Monika Miazek-Męczyńska

Jeszcze nie opadły emocje wywołane zmaganiami sportowców na zimowych igrzyskach we Włoszech, nie zdążyliśmy się nadziwić, że ponownie udało się pokonać rekordy, że można było zrobić wszystko szybciej, wyżej, mocniej (Citius, altius, fortius), a już myśli kibiców kierują się ku kolejnym igrzyskom olimpijskim, które w lipcu 2028 r. odbędą się w Los Angeles. Serca kibiców biją bowiem w rytmie wydarzeń sportowych i dzieje się tak od tysiącleci, odkąd zaczęto w sposób zorganizowany rywalizować w rozmaitych dyscyplinach sportowych, a rytm ten już w starożytności był bardzo mocny i regularny.
Nowożytne igrzyska olimpijskie wyrastają, oczywiście, z tradycji antycznej, z czasów, gdy następstwem zmagań sportowych w świętym gaju Zeusa w Olimpii odmierzano upływ kolejnych czteroleci (olimpiad). Panhelleński charakter miały również igrzyska pytyjskie (organizowane w Delfach), igrzyska nemejskie (w Nemei) i igrzyska istmijskie (w Istmii na Przesmyku Korynckim), które odbywały się regularnie w wyznaczonych latach pomiędzy igrzyskami olimpijskimi. Do tego dochodziły różnego rodzaju pomniejsze zawody o charakterze lokalnym, związane z regionalnymi świętami ku czci bóstw, miejscowymi festiwalami i uroczystościami religijnymi. W trakcie takich uroczystości, zazwyczaj parodniowych, oprócz rywalizacji sportowej miały miejsce także rozmaite konkursy muzyczne, w których o nagrody ubiegali się wirtuozi gry na rozmaitych instrumentach, śpiewacy, a także aktorzy. Specyficznie artystyczny charakter miały zwłaszcza igrzyska pytyjskie, poświęcone Apollonowi, bogu muzyki i poezji, w trakcie których zmagania muzyczne i literackie (recytacja hymnu poświęconego Apollonowi z towarzyszeniem kitary, gra na aulosie i kitarze, konkurs poetycki i dramatyczny) poprzedzały stricte atletyczną część zawodów, co świadczy o szczególnej randze agonów artystycznych.
Splecenie sportu ze sztuką na igrzyskach odbywało się również na innych poziomach. Olimpionicy (zwycięzcy igrzysk olimpijskich) zyskiwali chociażby prawo do wzniesienia swojego posągu, a ich osiągnięcia wychwalano w specjalnych utworach, zwanych epinikiami. Te ody, przeznaczone do wykonania chóralnego, opiewały osobiste dokonania zwycięzców, jak również ich rody i miasta pochodzenia, ozdabiając blaskiem sławy wszystkich, którzy przyczynili się do sukcesu, w tym zwłaszcza przychylnych bogów i hojnych mecenasów. Szczególnie zasłużonym twórcą tego „sportowego” gatunku lirycznego był Pindar, poeta grecki żyjący na przełomie VI i V w. p.n.e., z którego bogatego dorobku zachowały się do naszych czasów głównie epinikia, pogrupowane w cztery księgi ód olimpijskich, pytyjskich, nemejskich i istmijskich. Utwory te – wzniosłe, dostojne, pełne mitologicznych nawiązań i poetyckiej maestrii – zapewniły Pindarowi wśród współczesnych uznanie nie mniejsze niż dokonania opiewanych przez niego sportowców, natomiast wśród potomnych – sławę nieporównanie większą, trwającą do dziś.

Włodzimierz Skoczylas, Łucznik II, drzeworyt
Skoro zatem sport i sztuka łączyły się na igrzyskach starożytnych, również w ich nowożytnej odsłonie nie mogło zabraknąć tego mariażu, o co zadbał sam pomysłodawca odrodzenia igrzysk olimpijskich, baron Pierre de Coubertin (1863–1937). To z jego inicjatywy w latach 1912–1948 kolejnym igrzyskom letnim towarzyszył Olimpijski Konkurs Sztuki i Literatury, przyznający złote, srebrne i brązowe medale w takich dziedzinach sztuki jak literatura, rzeźba, malarstwo, architektura oraz muzyka. Medale dla artystów przyznano siedem razy: po raz pierwszy na igrzyskach w Sztokholmie (1912), a następnie w Antwerpii (1920), Paryżu (1924), Amsterdamie (1928), Los Angeles (1932), Berlinie (1936) i Londynie (1948), polscy twórcy stanęli zaś na podium ośmiokrotnie, zdobywając trzy złote, dwa srebrne i trzy brązowe krążki.
