Piotr Gołdyn

Uczniowie szkoły powszechnej im. Św. Wojciecha w Krakowie, 1932 r. Źródło: historia.org.pl
Prowadząc kwerendy czy to w archiwach państwowych, czy też szkolnych, często natrafiałem na akta osobowe. W wielu przypadkach byli to nauczyciele pracujący w okresie międzywojennym, bowiem ten czas jest najbliższy moim zainteresowaniom badawczym, a te związane są z dziejami oświaty, szkolnictwa. Lektura dokumentów pozwalała odkryć dwa równoległe światy, w których żyli ówcześni (ale przecież dziś jest tak samo) nauczyciele. Jednym z nich było życie zawodowe, a drugim oczywiście to prywatne. Wbrew pozorom one silnie na siebie wpływały, a co więcej determinowały się nawzajem. Bo wyobraźmy sobie sytuację, bardzo częstą w tamtym czasie, że jest szkoła, gdzieś na wsi, gdzie pracuje jeden nauczyciel – mężczyzna. Szkoła powoli się rozwija i potrzebna jest nowa „siła nauczycielska”, więc inspektor szkolny kieruje do tej szkoły młodą nauczycielkę, często świeżo upieczoną absolwentkę seminarium nauczycielskiego, która w krótszej lub dłuższej perspektywie czasu wchodzi w związek małżeński z owym nauczycielem i tworzą nową komórkę życia społecznego. Zatem wyraźnie widać, jak życie zawodowe „zaingerowało” w życie prywatne. Takich historii było bardzo dużo i zdarzają się również współcześnie.
Własnoręcznie pisane przez nauczycieli życiorysy, podania o pracę, zapomogi, informacje o zawieraniu związków małżeńskich czy też oceny ich pracy stały się inspiracją do dokładniejszego przyjrzenia się ich życiu codziennemu. Niezwykłym materiałem okazały się nekrologi, publikowane przede wszystkim w prasie związkowej, pokazujące czasem tragizm życia młodych (ale nie tylko) nauczycieli i nauczycielek, którzy poświęcając się pracy, zapominali zadbać o swoje zdrowie. Czasem ten tragizm przejawiał się jeszcze bardziej, kiedy można było przeczytać o tym, że odbierali sobie oni życie. Tak było w przypadku pewnego małżeństwa nauczycielskiego, które nie mogło pracować w jednej szkole razem i wiodło życie osobno, pracując w dwóch szkołach położonych w dość dużej odległości. Popełnili samobójstwo na krakowskich Plantach.
Wyłączając szkolnictwo wyższe, polski system oświaty w II RP wyróżniał szkoły powszechne i szkoły średnie. Osobną kwestią było szkolnictwo zawodowe. W pierwszym okresie po odzyskaniu niepodległości, z powodów braków kadrowych, przyjmowano do pracy osoby, które miały ukończone przynajmniej 6 klas szkoły powszechnej. I te osoby chcąc zostać w zawodzie, zobligowane były do dalszego doskonalenia i składania egzaminów przewidzianych przepisami. W późniejszy czasie pojawiły się seminaria nauczycielskie, których ukończenie było jednoznaczne z możliwością uzyskania pracy w szkolnictwie powszechnym, choć był czas, szczególnie w latach trzydziestych, że absolwentów tych placówek było więcej niż wolnych etatów. W każdym razie do seminariów tych najczęściej wstępowała młodzież pochodzenia chłopskiego lub małomiasteczkowego. Dla nich bowiem zawód nauczyciela był awansem społecznym, a dla rodziny w wielu przypadkach powodem do dumy. Tę pierwszą kwestię w swoich wspomnieniach podnosili choćby Dominik Wośko czy Teodor Kaczyński, którzy z dużą determinacją starali się o przyjęcie do seminarium nauczycielskiego. Z kolei Leonard Priebe wspomniał, że gdy skończył naukę w seminarium nauczycielskim, ojciec zabierał go do miasta, chwaląc się znajomym i nieznajomy,, że jego syn został nauczycielem. Łyżką dziegciu w tym ostatnim przypadku było to, że z braku posad w miejscu zamieszkania i najbliższej okolicy Priebe został skierowany do pracy na Polesiu.

Nauczycielki na Śląsku musiały zachowywać celibat, by nie demoralizować uczniów. Źródło: ciekawostkihistoryczne.pl
Z kolei nauczyciele szkół średnich wywodzili się z nieco „wyższych sfer”. Do pracy w tego typu placówkach wymagane było ukończenie studiów, po których kandydat do zawodu odbywał dwuletnią, najczęściej bezpłatną praktykę. Po jej ukończeniu zdawał egzaminy przed państwową komisją, uzyskując dyplom nauczyciela. O ile nauczyciele szkół powszechnych mogli uczyć wszystkich przedmiotów (zwłaszcza jeśli pracowali w małych szkołach), o tyle nauczyciele szkół średnich nauczali tylko tego przedmiotu, z którego uzyskali kwalifikacje. Warto dodać, że nie było jakoś „chemii” pomiędzy nauczycielami szkół powszechnych i średnich. Ci ostatni czuli się ważniejsi i często z pogardą odnosili się do swoich koleżanek i kolegów pracujących w „powszechniakach”.
Jeśli chodzi o życie zawodowe, to nauczyciele z jednej strony musieli starać się o pozyskanie posady, a jeśli już to osiągnęli – o jej utrzymanie, co nie zawsze było łatwe i zależało od wielu czynników, na które czasem nie mieli wpływu. Zdarzył się przypadek, że w jednym z inspektoratów inspektor szkolny zwolnił kilkanaście młodych nauczycielek. Był to przejaw jego zemsty, bowiem wszystkie okazały się obojętne na jego miłosne starania. Sprawa trafiła do kuratorium i zakończyła się pozytywnie dla nauczycielek, które zostały przywrócone do pracy. Na marginesie trzeba zauważyć, że kobiet pracujących w szkolnictwie, szczególnie powszechnym, było dość dużo, w pewnym momencie ich liczba była równa, a nawet delikatnie przekraczała nawet liczbę mężczyzn. Inaczej było w szkolnictwie średnim, gdzie jednak przeważali mężczyźni. W wyniku prowadzonych badań nie stwierdzono zajmowania przez kobiety stanowisk inspektorów szkolnych, o kuratorach i ministrach nie wspominając.
Skoro już mowa o kobietach i ich pracy w szkole, to dość zaporowe warunki postawiono na Śląsku, gdzie w 1926 r. wprowadzono tak zwaną ustawę celibatową. Zakazywała ona mężatkom pracy w szkołach. Kobieta, która chciała utrzymać posadę nauczycielską, musiała wybierać między zawodem a rodziną. Wypływało to poniekąd z tradycji śląskich rodzin, gdzie kobiety zajmowały się domem, a pracowali mężczyźni. W konsekwencji ustawa ta była krytykowana nawet przez Kościół katolicki, bowiem kobiety żyły w związkach nieformalnych. Ostatecznie ustawa ta w latach trzydziestych została zniesiona.
Powyższy przykład pokazuje pewną specyfikę regionu, jakim był Śląsk. Ale trzeba zauważyć, że nie dotyczyło to tylko tego terenu. Dość ciekawe sytuacje przeżywali nauczyciele na Podhalu czy Polesiu. W obu tych regionach nie było tradycji noszenia przez dziewczęta majtek pod spódniczkami, więc nie bardzo mogły uczestniczyć w niektórych zajęciach wychowania fizycznego, na przykład grać w siatkówkę. O ile na Podhalu udało się przekonać dziewczęta i ich matki o konieczności noszenia tej części bielizny, to na Polesiu był z tym duży problem, ponieważ kobiety uważały, że jeśli chłopcy dowiedzą się, że ich córki noszą majtki, żadna z nich za mąż nie wyjdzie.
Zarówno na Podhalu i Polesiu, jak i na Kaszubach pojawiła się inna trudność w nauczaniu, szczególnie dla nauczycieli, którzy przyszli do tam pracy z innych części Polski. Dzieci na co dzień mówiły gwarą, przychodząc do szkoły w zasadzie uczyły się języka polskiego jako obcego. Komunikacja z nimi była bardzo utrudniona.
Trzeba też podkreślić, że nauczyciele w tamtym czasie nie stronili od stosowania kar cielesnych, co więcej zachęcani byli do tego również przez rodziców. Często zdarzało się zatem okładanie dzieci pasem czy inne „wyrafinowane” kary, jak ta, którą zastosował jeden z nauczycieli w gimnazjum w Rzeszowie. Chcąc oduczyć ucznia obgryzania paznokci, ustawił go na środku klasy. Drugiemu nakazał wytarcie dłoni o podłogę i podanie koledze do obgryzania. Sprawa trafiła do kuratora lwowskiego (Rzeszów podległa administracyjnie pod Kuratorium Okręgu Szkolnego Lwowskiego). Ten w specjalnym liście wyraził swoje oburzenie zachowaniem nauczyciela, jednakże konsekwencje jakie wobec niego wyciągnął, nie były chyba zbyt dotkliwe. Nauczyciel został przeniesiony do innego gimnazjum na terenie miasta.

