logo
FA 3/2025 ptaki mają głos

Piotr Kieraciński

Wodniczka i tomka

Wodniczka i tomka 1

Wodniczka idealnie upodobnia się do środowiska, w którym żyje. To dlatego niewprawnemu oku kompletnego laika tak trudno ją dostrzec. Ale ma to też praktyczne znacznie – drapieżniki, które mogłyby czyhać na wodniczkę, też mają problem z dostrzeżeniem jej wśród wysokich trzcin i turzyc.

W czasach studenckich często wędrowaliśmy po podmokłych terenach leżących na północny wschód od Łęcznej. To był egzotyczny, sielski krajobraz, gdzie monotonię płaskich łąk zakłócały kępy zarośli, wyspy drzew, cieki i oczka wodne oraz dzieła człowieka – brogi z sianem, w których nieraz znajdowaliśmy schronienie przed deszczem, a czasami nawet nocleg. Te widoki pozostały we wspomnieniach i na starych rajdowych fotografiach.

Bagna i torfowiska na pierwszy rzut oka nie wydają się interesujące. Ot, płaskie jak stół, podmokłe, poprzecinane drobnymi ciekami wodnymi i pełne komarów obszary, na które trudno wejść. W praktyce to jednak miejsca ważne dla środowiska, także dla klimatu, i wielu gatunków organizmów. Do niedawna były wykorzystywane rolniczo jako podmokłe pastwiska i łąki kośne. Na północny wschód od Lublina leży taki teren – Polesie Zachodnie, na którym właśnie ze względu na obfitość torfowisk w 1990 roku utworzono Poleski Park Narodowy. Dziś jedną z jego perełek jest Bagno Bubnów, które wraz z przylegającym od wschodu Bagnem Stawy stanowią niezmiernie ważny kompleks torfowisk liczący około 2 tysiące hektarów. To siedlisko licznych gatunków ptaków i innych zwierząt, w tym parkowej „arystokracji”: łosi i żurawi.

Ptasi mimetyzm

Z profesorem Grzegorzem Grzywaczewskim wybieramy się na bagno późnym popołudniem. Tuż przed wieczorem dojeżdżamy terenówką na miejsce. Wysiadamy z auta. Grzywaczewski schyla się, zrywa kępkę trawy i daje mi ze słowami: „wysusz sobie, będzie ci ładnie pachnieć”. Wiążę trawę w warkocz i wsuwam do plecaka. Naszym celem nie jest trawa, lecz wodniczka. To ona zainteresowała mnie podczas rozmowy z uczonym w Lublinie. Słyszałem śpiew tego ptaka i opowieści o nim podczas wizyty w Biebrzańskim Parku Narodowym. Nie wiedziałem, że jest także tutaj „u nas”, co uświadomił mi prof. Grzywaczewski. Dlatego chętnie korzystam z jego zaproszenia na wędrówkę w jej poszukiwaniu.

Jest nas trzech: prof. Grzywaczewski, jego student, który przygotowuje dyplom z wodniczki i ja. Zakładamy wodery i zagłębiamy się w bagno. Nie jest bardzo mokro, a do tego profesor doskonale zna teren i wytyczył transekt tak, żeby unikać zarośniętych dziś trawą rowów melioracyjnych i zalanych wodą, zarośniętych i niewidocznych na pierwszy rzut oka zapadlisk po wydobyciu torfu. Jest na tyle sucho, że mimo wieczornej pory nie ma komarów, co mnie zaskoczyło.

Grzywaczewski trzyma w ręku GPS i notes. Student ma rejestrator dźwięku i statyw. Wszyscy mamy aparaty fotograficzne. Ruszamy w trawy i turzyce. Jest cicho, słońce chyli się ku zachodowi. Gdy usłyszymy śpiew samca wodniczki, przystajemy. Prof. Grzywaczewski na podstawie GPSa ustala pozycję ptaka i dokładnie notuje współrzędne geograficzne. Student rozstawia statyw i uruchamia rejestrator dźwięku. Trzeba nagrać około kilkuminutową sekwencję śpiewu każdego samca wodniczki. Fotografujemy – obaj przyrodnicy bez problemu z odległości dwudziestu – trzydziestu metrów wypatrują wśród trzcin drobnego ptaszka. Ja go nie potrafię dostrzec. Dopiero bardzo szczegółowe wskazówki moich „wodniczkowych Cicerone” pozwalają mi zauważyć przez lornetkę brązowo – szaro – czarno ubarwionego samczyka wodniczki wielkości wróbla. Przy okazji od prof. Grzywaczewskiego dostaję indywidualny wykład o mimetyzmie wśród ptaków. Wodniczka idealnie upodobnia się do środowiska, w którym żyje. To dlatego niewprawnemu oku kompletnego laika, jak ja, tak trudno ją dostrzec. Ale ma to też praktyczne znacznie – drapieżniki, które mogłyby czyhać na wodniczkę, też mają problem z dostrzeżeniem jej wśród wysokich trzcin i turzyc.