Sam konkurs przeżywał swoistą ewolucję, związaną z doprecyzowaniem i poszerzeniem zakresu poszczególnych konkurencji, a także z rosnącym zainteresowaniem artystów-amatorów (podkreślić należy, że „amatorstwo twórców” było traktowane jako warunek konieczny dopuszczenia do rywalizacji, podobnie jak w przypadku sportowców, a trudność w rozstrzygnięciu, co decyduje o byciu artystą-amatorem, stała się koronnym argumentem do podjęcia w 1949 r. decyzji o zaprzestania konkursu). W swej pierwszej odsłonie z 1912 roku konkurs obejmował pięć konkurencji (architektura, literatura, muzyka, malarstwo, rzeźbiarstwo). Do rywalizacji przystąpiło wówczas trzydziestu trzech twórców reprezentujących dwanaście państw, a medali wręczono sześć: pięć złotych i jeden srebrny. Lekko ironiczny uśmiech może dziś budzić fakt, że sam pomysłodawca konkursu, baron Pierre de Coubertin, otrzymał złoty medal w konkurencji „Literatura” za utwór Oda do Sportu, ale pamiętajmy, że zgłosił go do zawodów pod pseudonimem, a nawet pod dwoma, gdyż pod francuską wersją ody podpisany był jako Georges Hohrod, a pod niemiecką jako Martin Eschbach. W swoim wierszu autor z emfazą zwraca się do personifikowanego Sportu, który postrzega jako synonim najważniejszych wartości formujących kulturę: piękna, sprawiedliwości, śmiałości, honoru, radości, płodności, postępu i pokoju. Oddany całym sercem idei olimpizmu, Pierre de Coubertin widzi w aktywności fizycznej echo pradawnych czasów, gdy światy ludzi i bogów przenikały się wzajemnie, a ludzkość zaczynała się dopiero kształtować:
„O Sporcie, rozrywko bogów, esencjo życia objawiona nagle
pośród karczowiska daremnych trudów dnia dzisiejszego,
promienny wysłanniku odległych czasów ludzkiego uśmiechu.
Pojawiłeś się i na wierzchołkach gór rozbłysła jutrzenka,
a promienie światła przenikać poczęły mroki puszczy.[…]
O Sporcie! Ty jesteś Pokój!
Ty ustanawiasz przyjacielskie związki między ludami,
zbliżając je sobie we wspólnym kulcie siły ujarzmionej, rzeczniczki ładu, zwyciężczyni siebie.
Tobie zawdzięcza wszystka młodzież świata poznanie siebie
i poszanowanie wzajemne bogactw kultury swych krajów.
I tak najwyższe wartości narodów stają się źródłem
szlachetnej walki i pokojowego współzawodnictwa”.
(przeł. Jadwiga Sadowska)

Janina Konarska, Stadion, drzeworyt
Kończąca utwór strofa będąca apoteozą pokoju, nawiązująca do idei świętego pokoju (ekecheiria), który w starożytności panował każdorazowo przez dwa miesiące okalające igrzyska w Olimpii, by zapewnić sportowcom i widzom spokojną podróż do i z miejsca zmagań, w bardzo dobitny sposób podkreśla holistyczne traktowanie tradycji antycznego olimpizmu przez de Coubertina. W jakimś stopniu wyznaczył on również tym utworem trend wyraźnie widoczny w wielu z docenionych w kolejnych konkursach dzieł – antykizowanie i mitologizowanie sportu, będącego doświadczeniem jeśli nie boskim, to przynajmniej heroicznym, opartym na ciągłym pokonywaniu ograniczeń ludzkiego ciała.
Drugi Olimpijski Konkurs Sztuki i Literatury na igrzyskach w Antwerpii (1920), przesuniętych w czasie ze względu na I wojnę światową, nie cieszył się wielkim zainteresowaniem, wzięło w nim udział tylko jedenaścioro twórców z pięciu państw. Należy jednak podkreślić w tym wypadku udział w zmaganiach artystycznych pierwszej kobiety. Malarka Henriette Brossin de Méré-de Polanska, reprezentująca Francję, a mająca polskie korzenie, zdobyła wówczas medal srebrny za obraz pt. Skok (złotego medalu w tej konkurencji nie przyznano). Kolejna odsłona konkursu, cztery lata później w Paryżu, spotkała się ze znacznie większym zainteresowaniem, gdyż tym razem swoje prace zgłosiło 189 artystów reprezentujących dwadzieścia cztery państwa. Przyznano wówczas łącznie czternaście medali (żadnego w konkurencji „Muzyka”). O renomie wydarzenia świadczył fakt, że prace konkursowe zostały zaprezentowane szerokiej publiczności w paryskim Grand Palais.
