logo
FA 3/2026 życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Akademickie przyzwyczajenia

Akademickie przyzwyczajenia 1

Rys. Sławomir Makal

Przyzwyczajenia mogą być uwarunkowane wrodzonymi predyspozycjami, jednak są rozwijane i ugruntowywane w określonym środowisku społecznym. Im dłużej się w nim funkcjonuje, tym są one trwalsze, aż w końcu stają się rutynowymi zachowaniami. Problem w tym, że jedne z nich ułatwiają życie, inne go utrudniają. Tak jest również z akademickimi przyzwyczajeniami.

Przyzwyczajenia ułatwiające życie

Podam przykłady kilku takich przyzwyczajeń, które niektórym akademikom ułatwiały życie. Niektóre z nich zresztą przeszły do legendy. Należy do nich przyzwyczajenie filozofa niemieckiego, profesora uniwersytetu królewieckiego (dzisiejszego Kaliningradu) Immanuela Kanta do punktualności. Według jego tradycyjnych spacerów mieszkańcy Królewca regulowali podobno zegary. Tadeusz Kroński, za którym cytuję tę opinię, podaje również, że „z dnia dzielonego między pracę i odpoczynek umiał wydzielić sobie parę godzin, które spędzał beztrosko w gronie przyjaciół”.

W Poznaniu taką legendą był mediewista prof. Kazimierz Tymieniecki, organizator (w 1919 r.) Katedry Historii Średniowiecznej na nowo założonym Uniwersytecie Poznańskim. W historii zapisał się nie tylko swoimi fundamentalnymi publikacjami (jak Początki państwa polskiego), ale także tym, że regularnie przychodził do uniwersyteckiej biblioteki i spędzał w niej wiele godzin; również wówczas, gdy już przeszedł na emeryturę. W profesorskiej czytelni miał swoje stałe miejsce, którego nikt nie ośmielał się zajmować. Nie miałem niestety okazji ani słuchać jego wykładów, ani też spotkać go w bibliotece, bowiem w zamyśleniu wszedł pod tramwaj i zginął tragicznie. W okresie mojej akademickiej młodości było jednak więcej osób, które śmiało można nazwać homo bibliotecus, bowiem bez pobytów w bibliotece nie bardzo mogły sobie wyobrazić swoje zawodowe życie. W koleżeńskich relacjach byłem ze zmarłym już profesorem fizyki, który regularnie około południa przyjeżdżał do swojego instytutu, gdzie pracował do późnej nocy na komputerze. Nie była tym zachwycona jego najbliższa rodzina, bowiem brakowało mu czasu na sprawy rodzinne. W końcu jednak musiała się do tego przyzwyczaić, podobnie jak jego akademickie otoczenie. Innego profesora fizyki spotykałem na trasie moich porannych spacerów. Był już emerytem. Jednak „wędrował” nadal codziennie (z wyjątkiem dni wolnych od pracy) z domu do instytutu, w którym pozostawiono mu do dyspozycji biurko i komputer. Takich „wędrujących” emerytowanych profesorów spotykałem również na kampusie mojego wydziału. Być może nawet byli szczęśliwi, spotykając kogoś, kto znalazł trochę czasu, aby z nimi porozmawiać i podzielić się informacjami o uczelnianych wydarzeniach. Jest to jakiś sposób na wypełnienie nadmiaru wolnego czasu, który się ma na emeryturze.

Do przyzwyczajeń ułatwiających akademickie życie skłonny jestem zaliczyć również regularne śledzenie nowości, jakie pojawiają się w obszarze naukowych badań. Obecnie jest to o tyle łatwiejsze, że wyniki często można znaleźć w otwartym dostępie w internecie. Dla młodszego pokolenie akademików korzystanie z internetu stanowi już pewne przyzwyczajenie. Wielu z nich bazuje głównie na tym źródle informacji, a przesiadywanie w bibliotece traktuje jak stratę czasu. Dzisiaj problemem jest uzależnienie od internetu, które stało się swoistą cywilizacyjną plagą, i to w skali światowej. Przebywając w Pekinie, mogłem się przekonać, że dotknęła ona nawet ten przez długie lata zamknięty dla cudzoziemców kraj. Natomiast biorąc udział w różnego rodzaju uczelnianych spotkaniach, przekonałem się, że są uczeni, którym trudno się żyje bez „nosa w komórce”. W jeszcze większym stopniu dotyczy to studentów. Przyjęło się ich nazywać Pokoleniem Z. Jest to pokolenie, które korzysta z internetu nawet na zajęciach dydaktycznych. Miałem wykłady, podczas których co najmniej kilku studentów słuchając tego, co miałem do powiedzenia, szukało czegoś bardziej interesującego w smartfonach. Nawet nie wypadało prosić ich, aby to robili po wykładzie.

Poważniejszym problemem jest dzisiaj stosowanie zasady „zaznacz i wklej”, podczas przygotowywania przez studentów prac zaliczeniowych, a najpoważniejszym – korzystanie ze sztucznej inteligencji przy ich pisaniu od początku do końca. Jeszcze niedawno jedną z bardziej rozpowszechnionych metod nauczenia poprawności myślenia i wypowiadania się na piśmie było zadawanie studentom napisania eseju na konkretny temat. Dzisiaj to już nie ma większego sensu, bowiem AI może im go napisać znacznie szybciej i lepiej. Nie widzę możliwości odzwyczajenia ich od tego procederu. Problem ten ma zresztą szerszy charakter niż kształcenie studentów. Prof. Zdzisław W. Puślecki w artykule pt. Sztuczna inteligencja (AI) w branży modyfikacji i przejście od informacji do nadzoru niezauważalnego dla otoczenia wskazuje m.in. na jego aspekty biznesowe, a w nauce i edukacji na związane z nią narzędzie, jakim jest ChatGPT: „Jego zaletę stanowi to, że jest w stanie przetwarzać ogromne ilości danych w bardzo krótkim czasie i na ich podstawie udzielać odpowiedzi na pytania oraz rozwiązywać problemy, z którymi zwracają się do niego użytkownicy”. Komisja Europejska UE rekomenduje jego stosowanie do kształcenia ustawicznego oraz do „kształcenia i szkolenia za pośrednictwem programu Erasmus+, Europejskiego Korpusu Solidarności i eTwinningu”.

Przyzwyczajenia utrudniające życie

Ich lista jest być może nawet dłuższa, a na pewno bardziej zróżnicowana. Na czołowym miejscu umieściłbym przyzwyczajenie do długiego spania. Są osoby, które potrzebują więcej snu niż inni. Problem w tym, że umykają im godziny, które można byłoby wykorzystać na efektywną pracę. Kolejnym problemem jest to, że zmuszeni do skrócenia snu akademickimi obowiązkami pracują mniej efektywnie. Przy tym ich konkurenci do akademickich sukcesów śpią krócej i nawet nie do końca rozbudzeni myślą o rozwiązaniach swoich zagadnień badawczych. Najpoważniejszym utrudnieniem jest jednak to, że godziny snu jednych i drugich się rozmijają, co drastycznie zmniejsza szanse na naukową współpracę. Nie jest to jednak regułą. Znam bowiem uczonych, którzy mieli naturalną potrzebę długiego snu, a mimo tego osiągali znaczące wyniki w pracy. Podobnie zresztą nie ma reguły w przypadku przyzwyczajonych do tak wczesnego wstawania, kiedy nawet koguty jeszcze nie pieją. Dodam, że pracownicy naukowi jedynie na niektórych uczelniach, a nawet tylko na niektórych wydziałach, mają określone godziny pracy. A im wyżej stoją w akademickiej hierarchii, w tym większym stopniu sami o nich decydują. Jednak powiedzenie: „śpij spokojnie, a sukcesy same przyjdą”, trudno uznać za przepis na sukces w nauce.

Na wysokim miejscu listy umieściłbym również przyzwyczajenie do zabierania głosu przy każdej okazji. Bywają wprawdzie małe dzieci „urodzone” gaduły, które swą wymową wzbudzają zachwyt w opiekunach. Kiedy jednak dołączą do grona uczonych, to mamy gotowe akademickie gaduły, które mogą być kłopotliwe dla otoczenia. Jeśli są uczonymi na dorobku, to ich otoczenie ma prawo oczekiwać, aby najpierw się czegoś nauczyli, a dopiero później zabierali głos i ewentualnie pouczali innych. Jeśli natomiast są uczonymi z dorobkiem, to nie mogą zmuszać innych do wysłuchiwania ich samozachwytów. W starszym wieku skłonność do gadulstwa może stać się swoistym nałogiem. Często miewałem do czynienia na różnych spotkaniach naukowych z wystąpieniami profesorów starszej daty, którzy z niecierpliwością oczekiwali dopuszczenia do głosu, a gdy już im go udzielono, nie wiedzieli, kiedy skończyć. Nie pomagały żadne sygnały ze strony moderatorów, jednak nie wypadało zwracać im uwagi, że wyczerpali cierpliwość słuchaczy lub mówią nie na temat. Rzecz jasna, uczony może się wypowiadać również w formie pisemnej. Jako redaktor naczelny dwóch naukowych czasopism mogę powiedzieć, że spory kłopot bywa nie tylko z jakością zgłaszanych artykułów, ale także z przyjętymi limitami objętości. „Dziwnym” trafem stosunkowo często te limity przekraczają profesorowie starszego pokolenia. Nie każdemu z nich można zalecić skrócenie tekstu, a już nietaktem jest jego skracanie przez redakcję czasopisma (w czasopismach, w których jestem redaktorem naczelnym, taka praktyka nie jest stosowana).

