Celina Olszak

Rys. Sławomir Makal
Debata o konsolidacji uczelni w Polsce przybiera na sile zawsze wtedy, gdy system zaczyna odczuwać napięcia demograficzne, finansowe lub regulacyjne. W przestrzeni publicznej pojawia się wówczas sugestia, że utworzenie „jednego silnego organizmu” zwiększy konkurencyjność regionu i poprawi pozycję w rankingach międzynarodowych. To atrakcyjna teza, ale niestety uproszczona.
Konsolidacja nie jest celem samym w sobie i nie może zastąpić strategii rozwoju nauki. Nie odpowiada również na chroniczne niedofinansowanie systemu, które ma swoje źródło w poziomie nakładów publicznych, konstrukcji algorytmu subwencji oraz zasadach funkcjonowania całego sektora. Dopóki te mechanizmy nie zostaną poddane reformie, każda zmiana strukturalna pozostanie działaniem wtórnym wobec zasadniczych wyzwań systemowych.
Każda poważna i odpowiedzialna dyskusja o jakości badań, pozycji rankingowej uczelni oraz ich międzynarodowej konkurencyjności musi rozpocząć się od pytania o poziom finansowania systemu. Bez tej perspektywy analiza pozostaje niepełna.
Polska od wielu lat przeznacza na badania i rozwój wyraźnie mniejszą część PKB niż państwa, z którymi chcemy konkurować w obszarze nauki i innowacji. W krajach budujących silne, rozpoznawalne globalnie systemy uniwersyteckie całkowite nakłady na B+R przekraczają 2-3% PKB, a w niektórych przypadkach zbliżają się do 4%. Istotny jest również wysoki udział stabilnego finansowania publicznego, które stanowi fundament długofalowych strategii badawczych. W Polsce poziom ten pozostaje znacząco niższy, a finansowanie ma często charakter krótkookresowy i rozproszony. Oznacza to strukturalny deficyt inwestycyjny w kapitale intelektualnym kraju. Deficyt ten nie jest kwestią zarządzania pojedynczą uczelnią, lecz decyzji makroekonomicznych i budżetowych. W takiej sytuacji trudno oczekiwać, aby polskie uczelnie skutecznie konkurowały z instytucjami niemieckimi, skandynawskimi, szwajcarskimi czy amerykańskimi, dysponującymi wielokrotnie większymi nakładami systemowymi na badania, infrastrukturę i kadry. Różnica ta przekłada się bezpośrednio na możliwości prowadzenia kosztownych projektów badawczych, zatrudniania międzynarodowych zespołów oraz utrzymywania nowoczesnej infrastruktury laboratoryjnej i cyfrowej.
Poziom finansowania jest czynnikiem pierwotnym wobec struktury organizacyjnej. Konsolidacja nie zwiększa udziału wydatków na naukę w PKB. Nie generuje nowych środków publicznych ani prywatnych, a także nie tworzy automatycznie nowych programów grantowych oraz nie podnosi budżetów badawczych. Może natomiast sprawiać wrażenie działania reformującego, podczas gdy zasadniczy parametr systemowy, tj. skala inwestycji w naukę, pozostaje niezmieniony. Zatem jeżeli nie podniesiemy poziomu nakładów w relacji do PKB i nie zapewnimy stabilnych, wieloletnich strumieni finansowania badań, zmiana strukturalna będzie miała charakter wtórny wobec zasadniczego ograniczenia, jakim jest niedoinwestowanie całego systemu.
Drugim kluczowym problemem systemowym jest konstrukcja algorytmu subwencji, który w obecnym kształcie nie odzwierciedla w pełni rzeczywistego popytu edukacyjnego ani efektywności uczelni. W racjonalnym modelu finansowania szkolnictwa wyższego środki publiczne powinny podążać za studentem, a dokładniej za realnym zainteresowaniem studiami, jakością oferty dydaktycznej oraz jej dopasowaniem do potrzeb rynku pracy. Jeżeli uczelnia przyciąga kandydatów, utrzymuje wysoki poziom rekrutacji mimo niekorzystnych trendów demograficznych, rozwija kierunki odpowiadające transformacji gospodarki i zapewnia absolwentom wysoką zatrudnialność, powinna być wzmacniana finansowo.
Obecna konstrukcja algorytmu powoduje jednak strukturalny paradoks. Wysoka liczba studentów nie przekłada się proporcjonalnie na wzrost subwencji. Mechanizm finansowania premiuje określone parametry formalne i nie uwzględnia skali rzeczywistego obciążenia dydaktycznego i kosztów związanych z obsługą dużej liczby studentów. W praktyce oznacza to, że uczelnie oblegane funkcjonują pod większą presją budżetową niż te, które kształcą mniejszą liczbę osób.
Powstaje zatem napięcie między dostępnością studiów publicznych a finansową stabilnością uczelni. Instytucje, które odpowiadają na potrzeby młodego pokolenia i rynku pracy, zmuszone są ograniczać limity przyjęć nie z powodów jakościowych, lecz budżetowych. To zjawisko ma konsekwencje nie tylko dla uczelni, ale dla całej gospodarki, np. ogranicza podaż wykwalifikowanych kadr w obszarach kluczowych dla rozwoju kraju. Nie jest to zatem problem struktury instytucjonalnej uczelni, lecz architektury finansowania całego systemu. Jeżeli pieniądz nie podąża za studentem, konsolidacja nie rozwiąże tej sprzeczności. Połączona uczelnia nadal będzie funkcjonować w tym samym algorytmie, podlegając tym samym ograniczeniom budżetowym i tym samym wskaźnikom. Zmiana strukturalna nie skoryguje mechanizmu, który generuje napięcia finansowe niezależnie od wielkości instytucji. Reforma powinna więc dotyczyć algorytmu subwencyjnego: jego przejrzystości, elastyczności oraz zdolności do premiowania zarówno jakości badań, jak i rzeczywistej skali kształcenia. Bez tego każda dyskusja o konsolidacji pozostaje rozmową o formie, nie o zasadach finansowania, które realnie kształtują możliwości rozwoju uczelni.
W debacie o jakości badań i pozycji rankingowej uczelni zbyt rzadko mówi się o najbardziej podstawowym czynniku rozwoju nauki, tj. o wynagrodzeniach i warunkach pracy kadry akademickiej. Tymczasem jakość badań nie jest kategorią abstrakcyjną. Jest bezpośrednią funkcją jakości i stabilności zespołów naukowych.
Wynagrodzenia nauczycieli akademickich w Polsce pozostają niekonkurencyjne zarówno wobec sektora prywatnego, jak i wielu rynków zagranicznych. Relacja płac akademickich do średniego wynagrodzenia w gospodarce oraz do PKB per capita nie tworzy realnej zachęty do wyboru kariery naukowej jako długofalowej ścieżki zawodowej. Młodzi doktorzy często zarabiają mniej niż specjaliści o porównywalnym poziomie kompetencji i odpowiedzialności w przedsiębiorstwach. W rezultacie coraz częściej traktują pracę akademicką jako działalność równoległą lub przejściową.
Jednocześnie profesorowie o uznanym dorobku naukowym nie dysponują elastycznymi, systemowymi mechanizmami premiowania osiągnięć badawczych, które pozwalałyby konkurować o talenty w skali międzynarodowej. System wynagrodzeń jest silnie regulowany, ograniczając możliwość różnicowania płac adekwatnie do produktywności naukowej, pozyskiwanych grantów czy pozycji międzynarodowej. Konsekwencje tego są strukturalne i długofalowe. Przejawiają się one m.in.: w odpływie najbardziej mobilnych i ambitnych badaczy do sektora prywatnego lub zagranicznych ośrodków; w trudnościach w przyciąganiu naukowców z innych krajów; w rosnących obciążeniach dydaktycznych naukowców, którzy pozostają w systemie oraz w osłabieniu zdolności do budowania stabilnych zespołów badawczych.