Poruszamy się powolutku, unikając przeszkód terenowych. Prof. Grzywaczewski opowiada o wodniczce. To endemiczny ptak podmokłych terenów Europy Środkowo-Wschodniej. Oprócz Polski występuje w znacznie większej liczbie na podmokłych terenach Białorusi i Ukrainy oraz bardzo nielicznie na Litwie. Liczebność populacji ocenia się na około sto tysięcy osobników, z czego w Polsce bytuje raptem kilka tysięcy, a na samym Bagnie Bubnów – kilkaset. Grzywaczewski jeszcze kilka lat temu policzył około 400 samców. Obecnie jest ich raptem dwieście pięćdziesiąt. Wodniczka to wędrowiec. U nas przebywa wiosną i latem. Na środkowoeuropejskich torfowiskach zakłada gniazda i wydaje 2 lęgi rocznie. Pierwszy liczniejszy od drugiego. Na zimę leci do Afryki na mokradłach w Sahelu Zachodnim, od Senegalu i Mali po Ghanę. To słabo poznana migracja. Możliwe, że dzięki nowoczesnym metodom teledetekcji wkrótce dowiemy się o niej więcej.

Słońce znika za horyzontem. W blasku ostatnich wieczornych zórz zawracamy do auta. Jest cisza, która pogłębia niesamowity nastrój poleskiego bagna. Grzegorz Grzywaczewski opowiada o sposobie użytkowania tych terenów w przeszłości i o ich osuszeniu w latach 60. i 70. XX wieku. W wyniku melioracji praktycznie zniknęło największe torfowisko Polesia Lubelskiego – Krowie Bagno. Dzisiaj to rozległy teren uprawny. Dzięki powstaniu Poleskiego Parku Narodowego udało się uchronić resztę niezwykłych podmokłych terenów w tej okolicy. Mimo, że samo Krowie Bagno już nie istnieje, sporo o nim wiemy, gdyż od lat przyciągało badaczy. Prof. Grzywaczewski wspomina dziwiętnastowieczne badania Władysława Taczanowskiego, który był kustoszem Gabinetu Zoologicznego Szkoły Głównej w Warszawie oraz prace prof. Andrzeja Dyrcza z Uniwersytetu Wrocławskiego, który w połowie XX wieku, jeszcze przed melioracjami, prowadził badania w tym terenie i dokładnie opisał przyrodę Krowiego Bagna. Obaj byli ornitologami, więc dokładnie wiemy, jakie ptaki żyły dawniej w tych stronach.

Wodniczki mają trudniej

Grzegorz Grzywaczewski przekonuje, że zasobami przyrody musimy mądrze gospodarować. „Co chcemy zachować?” – pyta. I odpowiada sobie (i mi przy okazji): „To, co zastaliśmy i uznaliśmy za cenne. A co robimy? Pozostawiamy chronione tereny naturalnej sukcesji. Na pewno nie jest ona korzystna dla torfowisk, które szybko zarastają trzciną, krzewami, a na wyniosłych, suchszych kępach także drzewami. Tymczasem torfowiska dzięki rolniczemu wykorzystywaniu były niegdyś terenami otwartymi. To czyniło je atrakcyjnymi dla wielu gatunków ptaków, w tym wodniczki”, która jest od lat przedmiotem jego zainteresowań. Profesor wymienia też ptaki siewkowe, wymagające otwartych przestrzeni i wilgotnego podłoża. „To ptaki, które mają długie nogi, długie dzioby, a ich „restauracją” są wilgotne podłoża – to może być torfowisko, wilgotna gleba, nadbrzeżny piasek – z których wydłubują swoje przysmaki” – tłumaczy. „Na Bagnie Bubnów, niewielkim w końcu obszarze, gniazduje i rozmnaża się dziewięć z jedenastu obecnych z Polsce gatunków tych ptaków.” I wymienia je jednym tchem: „Dubelt – niezwykle rzadki ptak, który na przełomie kwietnia i maja rozpocznie tokowisko na otwartych torfowiskach, kulik wielki, rycyk, krzyk, krwawodziób, czajka, słonka, samotnik, sieweczka obrożna.”