Przyzwyczajeniem utrudniającym życie nie tylko pracownikom naukowym, ale także studentom, jest również traktowanie obowiązku prowadzenia zajęć dydaktycznych tak, jakby to był przysłowiowy „dopust boży”. Miałem w przeszłości asystenta, który przez cały semestr tylko raz odbył ze studentami zajęcia dydaktyczne w uniwersyteckiej sali. Natomiast dla ich „uatrakcyjnienia” spotykał się z nimi w lokalu gastronomicznym. W końcu studenci poszli ze skargą do rektora, a ten – po rozmowie ze mną – podjął decyzję o rozwiązaniu z asystentem stosunku pracy. Dzisiejsi studenci są bardziej skłonni do zgłaszania skarg na swoich akademickich nauczycieli. Być może poprawia to nieco regularne odbywanie zajęć, nie sądzę jednak, aby radykalnie zmieniło negatywny stosunek do ich przygotowania oraz trzymania się tzw. minimów programowych. Wymagałoby to sporo czasu i wysiłku, a kto godziwie za to zapłaci lub przynajmniej uwzględni przy ewentualnych awansach? Są nauczyciele akademiccy, których głównym lub nawet jedynym obowiązkiem jest prowadzenie zajęć ze studentami. Zatrudniani są jednak na gorzej płatnych i mniej cenionych stanowiskach dydaktycznych. Regulacja prawna z 2019 roku, nazywana Ustawą 2.0, wprowadziła wprawdzie pewną ochronę dla osób z doktoratem zatrudnianych na stanowiskach wykładowców i starszych wykładowców, ale przecież nie o to chodzi tym, którzy liczą na awans w uczelnianej hierarchii i podwyżkę wynagrodzenia.

Dziwne przyzwyczajenia

W życiu nawet wybitnych uczonych są przyzwyczajenia, które ani nie ułatwiają akademickiego życia, ani też go nie utrudniają. Są one natomiast dziwne, a niektóre nawet dziwaczne. Przywoływany już tutaj Kant uchodzi nie bez racji za filozoficzną wizytówkę epoki Oświecenia. Jednak jego filozofia na prywatny użytek wyrażała się w tym, że nie należy wietrzyć domowych pomieszczeń, bowiem świeże powietrze szkodzi jego słabemu zdrowiu. Był amatorem herbaty, ale tylko zrobionej z jednego listka, większa ich liczba mogłoby również zaszkodzić jego zdrowiu. Karol Darwin swoją teorią ewolucji zadziwił świat naukowy. Byli jednak uczeni, którzy ją kwestionowali. Unikał jednak jak mógł bezpośrednich kontaktów z oponentami. Michael White i John Gribbin, opisując w biografii tego uczonego głośną debatę w sprawie jego teorii, która odbyła się 30 czerwca 1860 roku w Brytyjskim Stowarzyszeniu Popierania Nauki, przypominają, że do tego boju desygnował Thomasa Huxleya, „podczas gdy sam krążył po Down Hause”. Albert Einstein zadziwił świat naukowy swoją szczególną i uogólnioną teorią względności. Natomiast ciekawskich może dziwić to, że z uporem występował z fryzurą, jakby dopiero wyszedł spod prysznica i zapomniał się uczesać. Dzisiaj można zobaczyć nie tylko „nieuczesanych” polityków (gustował w tym były premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson), ale również uczonych, którzy wyglądają jak kolejne wcielenia Einsteina; do pełni szczęścia brakuje im jedynie jego naukowych osiągnięć.

Dziwić może również zachowanie uczonych, którzy podczas naukowych wystąpień trzymają rękę w kieszeni (stosunkowo częste jest to u amerykańskich profesorów). Można oczywiście się zastanawiać, czego w niej szukają, a nawet postawić pytanie: czy nie jest to przejaw ich arogancji? W okresie mojej akademickiej młodości usłyszałem od z jednego z profesorów, że napisał na siebie (cytuję): „Anonima listów kilka” i śmiał się z wywołanego nimi zamieszania. Rzecz jasna dla jego najbliższego otoczenia nie było to aż tak zabawne. W porównaniu z tym błahostką jest przemawianie „ex cathedra” podniosłym i „pogrubionym” głosem, jakby od tego, co ma się do powiedzenia, zależały losy świata. Jeden z moich kolegów profesorów takim głosem przemawia w oficjalnych wystąpieniach. Jednak w prywatnych rozmowach ta dziwna przypadłość mu przechodzi. Nie odważyłem się jednak nawet żartem zwrócić mu na to uwagę. Nie sądzę zresztą, aby to coś zmieniło w jego przyzwyczajeniach, a mogłoby przyczynić się do koleżeńskich relacji z nim.

Pierwotna wersja tego artykułu ukazała się w książce pt. Academic Life. My Point of View. Peter Lang Verlag 2026.

Wróć