Bez stabilnych, dobrze wynagradzanych i zmotywowanych zespołów nie ma mowy o wzroście cytowalności, skuteczności grantowej ani poprawie pozycji rankingowej. W tej sytuacji konsolidacja nie podniesie poziomu wynagrodzeń, nie zmieni relacji płac do średniej krajowej ani do PKB per capita, a także nie stworzy nowych mechanizmów premiowania doskonałości. Połączona uczelnia nadal będzie funkcjonować w tych samych ograniczeniach budżetowych i regulacyjnych. Jeżeli chcemy mówić o realnej konkurencyjności systemu, musimy uznać, że wynagrodzenia nie są kosztem administracyjnym, lecz inwestycją w kapitał intelektualny. Bez konkurencyjnych warunków pracy nie zbudujemy doskonałości, niezależnie od tego, czy uczelnie w określonym mieście będą funkcjonować oddzielnie, czy w jednej strukturze.
W polskim systemie konsolidacja oznacza wygaśnięcie osobowości prawnej dotychczasowych uczelni, powołanie nowego podmiotu oraz centralizację struktur zarządczych, administracyjnych, finansowych i kadrowych. Jest to zatem proces głęboko ingerujący w tożsamość instytucjonalną, sposób zarządzania oraz relacje z otoczeniem społeczno-gospodarczym.
W obowiązującym rozporządzeniu pojawia się zapis o możliwości zwiększenia subwencji do 110% sumy dotychczasowych środków w roku po połączeniu. Należy jednak podkreślić, że mechanizm ten ma charakter krótkookresowy, nie jest automatyczny oraz nie rekompensuje wieloletnich kosztów takiej fuzji i głębokiej integracji. Doświadczenia OECD i EUA pokazują, że w krajach, które przeprowadzały twarde fuzje, koszty były niedoszacowane, a okres destabilizacji organizacyjnej i naukowej trwał od pięciu do nawet dziesięciu lat. W wielu przypadkach konieczne było uruchomienie wieloletnich, dedykowanych programów finansowych, obejmujących zarówno wsparcie inwestycyjne, jak i mechanizmy osłonowe dla pracowników. W Polsce, w przeciwieństwie do wspomnianych rozwiązań, brak jest kompleksowych i długoterminowych programów wsparcia towarzyszących procesowi konsolidacji. Nie przewidziano odrębnych, wieloletnich strumieni finansowania integracji ani systemowych gwarancji stabilności budżetowej w okresie przejściowym. W praktyce oznacza to, że odpowiedzialność za ryzyko finansowe, organizacyjne i reputacyjne spoczywa przede wszystkim na samych uczelniach, które muszą przeprowadzić proces o wysokim stopniu złożoności bez adekwatnego zabezpieczenia systemowego.
W polskim systemie ewaluacja jakości działalności naukowej odbywa się na poziomie dyscyplin, a nie całych uczelni. Oznacza to, że formalne połączenie instytucji nie przekłada się automatycznie na poprawę kategorii naukowej. Parametry oceniane w procesie ewaluacji, takie jak: dorobek publikacyjny, jakość czasopism, efekty finansowe badań, wpływ społeczno-gospodarczy, pozostają przypisane do konkretnych zespołów badawczych funkcjonujących w określonych dyscyplinach. Połączenie dwóch jednostek nie tworzy zatem „silniejszej dyscypliny” w sensie merytorycznym. Może natomiast rozmyć profil badawczy, obniżyć średnie parametry jakościowe, zaburzyć spójność zespołów, wydłużyć procesy decyzyjne oraz utrudnić zarządzanie strategią publikacyjną.