Dlaczego Bagno Bubnów nie zarosło, jak inne podobne tereny pozostawione samym sobie na żer naturalnej sukcesji? Bo jest regularnie koszone. Dba o to Poleski Park Narodowy, a koszty ponosi Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa z programów rolno-środowiskowo-klimatycznych, a zatem czynnik rolniczy, produkcyjny ma dla niej znaczenie. Jak to wygląda w praktyce na Bagnie Bubnów? „Raz w roku koszona jest połowa torfowiska. Przez to mamy co prawda otwartą przestrzeń, ale też połowa terenów, które mogłyby być schronieniem i miejsce lęgów dla wodniczki jest z tego wyłączanych na dłuższy czas, bo wiosną następnego roku po koszeniu nie ma jeszcze dość wysokich turzyc i trzcin, żeby ten drobny śpiewak mógł pod ich pułapem znaleźć schronienie” – opowiada Grzegorz Grzywaczewski. To właśnie sprawia, że wodniczki mają trudniej.

Byłem kiedyś świadkiem tego zdarzenia. Był początek września. Pojechałem na Czachary – zespół wież obserwacyjnych i ścieżkę przyrodniczą po północnej stronie Bagnie Bubnów, gdzie spodziewałem się zobaczyć gromadzące się tłumnie żurawie. Obserwowałem tam wielokrotnie ogromne skupiska tych pięknych ptaków. Nie tym razem. Zastałem wykoszone torfowisko, usłane belami siana i huk silników potężnych traktorów, które je zwoziły. Żurawi było niewiele i bardzo daleko od typowych miejsc gromadzenia się. Mówię o tym profesorowi. „Właśnie koszenie o tej porze sprawia, że na drugi rok nie ma siedlisk dla wodniczki. Zasiedla takie miejsca później, dopiero w czerwcu na drugi lęg, który jest słabszy niż ten pierwszy” – mówi. „Gdybyśmy teren podzielili na pięć fragmentów i kosili tylko jedną piątą rocznie, torfowisko byłoby chronione przed naturalną sukcesją, a równocześnie na czterech piątych mielibyśmy miejsce dla ptactwa, które najlepiej się czuje na pograniczu terenów wykoszonych i porośniętych wyższą roślinnością: turzycami i trzcinami.” To wynika z badań, które Grzegorz Grzywaczewski prowadzi od lat na terenie i na zlecenie Poleskiego Parku Narodowego. Uczony uważa też, że rezygnacja z rolniczych celów koszenia i wykonywanie tego zabiegu późną jesienią, po odlocie ptaków, w tym żurawi, poprawiłaby ich sytuację. Jak mnie informuje, wkrótce raport z jego badań, wraz z zaleceniami, trafi do dyrekcji parku. Zmiana sposobu użytkowania torfowisk poprawiłaby siedliskowe warunki wielu gatunków zwierząt i ptaków.

Już po ciemku dojeżdżamy do domu uczonego, który nie tylko mieszka w pobliżu bagna, ale tam się też wychował i dlatego czuje, że tam jest u siebie. Przerzucam plecak do swojego auta i powoli ruszam do domu. Po kilkunastu minutach zanurzam się we wspomnienia. Kabinę wypełnia aromat trawy podarowanej mi przez Grzegorza Grzywaczewskiego. Początkowo nie kojarzę tego faktu ze wspomnieniem podmokłych łąk nad Gorajką, gdzie z dziadkiem kosiłem siano, a po wysuszeniu gromadziliśmy je w stogach na nieznacznych suchych wzniesieniach, ładowaliśmy na drabiniasty wóz i stromą drogą, prowadzącą głębokim wąwozem, zwoziliśmy do gospodarstwa. To wtedy, leżąc na trzęsącej się na wybojach polnej drogi wysokiej górze siana i obserwując rozgwieżdżone niebo, czułem ten zapach. Widocznie na łąkach w Zaburzu też rosła tomka wonna.

Piotr Kieraciński

Wróć