Dla polskich sportowców i artystów-olimpijczyków prawdziwym przełomem okazały się jednak dopiero igrzyska w Amsterdamie w 1928 r. Nie tylko po raz pierwszy cieszyli się wówczas Polacy złotym medalem olimpijskim zawieszonym na szyi wybitnej dyskobolki Haliny Konopackiej, ale również mogli fetować dwa medale polskich artystów: poeta Kazimierz Wierzyński zdobył bowiem złoto w konkurencji „Literatura: Prace liryczne” za tomik poetycki pt. Laur olimpijski, a Władysław Skoczylas (malarz, rzeźbiarz i grafik) otrzymał trzecie miejsce i medal brązowy w konkurencji „Malarstwo: Rysownictwo” za cykl akwarel (Łucznik (stojący), Łucznik II (klęczący), Jeleń świętego Huberta i Diana). Polska po raz pierwszy przystąpiła wówczas do konkursu. Odbyło się to na podstawie starannie przeprowadzonej preselekcji, za którą odpowiadała Komisja Sztuki przy Polskim Komitecie Olimpijskim. Polscy twórcy rywalizowali tym razem z ponad czterystoma artystami w tych samych pięciu, ustalonych już czterokrotną praktyką konkurencjach, które jednak uszczegółowiono, wyodrębniając podkategorie nagradzane osobnymi medalami (Architektura: Projekty architektoniczne; Plan miasta; Literatura: Prace liryczne; Prace dramatyczne; Prace epiczne; Muzyka: Pieśń; Jeden instrument; Orkiestra; Malarstwo: Malarstwo; Rysownictwo; Prace graficzne; Rzeźbiarstwo: Statuetki; Płaskorzeźby i medaliony). Ciekawostką może być fakt, że w rozbudowanej konkurencji „Muzyka” przyznany został zaledwie jeden medal i to brązowy, a otrzymał go Duńczyk Rudolph Simonsen za Symfonię No. 2 Hellas.
W Polsce najszerszym echem odbił się sukces Kazimierza Wierzyńskiego, który na wieść o zwycięstwie miał pospieszyć do Amsterdamu, żeby wziąć udział w uroczystości wręczenia medali i napawać się euforią ostatnich dni igrzysk. Po trudnych emocjach towarzyszących samemu udziałowi w konkursie (atmosfera niepewności odnośnie do ilości uczestników i osób oceniających zgłoszone dzieła, niemożność oszacowania jakości przekładu – Laur olimpijski został przedstawiony jury konkursowemu w tłumaczeniu na język niemiecki) nadszedł czas tryumfalnej radości, samego poety i całej Polski. Krzysztof Zuchora, w posłowiu do wydania Lauru olimpijskiego w 90-lecie zdobycia złotego medalu na Olimpiadzie w Amsterdamie (Warszawa 2018) przytacza cytat z „Tygodnika Ilustrowanego”, wyrażający ogólnonarodowy entuzjazm wywołany medalami zdobytymi przez poetę i malarza: „Brawo Wierzyński! Brawo Skoczylas! Dzięki wam sztuka polska zamigotała nowym blaskiem w obliczu wszystkich narodów! Dzięki wam, dzięki waszej sztuce, znowu uczczono biało-czerwoną flagę na międzynarodowej arenie!”
Ten entuzjazm, choć krótkotrwały, wybrzmiał echem międzynarodowym, gdyż po olimpijskim sukcesie tomik poezji Wierzyńskiego został w krótkim czasie przełożony na francuski, włoski, rosyjski i hebrajski, a w wielojęzycznych recenzjach pobrzmiewały zachwyty nad klasycznym, podniosłym tonem wierszy, ich śmiałą metaforyką, metafizycznym doświadczeniem ukrytym za fizycznym aktem biegu, skoku czy rzutu. Opisując w piętnastu utworach herosów stadionu opowiedział bowiem Wierzyński historie ponadczasowe, zakorzenione w starogreckich dziejach i sztuce, lecz jednocześnie przekraczające granice epok. Jego sportowcy zastygli w ruchu niczym Dyskobol Myrona, zostali uchwyceni w biegu czy skoku – oderwani od ziemi, wymykający się prawom grawitacji jak postaci z attyckich waz czarnofigurowych. Choć pretekstem do powstania tych utworów byli inni lekkoatleci i lekkoatletki, bohaterowie epoki Wierzyńskiego (niektórzy z nich zostali nawet nazwani w wierszach z imienia i nazwiska), współczesny czytelnik bez trudu dopasuje do poszczególnych liryków twarze znane z dzisiejszych aren sportowych. Czy na przykład komukolwiek czytającemu wiersz pt. Skok o tyczce nie stanie natychmiast przed oczami współczesny wielokrotny rekordzista świata w tej dyscyplinie, zadziwiający Armand Duplantis, który:
„Już odbił się, już płynie! Boską równowagą
Rozpina się na drzewcu i wije, jak flagą,
Dolata do poprzeczki i z nagłym trzepotem
Przerzuca się jak gdyby był ptakiem i kotem.
