Rozmowa z prof. dr. hab. inż. Mieczysławem Poniewskim, prezesem Stowarzyszenia Zbiorowego Zarządzania Prawami Autorskimi Twórców Dzieł Naukowych i Technicznych „KOPIPOL”

Prof. dr hab. inż. Mieczysław Poniewski (ur. w 1943 r.) specjalizuje się w zagadnieniach wymiany ciepła w przepływach wielofazowych oraz termodynamiki procesów nierównowagowych. Pracował na Politechnice Warszawskiej (uzyskał tytuł professor emeritus) i Politechnice Świętokrzyskiej, której prorektorem był w 1993-1999. Jest członkiem Komitetu Termodynamiki i Spalania, a także Komitetu Założycielskiego Stowarzyszenia KOPIPOL oraz od 1995 roku przewodniczącym Zarządu Stowarzyszenia. Nagradzany indywidualnie i zespołowo przez ministra edukacji narodowej oraz rektora Politechniki Warszawskiej za dorobek naukowy i dydaktyczny. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Medalem Komisji Edukacji Narodowej, Medalem nr 12 Podsekcji Przepływów Mikro i Wielofazowych Komitetu Mechaniki PAN oraz Odznaką Zasłużony dla Politechniki Warszawskiej. Fot. Mateusz Wolski
Panie profesorze, jak doszło do powstania KOPIPOL-u w połowie lat dziewięćdziesiątych? Dlaczego to się stało w Kielcach? Czy istotne było, że zajęli się tym inżynierowie, czyli ludzie mający do czynienia z ochroną własności przemysłowej?
Początek, jak to bywa z rzeczami ważnymi, był nieoczywisty. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o tej idei, pomyślałem, że dla inżyniera to będzie swoisty „płodozmian”. Wyjście poza własną dziedzinę, poza utarte schematy. I jak się okazało, ten „płodozmian” trwa do dziś, już ponad trzy dekady. Impuls rzeczywiście wyszedł od ludzi, którzy mieli odwagę myśleć szerzej: profesora Jana Błeszyńskiego, prawnika, specjalisty w zakresie prawa autorskiego i własności intelektualnej, oraz prof. Bogdana Michalskiego, specjalisty w zakresie prawa prasowego. Obaj są związani z Uniwersytetem Warszawskim. Ale bardzo szybko ta idea przestała być inicjatywą kilku osób. Stała się wspólnym przedsięwzięciem środowiska naukowego z całej Polski, z różnych dyscyplin i różnych doświadczeń. Bo trzeba jasno powiedzieć: to nie był projekt „inżynierski” ani „prawniczy”. To był projekt ludzi nauki. Owszem, być może mój sposób myślenia – bardziej systemowy, nastawiony na szukanie rozwiązań – miał tu jakieś znaczenie. Ale nie przypisywałbym temu roli dominującej. KOPIPOL od początku był dziełem wspólnym.
A początki? Bez gabinetów i bez sekretariatów. Spotykaliśmy się po prostu w mieszkaniach, między innymi u profesora Cezarego Bocheńskiego z SGGW w Warszawie. Wielkim wsparciem była również pani Mariola Rozmus, wiceprezes Polskich Wydawnictw Ekonomicznych. Dyskusje przy herbacie, czasem przy bardzo długie, miały więcej energii niż formy. Zresztą długo funkcjonowaliśmy pod nazwą, którą – mówiąc szczerze – trudno było wypowiedzieć jednym tchem bez treningu oddechowego: Stowarzyszenie Zbiorowego Zarządzania Prawami Autorskimi Twórców Dzieł Naukowych i Technicznych. Do dziś mam wrażenie, że zanim ktoś zdążył ją dokończyć, rozmowa zdążyła pójść w zupełnie inną stronę. Dopiero propozycja doktora Zdzisława Piasty z Politechniki Świętokrzyskiej – KOPIPOL – wprowadziła coś, co w komunikacji jest bezcenne: prostotę.
Jeśli chodzi o Kielce, to nie był efekt wielkiej strategii. Raczej splot okoliczności i ludzi. Byłem w tym czasie związany z Politechniką Świętokrzyską i to właśnie tam pojawiła się pierwsza realna przestrzeń do pracy. Ogromną rolę odegrały osoby, które nie stały na pierwszym planie, ale bez których nic by się nie wydarzyło. Jedną z nich była pani Ewa Rabiej, która zajmowała się sprawami organizacyjnymi; można powiedzieć, że nasze pierwsze biuro miało w niej swojego anioła stróża.
A formalnie było tak, że 16 sierpnia 1995 roku minister kultury podpisał zezwolenie na naszą działalność. I tak zaczęła się historia, która, jak wspomniałem, swój początek miała w rozmowach, czasem chaotycznych, czasem bardzo konkretnych, ale zawsze prowadzonych z przekonaniem, że za każdą publikacją stoją ludzie. A skoro tak, to ich praca ma swoją wartość. I powinna być traktowana poważnie.
Jak wygląda działalność KOPIPOL-u, jak się kształtowała w ciągu trzydziestu lat? Pamiętam, że musieliście walczyć o miejsce na rynku praw autorskich.
Było dokładnie tak, jak pan mówi: KOPIPOL nie tyle wszedł na rynek, co raczej musiał sobie na nim miejsce wywalczyć i wypracować jednocześnie. Nie było wolnej przestrzeni, która czekała, aż ktoś ją zagospodaruje. Było raczej przekonanie, że kolejna organizacja zbiorowego zarządzania nie jest potrzebna. Dlatego na początku zamiast współpracy pojawiały się emocje, zarzuty, różnego rodzaju oskarżenia. Sprawy te znalazły swój finał w sądzie i zostały rozstrzygnięte na naszą korzyść. To był moment przełomowy, od tego czasu zaczęto traktować KOPIPOL jako partnera, a nie ciekawostkę czy intruza. Równolegle toczyła się druga, mniej widowiskowa, ale znacznie trudniejsza praca – budowanie samego systemu poboru opłat reprograficznych i wypłat wynagrodzeń uprawnionym twórcom. Bo wbrew pozorom największym wyzwaniem nie był pobór środków należnych twórcom. Najtrudniejszy zawsze jest podział. I to podział sprawiedliwy.
Tu ogromną rolę odegrała praca profesora Jana Jerschiny, założyciela Instytutu Badań Rynku i Opinii Publicznej CEM, i profesor Elżbiety Traple, wybitnej specjalistki w zakresie prawa cywilnego oraz prawa własności intelektualnej. Stworzyli oni fundament metodologiczny. Dzięki temu nie działaliśmy intuicyjnie, tylko na podstawie badań i modeli, które pozwoliły odpowiedzieć na kluczowe pytanie: komu i dlaczego te środki się należą? Ale nawet najlepszy system na nic się zda, jeśli nie ma do kogo trafić. A dotarcie do indywidualnych twórców było przedsięwzięciem niemal detektywistycznym. Dziś wpisujemy nazwisko w wyszukiwarkę i mamy kontakt. Wtedy to była praca wymagająca cierpliwości, konsekwencji i, nie ukrywam, pewnej dozy uporu. Dział repartycji wykonał pracę, którą bez przesady można nazwać tytaniczną. I wreszcie trzeci poziom trudności, chyba najbardziej subtelny. Trzeba było przekonać samych autorów, że należne im wynagrodzenia to nie jest ani pomyłka, ani – jak niektórzy podejrzewali – próba nadużycia. Pomógł w tym… system podatkowy. PIT, jakkolwiek rzadko bywa bohaterem pozytywnym, tutaj odegrał rolę instytucji zaufania publicznego. A potem zadziałało to, co w środowisku naukowym działa najlepiej – rekomendacja. Informacja zaczęła krążyć, rosło zaufanie. Równolegle prowadziliśmy spory z płatnikami, którzy traktowali i nadal traktują opłaty reprograficzne jak kolejny, zbędny ciężar.
Dziś jesteśmy w zupełnie innym miejscu. Warto podkreślić, że KOPIPOL w wielu obszarach wyznaczał kierunki, zwłaszcza na poziomie orzecznictwa, torując drogę nowym rozwiązaniom. A przed nami kolejne wyzwania. Świat się zmienił, kopiowanie dawno wyszło poza kserokopiarki. Sztuczna inteligencja, smartfony, tablety, komputery stały się podstawowymi narzędziami pracy i korzystania z wiedzy. Dlatego od lat zabiegamy o dostosowanie przepisów do tej rzeczywistości. To proces trudny, czasem długotrwały, ale konieczny, jeśli chcemy zachować elementarną równowagę. Bo ostatecznie rzecz jest bardzo prosta: za każdą publikacją, każdym artykułem, każdą książką stoją nie godziny, ale często lata pracy. A za pracę należy się wynagrodzenie.
Ile środków przez 30 lat zebrał KOPIPOL? Skąd one pochodzą? Jak nimi gospodarujecie?
Środki, którymi gospodaruje KOPIPOL, pochodzą z tzw. opłat reprograficznych – mechanizmu określonego w ustawie o prawie autorskim. Pobieramy je m.in. od producentów i importerów urządzeń kopiujących. To rozwiązanie ma swoją specyfikę i – nie ukrywajmy – bywa przedmiotem dyskusji. Ale patrząc szerzej, można powiedzieć, że wpisuje się w pewien naturalny porządek rzeczy. Nauka i biznes są podmiotami ściśle ze sobą powiązanymi: jeden tworzy fundament, drugi go rozwija i wykorzystuje. Jeśli chodzi o skalę, przez trzydzieści lat wypłaciliśmy twórcom naukowym blisko sto milionów złotych. Zdecydowana większość, ponad dziewięćdziesiąt milionów, to środki przekazane w ramach repartycji, czyli indywidualnych wynagrodzeń. I tu dochodzimy do sedna. Nasze działania są ściśle określone ustawowo. Jako organizacja zbiorowego zarządzania nie mamy dowolności. Te środki nie są „do zarządzania” w swobodnym sensie. One mają trafić do twórców. Sam proces podziału, repartycja, to złożony mechanizm oparty na wynikach badań, który pozwala precyzyjnie przełożyć środki zebrane w systemie na konkretne osoby, których prace są kopiowane. Zdarza się oczywiście, że część środków nie zostaje odebrana przez twórców. Wówczas – po określonym czasie, zgodnie z ustawą – trafiają one do tzw. repartycji wtórnej i są ponownie rozdzielane w systemie. Ale to nie jest droga zamknięta. Jeśli autor zgłosi się później, istnieje mechanizm korekt, który pozwala tę sytuację uporządkować. Kolejnym obszarem naszego działania jest Fundusz Wsparcia Twórców – to już ponad pięć milionów złotych przeznaczonych na rozwój środowiska naukowego. Można więc powiedzieć bez wielkich słów: działamy transparentnie i dbamy o to, by pieniądze trafiały tam, gdzie powinny.
Jak docieracie do naukowców, żeby im te pieniądze przekazać? Wiem, że to równie trudna sprawa, jak samo zdobycie tych pieniędzy.
Jak wspominałem wcześniej, na początku największym wyzwaniem było zaufanie. Dziś nie mamy z nim problemu, ale sama operacja dotarcia do konkretnych osób nadal bywa wymagająca. Dysponujemy oczywiście narzędziami, które bardzo to ułatwiają. Na naszej stronie internetowej www.kopipol.org.pl działa ogólnodostępna wyszukiwarka uprawnionych autorek i autorów, i to jest rzecz, którą zawsze podkreślam. Każdy o dowolnej porze może sprawdzić, czy czeka na niego wynagrodzenie. To jest rozwiązanie proste, ale niezwykle skuteczne, bo oddaje inicjatywę również twórcom. Do tego dochodzi komunikacja, zarówno w mediach branżowych, jak i w mediach społecznościowych, oraz systematycznie budowana baza kontaktów, która przez lata bardzo nam ułatwiła pracę. Dziś wyzwanie jest nieco inne niż kiedyś. Często nie chodzi już o to, żeby dotrzeć z informacją, tylko o to, żeby zamknąć cały proces. Mamy sytuacje, kiedy twórca wie, że środki na niego czekają, ale ich nie podejmuje, najczęściej dlatego, że są to relatywnie niewielkie kwoty, a procedura pozyskania wynagrodzenia wymaga pewnego zaangażowania. I tu pojawia się pewien paradoks systemowy. Z naszej strony wykonujemy pełną pracę: identyfikujemy twórcę, przygotowujemy rozliczenie, zapewniamy narzędzia i kontakt. Natomiast wypłata wymaga działania także po drugiej stronie. Nie możemy jej zrealizować „z urzędu”, bez udziału autora. Można mieć mylne wrażenie, że system jest mniej efektywny niż jest w rzeczywistości. Tymczasem dane pokazują coś innego: choćby w pierwszym kwartale tego roku wypłaciliśmy ponad 60% repartycji za rok ubiegły. Są też sytuacje bardziej złożone, na przykład dotarcie do spadkobierców praw autorskich, co bywa procesem wymagającym dużej staranności. Krótko mówiąc, dziś nie chodzi już tylko o znalezienie twórcy. Chodzi o to, żeby domknąć cały proces w sposób rzetelny i zgodny z zasadami, a to zawsze wymaga współpracy obu stron.
KOPIPOL nie tylko wypłaca honoraria wynikające z praw autorskich, ale także prowadzi różne programy wspierające ochronę praw autorskich i pomoc dla autorów prac naukowych. Proszę o tym opowiedzieć.
Tak, to prawda. To drugi, obok samej repartycji, bardzo ważny obszar działalności KOPIPOL-u. Realizujemy go w oparciu o Fundusz Wsparcia Twórców, który utworzyliśmy ze środków odzyskanych od użytkowników urządzeń kopiujących, których nie udało się nam przekazać bezpośrednio autorom dzieł naukowych. Ten program dotyczy wsparcia środowiska naukowego i budowania świadomości wokół prawa autorskiego. Do tej pory przeznaczyliśmy na ten cel ponad 5 milionów złotych. Finansujemy z tych środków konferencje, warsztaty, publikacje naukowe, ale też wspieramy przewody doktorskie, postępowania habilitacyjne i profesorskie. Dla wielu naukowców, zwłaszcza w obszarze publikacji, to jest realna, odczuwalna pomoc. I nie ukrywam, że ten obszar działalności przynosi nam też dużo satysfakcji. Dzięki temu jesteśmy dziś partnerem wielu ważnych wydarzeń naukowych w Polsce. Wiele konferencji i publikacji powstaje przy wsparciu KOPIPOL-u. Uruchomiliśmy również stypendia doktoranckie. Aktualny nabór trwa do końca maja 2026 roku. Wszystkie szczegóły można znaleźć na naszej stronie internetowej w zakładce Fundusz Wsparcia Twórców. To jest dla nas szczególnie ważne, bo chcemy, żeby młodzi, zdolni naukowcy widzieli swoją przyszłość w Polsce.
Równolegle prowadzimy działania związane z promocją nauki i samych naukowców. Stąd nasza seria „Nauka zaczyna się od ludzi”. Pokazujemy w niej nie tylko dorobek, ale też drogę, wyzwania i codzienność pracy badawczej. To obszar, który przez lata był niedostatecznie zagospodarowany, a który, jak widzimy, ma ogromne znaczenie.
Trzecim, najmłodszym kierunkiem naszej działalności są licencje – KOPILEGAL – zarówno dla biznesu, jak i sektora publicznego. Jesteśmy tu na początku drogi, ale widzimy już pierwsze efekty. To naturalny krok, skoro wiemy, że wiedza i dorobek naukowy są obecne w codziennej pracy firm i instytucji, to chcemy stworzyć dla nich jasne, uporządkowane ramy korzystania z tych zasobów. Takie, które dają poczucie bezpieczeństwa prawnego, ale też po prostu szacunku do pracy twórców. Można powiedzieć, że wszystkie te działania mają wspólny mianownik. Z jednej strony chronimy prawa autorskie twórców naukowych, to jest nasz fundament. Z drugiej staramy się tworzyć warunki, w których nauka może się rozwijać, być lepiej rozumiana i realnie wspierana.
Jak jest zorganizowane stowarzyszenie? Ile osób zatrudnia? Na czym polega codzienna praca zatrudnionych u was osób?
Zaczynaliśmy od jednej osoby w biurze. Dziś zespół liczy piętnaście osób i choć wciąż nie jest to duża struktura, zakres pracy, który wykonują, jest naprawdę szeroki. W każdej organizacji zbiorowego zarządzania są dwa kluczowe obszary: inkaso, czyli pobór środków oraz repartycja, czyli ich podział i wypłata. To są działy, które pracują bardzo intensywnie i wymagają dużej precyzji, bo każdy etap musi być zgodny z przepisami i odpowiednio udokumentowany. Dużą część naszej codziennej pracy stanowi bezpośredni kontakt z twórcami: odpowiadanie na pytania, wyjaśnianie procedury repartycji i pomoc w przejściu przez cały proces pozyskania wynagrodzenia. To jest praca wymagająca cierpliwości i uważności, bo za każdym zgłoszeniem stoi konkretna osoba.
Nie sposób też funkcjonować bez solidnego zaplecza prawnego. Współpracujemy z prawnikami specjalizującymi się w prawie autorskim, bo to obszar, który wymaga stałego monitorowania i reagowania na zmiany. Do tego dochodzi obsługa Funduszu Wsparcia Twórców, czyli przyjmowanie i analiza wniosków, ich weryfikacja. Tych wniosków jest dużo i każdy wymaga indywidualnego podejścia. W ostatnich latach bardzo ważnym elementem stała się również komunikacja. Jesteśmy obecni w mediach, uczestniczymy w konferencjach, staramy się docierać do środowiska naukowego różnymi kanałami.
Można więc powiedzieć, że jesteśmy zespołem niewielkim, ale pracującym na wielu frontach jednocześnie. A to, co nas łączy, to coś trudniejszego do wpisania w schemat organizacyjny: poczucie, że ta praca ma sens.
Jakie są perspektywy dalszego funkcjonowania KOPIPOL-u na rynku praw autorskich w obszarze publikacji naukowych? Jak widzi pan miejsce stowarzyszenia w najbliższej i dalszej przyszłości?
Jesteśmy dziś w momencie, który w dużej mierze tę przyszłość definiuje. Mam na myśli długo wyczekiwane rozporządzenie dotyczące rozszerzenia katalogu urządzeń kopiujących, od których pobierana jest opłata reprograficzna, o smartfony, tablety, komputery. To kierunek, o który KOPIPOL zabiegał od lat. I można powiedzieć, że kiedy ten moment wreszcie nadszedł, zamiast stabilizacji pojawiła się poważna niepewność i realna destabilizacja naszej pracy. W pierwszym projekcie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego organizacja reprezentująca twórców naukowych została pominięta. To nie był szczegół, to był sygnał, że środowisko naukowe można potraktować jako mniej istotne.
Reakcja środowiska naukowego była jednoznaczna. Powstał list otwarty, pod którym podpisało się kilka tysięcy naukowców, a także najważniejsze instytucje: Polska Akademia Nauk, Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich, wiele uczelni. W konsultacjach międzyresortowych również Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego jasno wskazało, że nie można marginalizować organizacji reprezentującej twórców naukowych. Warto podkreślić, że KOPIPOL jest jedyną organizacją reprezentatywną w odniesieniu do twórców nauki. Regularnie prowadzone badania niezależnego instytutu badań i opinii publicznej pokazują, że ta kategoria twórczości jest kopiowana najczęściej.
Dziś jesteśmy po etapie konsultacji. Z jednej strony widzimy, że KOPIPOL pozostaje w systemie w dotychczasowym zakresie. Z drugiej, kwestia poboru opłat od nowych urządzeń kopiujących, tj. tabletów, komputerów, smartfonów, nadal nie została rozstrzygnięta w sposób satysfakcjonujący. I tu pojawia się zasadniczy paradoks. Według projektu Ministerstwa Kultury te środki mają trafiać do organizacji reprezentującej wydawców, podczas gdy prawo autorskie w swojej istocie powinno chronić przede wszystkim twórcę. Trudno nie odnieść wrażenia, że nauka, która współtworzy fundament rozwoju, w tym konkretnym mechanizmie została potraktowana jako element drugoplanowy. I na to nie ma zgody ani naszej, ani całego środowiska. Warto też jasno powiedzieć: Departament Prawa Autorskiego i Filmu działa w strukturze Ministerstwa Kultury. Naturalne jest więc, że w centrum uwagi są artyści. Ale naukowcy to również twórcy i państwo nie może ich pomijać w systemowych decyzjach. Nie możemy, tak jak to było do tej pory, pozostawać ciałem obcym.
Jesteśmy więc w momencie oczekiwania, ale też spokojnej konsekwentnej pracy. Co do niektórych decyzji Ministerstwa Kultury głos będzie musiał zabrać sąd. Skierowaliśmy tam dwie sprawy dotyczące nadania w ostatnim czasie dwóm organizacjom uprawnień krzyżujących się z uprawnieniami KOPIPOL-u: dla Copyright Polska i Repropolu. Te krzyżujące się repertuary będą stanowiły realny problem w przestrzeni prawa autorskiego, którego ministerstwo zdaje się nie zauważać. Wiele z tych wątpliwości zostało już przez nas jasno nazwanych w pozwach sądowych i mamy nadzieję, że ostateczny kształt rozporządzenia będzie uwzględniał rolę twórców naukowych w sposób rzeczywiście adekwatny, a nie symboliczny.
Jeśli chodzi o perspektywę nieco dalszą, widzimy kilka kierunków. Jednym z nich jest rozwój systemu licencyjnego KOPILEGAL, o którym wspomniałem. Chcemy, aby zarówno firmy, jak i instytucje publiczne miały jasne i bezpieczne ramy korzystania z dorobku naukowego. To działanie, które – jeśli się dobrze rozwinie – może być realnym wsparciem dla twórców. Drugim obszarem jest sztuczna inteligencja. Tu wszyscy obserwujemy rzeczywistość, która zmienia się szybciej niż przepisy. Wiemy, że modele AI są trenowane m.in. na treściach naukowych. Nie chodzi o to, żeby zatrzymywać rozwój technologii. Przeciwnie, chodzi o to, żeby ten rozwój był oparty na uczciwych zasadach. To będzie wymagało nowych rozwiązań prawnych i – być może – szerszej współpracy różnych środowisk. My na pewno trzymamy rękę na pulsie.
A jeśli miałbym to wszystko podsumować, powiedziałbym tak: przyszłość KOPIPOL-u jest nierozerwalnie związana z przyszłością nauki. Jeśli nauka będzie traktowana poważnie, także w wymiarze ochrony praw autorskich badaczy i ich wynagradzania, to takie organizacje jak nasza będą potrzebne. I będą miały swoje miejsce.
Rozmawiał Piotr Kieraciński

Zarząd Stowarzyszenia KOPIPOL od lewej: wiceprzewodniczący dr hab. inż. Jacek Wernik, prof. uczelni, wiceprzewodnicząca dr Agnieszka Kowalska-Lasek, skarbniczka dr hab. Agnieszka Piotrowska-Piątek, prof. uczelni, przewodniczący prof. dr hab. inż. Mieczysław Poniewski, członek zarządu dr inż. Robert Grabarczyk. Fot. Mateusz Wolski