Nauczyciele II Rzeczypospolitej byli dość mocno spolaryzowani i to w kilku obszarach, przy czym często obszary te się przenikały. Jedną z linii podziału była polityka, która często podgrzewała atmosferę w pokoju nauczycielskim. W jednej z łódzkich szkół nauczyciel prosanacyjny spoliczkował kolegę „endeka” po tym, jak ten obraził marszałka Piłsudskiego. Z kolei w jednej ze szkół wiejskich portrety Piłsudskiego i prezydenta Mościckiego zamiast wisieć w sali lekcyjnej nad tablicą, wisiały w sieni szkolnej. Można w pewnym uproszczeniu przyjąć, że nauczyciele w Wielkopolsce czy na Pomorzu bliżsi byli (o ile w ogóle interesowali się polityką) Narodowej Demokracji, ci na Śląsku zaś – „chadecji”. Na Lubelszczyźnie i w części Mazowsza silne były wpływy ludowców, centralna Polska była prosanacyjna. Zdarzali się również nauczyciele o poglądach komunistycznych, ale tych w momencie wykrycia sympatii politycznych usuwano z zawodu. Zresztą po 1926 r., kiedy weszła w życie ustawa o stosunkach służbowych, władze oświatowe miały sprytny „wytrych”, bowiem w jednym z paragrafów zapisano, że można przenosić nauczyciela z jednej do drugiej placówki „dla dobra szkoły”. Chętnie z tego korzystano, szczególnie wobec nauczycieli, którzy zbyt mocno angażowali się w politykę, nie koniecznie po stronie władzy. Szczególnie znanym przypadkiem jest Czesław Wycech, zaangażowany działacz ludowy, nauczyciel, którego z tego powodu przeniesiono z Lublina na Pomorze, w okolice Chojnic. Na marginesie: Wycech po II wojnie światowej był przez pewien czas ministrem oświaty. Wydał w latach sześćdziesiątych swoje wspomnienia z okresu międzywojennego. Wiele ciekawych wątków w nich zostało zawartych, jednakże spośród wszystkich wspomnień nauczycielskich, żadne nie zawierały więcej hipokryzji niż właśnie te jego autorstwa.
Skro mowa już o sympatiach politycznych, to warto zwrócić uwagę na fakt, że przekładały się one na konkretne działania, a jednym z nich było kandydowanie do parlamentu. Przykładem może być Kazimierz Rakowski, nauczyciel i kierownik Szkoły Powszechnej w Mąkolnie (obecnie powiat koniński). Został wybrany z listy BBWR do Sejmu w 1930 r. Na okres pracy parlamentarnej był urlopowany ze szkoły.
Drugim obszarem polaryzacji była działalność związkowa. W zasadzie prym wiodły dwa związki zawodowe nauczycieli: Związek Nauczycielstwa Polskiego i Stowarzyszenie Chrześcijańsko-Narodowe Nauczycielstwa Szkół Powszechnych, przy czym o wiele liczniejszą reprezentację miało to pierwsze. Nauczyciele szkół średnich angażowali się w działalność Towarzystwa Nauczycieli Szkół Wyższych. Często organizacje związkowe były pod wpływem ugrupowań politycznych bądź ich członkowie sympatyzowali z poszczególnymi partiami.
Dla wielu nauczycieli tamtego okresu praca w szkole była nie tylko spełnieniem marzeń, awansem społecznym, ale także, a może przede wszystkim pasją. Wielu stanowiło przykład dla swoich uczniów, stawało się dla nich wzorcem. Realizowali się oni nie tylko w płaszczyźnie edukacyjnej, ale także społecznej czy naukowej. W pierwszym zakresie byli założycielami kółek rolniczych, straży pożarnych i ich czynnymi działaczami. Naukowo rozwijali się nauczyciele szkół średnich, którzy oprócz nauczania prowadzili badania naukowe. Jeden z biologów z Kresów Wschodnich był specjalistą od żab i hodował je w domu, co oczywiście nie podobało się żonie, aż w końcu postawiła warunek: albo ona, albo żaby. Niektórzy nauczyciele zakładali również gazety w miastach, w których pracowali. Tak było na przykład w Ciechanowie.
Liczne grono nauczycieli II RP realizowało się w harcerstwie. Zakładali drużyny zuchowe i harcerskie, przekazując młodzieży zasady i wartości promowane przez tę organizację. Wśród nauczycieli byli czynni pszczelarze, którzy promowali pszczelarstwo nie tylko wśród młodzieży, zakładając przy szkołach pasieki, ale także wśród gospodarzy na wsiach.