Zatrzymajcie go w locie, niech w górze zastygnie,
Niech w tył odrzuci tyczkę, niepotrzebną dźwignię,
Niech tak trwa, niech tak wisi, owinięty chmurą,
Rozpylony w powietrzu, leciutki jak pióro.
Nie opadnie na siłach, nie osłabnie w pędzie,
Jeszcze wyżej się wzniesie, nad wszystkie krawędzie,
Odpowie nam z wysoka, odkrzyknie się echem,
Że leci prosto w niebo, jest naszym oddechem”.
UwieńczeniZłoty sukces olimpijski Wierzyńskiego powtórzyli później jeszcze dwaj artyści. W 1932 r. na igrzyskach w Los Angeles złoty medal w konkurencji „Rzeźbiarstwo: Medale i płaskorzeźby” za rzeźbę Wieńczenie zawodnika otrzymał Józef Klukowski, artysta rzeźbiarz, malarz i grafik. Cztery lata później w Berlinie zdobył on jeszcze srebrny medal za płaskorzeźbę Piłkarze. Złotym medalistą Olimpijskiego Konkursu Sztuki i Literatury w jego ostatniej odsłonie, w Londynie w 1948 r., został natomiast kompozytor i dyrygent Zbigniew Turski za Symfonię Olimpijską (konkurencja „Muzyka: Chór i orkiestra”). Ponadto srebrnym medalem w Los Angeles (1932) nagrodzono malarkę i graficzkę Janinę Konarską za drzeworyt Stadion, a podczas igrzysk w Berlinie (1936) brązowe medale przyznano pisarzowi Janowi Parandowskiemu za osadzoną w realiach siedemdziesiątych szóstych igrzysk antycznych (476 r. p.n.e.) powieść Dysk Olimpijski (konkurencja „Literatura: Prace epiczne”) oraz malarzowi i grafikowi Stanisławowi Ostoi-Chrostowskiemu, późniejszemu rektorowi warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, za Dyplom Yacht Klubu RP (konkurencja „Malarstwo: Reklamowa sztuka graficzna”). Wraz z garścią wyróżnień otrzymanych w rozmaitych konkurencjach (np. dla Jarosława Iwaszkiewicza za Odę Olimpijską, Londyn 1948) stanowią one cały polski artystyczny olimpijski dorobek medalowy, co w klasyfikacji drużynowej lokuje Polskę na dziewiątej pozycji.
Znicz olimpijski zapłonie ponownie już za dwa lata. Rozpalony w starożytnej Olimpii ogień, przeniesiony w sztafecie przez Atlantyk, rozświetli na kilkanaście dni niebo nad stadionem w Los Angeles, dając milionom kibiców z całego świata chwilową otuchę i nadzieję na święty pokój, a pięć różnobarwnych kół na fladze olimpijskiej będzie przypominało o równości i zjednoczeniu mieszkańców wszystkich kontynentów wokół idei szlachetnej, pokojowej rywalizacji. Może którejś z biegaczek, któremuś z biegaczy, skupionym bezgranicznie wśród wrzawy stadionu na majaczącej w oddali linii mety, zabrzmią wówczas w głowie słowa z wiersza Nurmi autorstwa Kazimierza Wierzyńskiego, nagrodzonego sto lat wcześniej złotym medalem olimpijskim:
„Niesie mnie wiatr moich skrzydeł,
wiatr wielki i niezmożony.
Skanduję tempo i wzmagam,
przechodzę już do finiszu,
Powiedzcie tym tłumom ludzi –
niech zmilkną, niech się uciszą.
Nie chcę żadnego zwycięstwa,
nie chcę ich braw, ani krzyku,
Chcę przerwać taśmę i spocząć
na starym, greckim pomniku”.
Może znajdzie się również poeta, zwieńczony laurem, który następnie opisze ich zwycięstwo – tak jak Pindar, tak jak Kazimierz Wierzyński.
Dr hab. Monika Miazek-Męczyńska, prof. UAM, neolatynistka, literaturoznawczyni, tłumaczka łacińskiej poezji i prozy, Instytut Filologii Klasycznej na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu