniej. Wreszcie ostatni aspekt dotyczy prywatyzacji wiedzy w języku angielskim, czego doświadczyliśmy przy okazji pandemii COVID-19.
Jak mogłoby wyglądać wsparcie dla wielojęzyczności? Między innymi poprzez dostęp do publikacji w wielu językach, warto pomyśleć też o wskaźnikach ewaluacyjnych z baz danych, które w większym stopniu niż WoS i Scopus odpowiadają wielojęzyczności nauk humanistycznych i społecznych. Również dobór recenzentów w konkursach grantowych mógłby być szerzej ukierunkowany niż tylko na ekspertów angielskojęzycznych.
O tym, czego nie dostrzega dyskurs doskonałości, mówił natomiast dr hab. Andrzej Nowak z Zakładu Filozofii Nauki i Techniki na Wydziale Filozoficznym UAM. A nie dostrzega ludzi wiedzy, a więc aspektów równościowych, reprodukcyjnych, sensotwórczych, także wypalenia zawodowego, ale i nie widzi całej osnowy, która podtrzymuje wiedzę. To drugie jest powodem, dla którego zwalczanie fake newsów, dezinformacji jest tak nieskuteczne. Dyskurs doskonałości jest w kontrze do nas, naukowców – mówił. Wyniki prowadzonych przez niego badań jakościowych pokazały, że właśnie po 2018 roku uniwersytet przestał pełnić swoją organiczną funkcję społeczną, skupiając się niemal wyłącznie na wskaźnikach.
– Widać w wywiadach wyraźne pęknięcie ontologiczne, nastąpił rozpad świata akademickiego na dwie niekomunikujące się rzeczywistości: oficjalną politykę sukcesu, gdzie królują strategie, punkty, ewaluacja, sprawozdawczość, oraz na codzienną, żmudną praktykę badawczą i dydaktyczną. To sprawia, że uniwersytet staje się „u-nie-wersytetem”, w którym biurokracja jest nadrzędna wobec wartości pracy akademickiej – raportował.
Na koniec głos zabrała wiceministra Karolina Zioło-Pużuk. Stwierdziła, że performatywny efekt dyskursu doskonałości naukowej (sama, jak przyznała, woli określenie „kształtujący”) widać najlepiej w patologiach systemu, który wypromował publikowanie ilościowe, drapieżne, byle po angielsku, bez dbałości o jakość, ze znikomą cytowalnością, ale za to nagradzane przez uczelnie i instytuty. Zmiany, które zaproponowała w nowej ewaluacji, mają premiować co innego.
– Myślenie o doskonałości nie powinno opierać się na wskaźnikach, na pokazywaniu, kto jest najlepszy. To pojęcie jest tak wieloznaczne i zależne od kontekstu, że trudno z niego czynić – jak chcieliby niektórzy – polską rację stanu. Dla mnie osobiście jest to bardziej refleksja nad tym, jak wygląda nasz zawód – podsumowuje dla FA wiceszefowa resortu. W imię tak pojmowanej doskonałości wprowadzony zostanie II filar oceny, który pozwoli zobaczyć pracownika w całym ekosystemie, nie tylko od strony uprawianej przez niego nauki, ale też i warunków, w jakich to robi. Odpowiedzialność za ten drugi obszar leży już po stronie instytucji.
– Będzie to dla nich swego rodzaju papierek lakmusowy. Wiadomo, poszczególne jednostki różnią się od siebie, ale jesteśmy w stanie pokazać, że są uczelnie czy instytuty, które będąc w gorszej sytuacji, potrafią zrobić więcej z posiadanymi zasobami także w kwestii tworzenia przyjaznego środowiska pracy. Mam nadzieję, że dzięki temu naukowcy zyskają o wiele więcej wolności, swobody – mówiła na spotkaniu Zioło-Pużuk. Dodała, że ewaluacja oparta w dużym stopniu na ocenie eksperckiej ma być mniej uciążliwa zarówno dla administracji uczelni czy instytutu, jak i samych naukowców, ale też i znacznie tańsza od obecnej. Zadeklarowała, że chce odejść od mierzenia działalności naukowej jako celu samego w sobie.
– Naukowcy znajdują się dziś w sytuacji, w której to podatnik płaci za ich badania, za możliwość publikacji wyników w renomowanych czasopismach, a później jeszcze raz za dostęp. To naukowe Las Vegas, tyle że zamiast kasyn wygrywają zawsze zagraniczne koncerny wydawnicze. Jest to bardzo nie w porządku, a naszą bronią powinno być wzmacnianie naszych publikacji w międzynarodowym obiegu poprzez otwarty do nich dostęp – wskazywała. Nie chodzi przy tym tylko o publikacje w języku polskim, ale też o anglojęzyczne prace opisujące polskie badania. Zapowiedziała, w zależności od dostępnych środków, nowy program dla czasopism dwujęzycznych.
– Chcemy pokazywać polską naukę opisywaną w naszym języku, ale też po angielsku, która będzie otwarta dla wszystkich. Jeśli fundusze nam pozwolą, to w przyszłym roku uruchomimy specjalny program dla czasopism, które decydują się na artykuły polskich autorów w dwóch wersjach językowych i nie będą wymagały przy tym dodatkowych opłat. Oczywiście, nie od razu polska nauka stanie się lepiej widoczna, ale od czegoś trzeba zacząć i dlatego chcemy mieć własne liczące się „wehikuły” na tej międzynarodowej autostradzie – deklaruje sekretarz stanu w MNiSW.
Oczekiwanym rezultatem tych działań, zdaniem wiceszefowej resortu, miałaby być w perspektywie najbliższej dekady rozpoznawalność kilku, kilkunastu czasopism w różnych dyscyplinach na rynku nie tylko europejskim, ale i światowym. – Tak, to ambitne założenie, ale realne – przyznaje Karolina Zioło-Pużuk.
Mariusz Karwowski