Praca nauczycieli nie kończyła się często wraz z przysłowiowym dzwonkiem, ale trwała do późnych godzin wieczornych. W ramach tzw. oświaty pozaszkolnej prowadzili oni zajęcia dla analfabetów czy dla poborowych, którzy również nie umieli czytać i pisać, a po wstąpieniu do wojska powinni choć w stopniu podstawowym. Organizowano również przedstawienia amatorskie, prowadzono chóry, orkiestry, zespoły muzyczne i taneczne. Ale trzeba podkreślić, że dzięki nauczycielom udało się zachować w dużej mierze dziedzictwo materialne i niematerialne w poszczególnych regionach, bowiem gromadzili oni np. zbiory etnograficzne. Jeden z nauczycieli pracujący w okolicach Pucka w czasie wolnym wędrował od domu do domu i zbierał kaszubskie pieśni, które później opracowywał, a niekiedy wyniki swoich badań publikował w fachowych czasopismach. Zresztą do takiej aktywności zachęcano nauczycieli, organizując dla nich specjalne kursy etnograficzne. Jedno z takich szkoleń odbywało się na przykład w Inowrocławiu.
Na koniec dwie refleksje. Pierwsza dotyczy kwestii związanej z podjętymi badaniami zaprezentowanymi w książce Życie codzienne nauczycieli II Rzeczypospolitej. Pomysł pojawił się już dawno, ale uwaga skupiona była na aktach osobowych zgromadzonych w archiwach na Wołyniu. Jest ich tam ponad 4,5 tys. Nawet dwukrotnie składany był grant do NPRH w tym zakresie. Za pierwszym razem recenzent uznał, że badania są fragmentaryczne i niewarte zachodu. Za drugim uwaga była jeszcze bardziej merytoryczna: wskazałem za drogi hotel, z którego zespół miał korzystać w trakcie prowadzonych kwerend. Zacząłem pracować nad tym sam, ale wybuchła wojna na Ukrainie, dlatego uwaga przeniosła się na inny obszar, a w zasadzie nastąpił powrót do poprzedniego obszaru badawczego.
Druga refleksja dotyczy samej treści książki. Pojawiła się po jej napisaniu smutna refleksja, że w zasadzie w szkolnictwie nic się nie zmieniło. Z pewnością mamy obecnie lepszą bazę, nowocześniejsze szkoły, lepiej wyposażone. Niestety, jeśli chodzi o podejście do pracy nauczycieli, o selekcję do tego zawodu, to większych zmian nie można odnotować. Zawsze byli nauczyciele, którzy odznaczali się pasją, czuli powołanie do zawodu, starali się wprowadzać innowacje, nawet wbrew otoczeniu, czasem bez zgody przełożonych. Widać to dokładnie w okresie II RP. Przykładem może być choćby nauczycielka, która ucząc przyrody, zabrała dzieci na łąkę, żeby w naturalnym środowisku pokazywać konkretne przykłady. Po powrocie do szkoły dostała od kierownika reprymendę. Ale byli wówczas i są obecnie nauczyciele, którzy traktują swoją pracę jak rzemiosło, wykonują co trzeba i wracają do domu. Wydaje mi się, a wręcz jestem przekonany, że mitologizacja przedwojennych nauczycieli jest mocno przesadzona.
W każdym razie dla nauczycieli był to trudny okres. Z jednej strony konieczność ujednolicenia trzech różnych systemów szkolnych odziedziczonych po zaborcach. Przy czym nie było zgodności w widzeniu szkoły wśród działaczy społecznych. W niektórych regionach Polski brakowało szkół, często lokowano je w chłopskich chatach, gdzie wynajmowano izby lekcyjne. Ale gdy gmina nie chciała chłopu więcej zapłacić za wynajem, to ten wyrzucał szkołę i już nie dało rady otworzyć w tej wsi nowej. Z tym wiązały się również trudne warunki mieszkaniowe nauczycieli, co z kolei przekładało się na ich zachorowalność. Gruźlica dziesiątkowała szeregi nauczycielskie w tamtym czasie.
Można by wymieniać i przywoływać jeszcze wiele wątków, które szerzej zostały opisane w książce Życie codzienne nauczycieli w II Rzeczypospolitej, wydanej przez Państwowy Instytut Wydawniczy. W zasadzie każdy z tych wątków może stanowić wstęp do dalszych pogłębionych kwerend i analiz.
Dr hab. Piotr Gołdyn, historyk, teolog, pedagog, Instytut Interdyscyplinarnych Badań Historycznych, Uniwersytet Kaliski im. Prezydenta Stanisława Wojciechowskiego