Jeszcze wyraźniej widać to w kontekście rankingów międzynarodowych. W najbardziej prestiżowych zestawieniach, takich jak: THE, QS czy ARWU, nie ocenia się wielkości uczelni ani liczby jej studentów. Kluczowe wskaźniki obejmują: cytowalność publikacji i wpływ badań (field-weighted citation impact); jakość czasopism, w których publikują pracownicy; skuteczność w pozyskiwaniu grantów badawczych; poziom umiędzynarodowienia kadry i współautorstw międzynarodowych; reputację naukową budowaną przez lata oraz relację liczby publikacji do liczby pracowników naukowych. Żaden z tych parametrów nie ulega automatycznej poprawie w wyniku administracyjnego połączenia struktur. Cytowalność nie rośnie dlatego, że zmieniono nazwę uczelni. Grantów nie przybywa dlatego, że zwiększyła się liczba wydziałów. Reputacja międzynarodowa nie powstaje w drodze reorganizacji, wręcz przeciwnie, okresy głębokiej restrukturyzacji często prowadzą do czasowego spadku produktywności naukowej, ponieważ zespoły koncentrują się na adaptacji do nowych procedur, struktur i regulacji wewnętrznych. Doświadczenia europejskie pokazują, że wysokie pozycje rankingowe osiągają przede wszystkim uczelnie o wyrazistej specjalizacji, klarownej strategii badawczej, stabilnych zespołach oraz długofalowym finansowaniu centrów doskonałości. Wyniki te nie są funkcją skali instytucjonalnej, lecz jakości kapitału intelektualnego i konsekwencji strategicznej. Dlatego kluczowe znaczenie ma spójna polityka publikacyjna, wsparcie dla grantów międzynarodowych, umiędzynarodowienie badań oraz stabilność i motywacja zespołów badawczych. Struktura organizacyjna jest wtórna wobec tych czynników. Jeżeli chcemy poprawić wyniki ewaluacji i pozycję rankingową, musimy inwestować w jakość badań i warunki pracy naukowców.
Wbrew powtarzanej w debacie publicznej tezie, konsolidacja nie jest dominującym trendem w europejskim szkolnictwie wyższym. W ostatnich dwóch dekadach głównym kierunkiem rozwoju nie była likwidacja autonomii instytucji, lecz budowanie sieci współpracy, specjalizacji i integracji funkcjonalnej. Federacje, konsorcja badawcze, sojusze akademickie oraz uniwersytety europejskie stały się podstawowym instrumentem wzmacniania konkurencyjności, bez konieczności wygaszania osobowości prawnej poszczególnych uczelni.
W wielu dużych i stabilnych systemach, takich jak niemiecki, holenderski czy austriacki, nie przeprowadzano w ostatnich dekadach twardych konsolidacji o charakterze strukturalnym. Zamiast tego rozwijano programy doskonałości, centra badawcze o wysokim poziomie finansowania oraz współpracę międzyuczelnianą w modelu sieciowym. Reformy koncentrowały się na wzmacnianiu jakości badań, a nie na zmianie struktury instytucjonalnej. Często przywoływany przykład Francji wymaga precyzyjnej interpretacji. Tzw. mega-uniwersytety nie poprawiły swojej pozycji rankingowej wyłącznie dzięki fuzji. Kluczowym czynnikiem były wielomiliardowe inwestycje publiczne, programy typu Investissements d’Avenir oraz konsekwentna polityka grantowa. Czynnikiem rozstrzygającym była skala finansowania, a nie sama zmiana struktury prawnej.
Europejski mainstream nie polega zatem na centralizacji, lecz na interoperacyjności systemów, wspólnym wykorzystywaniu infrastruktury, mobilności kadry i studentów oraz koncentracji środków na wybranych obszarach doskonałości. Wzmacnia się kompetencje i specjalizacje, nie unifikuje instytucji. Warto podkreślić, że model sieciowy jest bardziej elastyczny, mniej kosztowny i lepiej dostosowany do dynamicznego otoczenia regulacyjnego i technologicznego. Pozwala zachować tożsamość uczelni, a jednocześnie budować efekt skali tam, gdzie jest on racjonalny, tj. w grantach, infrastrukturze czy projektach międzynarodowych. Zatem europejskie doświadczenie nie potwierdza tezy, że konsolidacja jest warunkiem wzrostu jakości. Wskazuje raczej, że jakość rośnie tam, gdzie rosną inwestycje, specjalizacja i stabilność systemowa.
Region śląski posiada unikalną strukturę akademicką o charakterze policentrycznym. Nie jest to jeden dominujący ośrodek, lecz sieć współpracujących instytucji o zróżnicowanych profilach: technicznych, ekonomicznych, medycznych, humanistycznych i artystycznych. Taki układ nie jest przejawem rozproszenia, lecz odzwierciedleniem historycznego i gospodarczego charakteru regionu, opartego na różnorodności kompetencji i wielosektorowej strukturze przemysłowej. Ta wielość specjalizacji tworzy gęstą sieć relacji z otoczeniem społeczno-gospodarczym, zwiększając zdolność regionu do adaptacji i transformacji. Innymi słowy, policentryczność umożliwia: wyraźną specjalizację badawczą i dydaktyczną poszczególnych uczelni, elastyczność strategiczną w reagowaniu na zmiany technologiczne i rynkowe, równoległe rozwijanie wielu obszarów kompetencji bez ich wzajemnego osłabiania, partnerską współpracę z różnymi sektorami gospodarki, rozproszenie ryzyka systemowego.
W warunkach transformacji energetycznej, cyfrowej i demograficznej region potrzebuje właśnie takiej struktury: zróżnicowanej, sieciowej i odpornej na wstrząsy. Model centralizacyjny, prowadzący do homogenizacji struktur, mógłby osłabić tę elastyczność. W dużych, jednolitych organizmach trudniej jest utrzymać wyraziste profile, szybciej reagować na potrzeby specyficznych sektorów gospodarki czy budować relacje oparte na tożsamości i specjalizacji. Z perspektywy strategicznej bardziej adekwatny dla Śląska jest model federacyjny i projektowy, tj. wspólne centra kompetencji, konsorcja badawcze, współdzielona infrastruktura, wspólne szkoły doktorskie oraz platformy umiędzynarodowienia. Co istotne, ten model jest w pełni zgodny z praktyką europejską, gdzie rozwój uczelni opiera się na integracji funkcjonalnej i sieciowej współpracy, a nie na likwidacji odrębności podmiotów. Policentryczność Śląska nie jest więc słabością wymagającą „uproszczenia”, lecz atutem, który właściwie zarządzany, może stać się przewagą konkurencyjną regionu w skali krajowej i międzynarodowej.
W historii europejskich uniwersytetów wielkie przełomy nie zaczynały się od reorganizacji struktur. Zaczynały się od decyzji o inwestowaniu w wiedzę, czyli w ludzi, w badania, w długofalową stabilność. Instytucje rosły w siłę nie dlatego, że zostały połączone, lecz dlatego, że państwo i społeczeństwo uznały naukę za strategiczny filar rozwoju.
Dziś stoimy przed podobnym wyborem. Możemy skupić się na zmianie mapy organizacyjnej i przekonywać się, że większa struktura oznacza większą jakość. Możemy też uczciwie przyznać, że problem leży gdzie indziej: w poziomie nakładów na badania i rozwój, w konstrukcji algorytmu finansowania, w warunkach pracy młodych naukowców oraz w niestabilności regulacyjnej, która utrudnia długofalowe planowanie.
Połączenie uczelni nie zwiększy udziału wydatków na naukę w PKB. Nie podniesie wynagrodzeń kadry, nie sprawi, że publikacje staną się bardziej cytowalne czy też, że granty europejskie zaczną napływać w większej liczbie. Te efekty wymagają inwestycji, konsekwencji i odwagi politycznej. Jeżeli naprawdę chcemy silnych uczelni, musimy przestać mylić konsolidację z reformą. Reforma zaczyna się tam, gdzie państwo decyduje się realnie inwestować w naukę, czyli nie w jej strukturę, lecz w jej treść. Uniwersytet nie staje się silny dlatego, że jest większy. Staje się silny wtedy, gdy ma warunki, by być ambitnym.
Prof. dr hab. inż. Celina Olszak, ekonomistka, rektor Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach