Rozmowa z dr hab. Lidią Choczaj, prof. ASP w Łodzi, kierowniczką Pracowni Tkaniny Eksperymentalnej

Lidia Choczaj
Ukończyła pani studia na Wydziale Włókienniczym ówczesnej łódzkiej PWSSP w latach 90., w trudnym okresie transformacji gospodarczej. Jakie nadzieje wiązała pani z tymi studiami?
Może zacznę od wcześniejszego etapu. Kiedy w wieku 18 lat zdawałam do akademii, nie miałam jeszcze pojęcia, że zajmę się tkaniną, interesowało mnie malarstwo i rysunek. Akademia Sztuk Pięknych była uczelnią, która fascynowała młodych ludzi, ale dopiero jako studentka poznałam szeroki wachlarz możliwości, jaki daje program dydaktyczny. Wówczas specjalizację wybierało się na drugim roku. Rozpoczęłam studia na Wydziale Włókienniczym, w Pracowni Tkaniny Odzieżowej prof. Bolesława Tomaszkiewicza i prof. Andrzeja Rajcha. Jednocześnie bardzo pociągała mnie tkanina artystyczna, którą zaczęłam studiować u prof. Aleksandry Mańczak w Pracowni Tkaniny Unikatowej. Zgodnie z systemem, który funkcjonuje do dzisiaj, studenci wybierają drugą specjalność, co jest dla nich bardzo dobre, bo rozwijając się, uświadamiają sobie swoje predyspozycje i mogą szukać swojej własnej drogi. Jako studentka wybrałam dwie gałęzie tkaniny: jedną związaną z wzornictwem, czyli ze sztuką użytkową, a drugą artystyczną. Broniąc pracę dyplomową u prof. Tomaszkiewicza, nie ośmieliłabym się pomyśleć, że zostanę w akademii i znajdę się w gronie pedagogów. To stało się później.
Czy po dyplomie z tkaniny odzieżowej myślała pani o pracy w przemyśle włókienniczym?
Na początku nie. W pracowni prof. Tomaszkiewicza nie projektowaliśmy tkanin stricte odzieżowych. Generalnie zgłębialiśmy zagadnienia tzw. raportu plastycznego w tkaninie. Były to tkaniny nicielnicowe, żakardowe. Moim pierwszym sukcesem tuż po ukończeniu studiów było stypendium Arts Link w Kalifornii, przyznane przez fundację Sorosa, które uzyskałam w drodze konkursu. Potem wróciłam do Polski, gdyż uznałam, że jednak chcę spróbować pracy w przemyśle i projektować tkaniny. Chciałam doświadczyć tego, czy będę miała wpływ na wzornictwo, co w tych czasach wydawało się naiwnym myśleniem. Zatrudniłam się w Zakładach Przemysłu Bawełnianego Morfeo w Ozorkowie, które później – niestety – przestały istnieć.
I jak artystka odnalazła się w przemyśle?
To było dosyć szorstkie zderzenie z rzeczywistością. Wcześniej, w akademii byliśmy pod opieką pedagogów, jakby w szklarni, pielęgnowani jak unikatowe roślinki. Tutaj trzeba się było dostosowywać do potrzeb firmy, do oczekiwań klientów…
Widziała pani swoje projekty zrealizowane?
Oczywiście widziałam, po prostu serce rosło. W tym trudnym zetknięciu się z przemysłem jednak następował rozwój. Każdemu studentowi życzę takiego doświadczenia, wszystko jedno czy na etapie studiów, czy już po studiach. Warto spróbować.
A jak to się stało, że jednak wróciła pani do akademii?

Lidia Choczaj, Bliżej błękitu
Zostałam zaproszona na rozmowę, po której okazało się, że prof. Andrzej Rajch postanowił przyjąć mnie do swojej pracowni. Początkowo byłam zatrudniona jako asystentka, dziś prowadzę Pracownię Tkaniny Eksperymentalnej. Prof. Rajch uważnie obserwował kierunki i trendy w projektowaniu tkanin. Nawiązał kontakty z firmami przemysłowymi na całym świecie. Zaczęliśmy regularnie wyjeżdżać na targi Heimtextil do Frankfurtu, na których później miałam okazję dwunastokrotnie organizować prezentacje prac naszych studentów. Po śmierci profesora jego wskazówki okazały się dla mnie bezcenne, kontynuowałam więc rozpoczęte działania międzynarodowe, bo było moim marzeniem, żeby studenci mieli możliwość pokazywania swoich prac nie tylko w kraju, ale i na świecie.
Jak rozumie pani eksperyment w kontekście tkaniny? Jakiego rodzaju prace powstają w pani pracowni?
Eksperyment pojawia się już w nazwie pracowni, a ma on to do siebie, że zwykle wymaga wielkiej cierpliwości i czasu, a na efekty trzeba często długo czekać. Przychodzą tu zazwyczaj studenci o specyficznej konstrukcji psychicznej, którzy wiedzą, że jest to pracownia wymagająca dużego zaangażowania, odwagi, ale także pewnej pokory. Posługujemy się tu różnymi warsztatami, często jest to mix działań, mix mediów.
Czy studenci, przychodzą do pracowni z podstawowymi umiejętnościami, które później mogą rozwijać?
Kandydaci na 3-letnie studia licencjackie nie muszą mieć przygotowania czy wiedzy w zakresie budowy tkanin. Są uczeni od podstaw i już w I semestrze są zobligowani do własnoręcznego wykonania tkaniny na różnych warsztatach, w mojej pracowni np. na warsztatach tkaniny nicielnicowej. Poznają więc m.in. budowę krosna, mechanizm jego działania, dowiadują się, czym jest osnowa i wątek. To takie abecadło. Przyrównuję tę konstrukcję do szkieletu, który przyobleka się w ciało – to, co na tym szkielecie powstanie, jest kwestią wyobraźni i pracy. Mamy również ciekawe narzędzia do zdobienia tkanin, np. haft mechaniczny. Student I roku wybiera dwie pracownie i w związku z tym powstaje pewien mariaż. Jeżeli jest jednocześnie np. w Pracowni Projektowania Druku, to może próbować łączyć techniki. W instytucie jest w sumie 9 pracowni, m.in. Pracownia Tkaniny Dekoracyjnej, w której studenci uczą się od podstaw budowania żakardu, Pracownia Obiektu do Wnętrz, Dywanu i Gobelinu, gdzie mogą poznać np. technikę tuftingu, czy Pracownia Papieru, gdzie ręcznie czerpią papierowe materie.
W drugim etapie, na studiach magisterskich, są już świadomi możliwości warsztatowych uczelni i te dwa lata poświęcają w zasadzie na realizację dyplomu. Przygotowanie dyplomu to długi proces, tym bardziej, że tkaniny w mojej pracowni powstają ręcznie, w nikłym stopniu przy udziale komputera – najwyżej w postaci szkicowej. Zauważyłam, że szczególnie na drugim stopniu jest niesamowity powrót do technik rękodzielniczych, co wiąże się być może z przesytem mediami elektronicznymi, tymi ekranami przed którymi non-stop siedzimy, czy to jest laptop, czy smartfon, czy ekran telewizora. Czasami studenci zaskakują mnie tym, że wymyślają własne autorskie techniki, natomiast uświadamiam im, że eksperyment – co jest dla niektórych zaskakujące, dla innych deprymujące – wiąże się czasami z porażką…
…co może być trudne, biorąc pod uwagę ile przeznacza się czasu na to, by sobie własną porażkę uświadomić.
Tak, jednak ważna jest droga, którą pokonujemy, doświadczenie, które nabywamy, a które być może zaprocentuje w następnym projekcie, nawet jeśli ten obecny nie zakończy się sukcesem.

Lidia Choczaj, Bliżej błękitu (fragment)
A przykłady takich eksperymentów?
Może wymienię pewną pracę, która dopiero co powstała. Jesteśmy w wyjątkowym momencie życia uczelni – obchodzimy jubileuszowy, osiemdziesiąty rok jej istnienia. Od początku, czyli od 1945 roku tkanina istniała w strukturze ówczesnej PWSSP. Pierwszy był Zakład Tkactwa powołany przez dyrektora Leona Ormezowskiego, potem w 1946 roku pojawił się druk na tkaninie. Tkanina zawsze była ważna i jest nadal, tu mocno bije serce akademii, a studenci to czują. Wracając do wspomnianej pracy: w roku jubileuszowym studentka, p. Magda Rutkowska, zadedykowała naszej uczelni swój projekt semestralny pt. „Powiedz mi, że mnie kochasz”. Premiera odbyła się 14 lutego, w dzień narodzin PWSSP. Jest to własnoręcznie wytkany obiekt przypominający czerwoną skrzynkę, który został umieszczony w holu ASP i do którego można wrzucać listy – życzenia. Studentka powiedziała mi, że chciała w ten sposób wyrazić miłość do miejsca, które daje przestrzeń sztuce, wolność poszukiwaniom twórczym i spotkaniom. W mojej pracowni często powstają utwory, które wchodzą w interakcję z widzami. Zachęcam studentów do takich działań, ponieważ wydaje mi się, że oni coraz częściej są wyalienowani, a chciałabym, żeby mogli być bliżej ze sobą i nawiązywać relacje.
Formuła pracowni sprzyja relacjom, studenci muszą w niej przebywać, chociażby ze względu na warsztat. Nie mogą wpadać tylko na korekty i biec dalej, co niestety staje się znakiem czasu w wielu uczelniach artystycznych.
Rzeczywiście studenci są obecni. W instytucie mamy np. olbrzymie warsztaty tkackie, warsztaty druku i papieru, które są otwarte 5 dni w tygodniu. Studenci pracują w nich, gdy tylko mają taką potrzebę. Kierunek jest wymagający, grupy studentów są niewielkie, ale dzięki temu poświęcamy im niezwykle dużo uwagi i czasu. Myślę, że to owocuje świetnymi realizacjami i ciekawą przyszłością zawodową również. Pracownia Tkaniny Eksperymentalnej jest otwarta przede wszystkim dla studentów naszego instytutu, ale w ramach Wydziału Sztuk Projektowych, gdzie instytutów jest sześć, studenci mogą dowolnie dobierać pracownie i włączać kolejne wątki – jakbym powiedziała w języku tkackim – do swojego portfolio i swojej działalności. Takie mariaże często dobrze rokują.
A jak ocenia pani skutki reformy, w ramach której w łódzkiej ASP zlikwidowano wcześniejsze wydziały i utworzono dwa nowe: Wydział Sztuk Projektowych i Wydział Sztuk Pięknych? Instytut Tkaniny, Druku i Stylizacji Wnętrz znalazł się w strukturze tego pierwszego wydziału. Tymczasem, cytując prof. Włodzimierza Cygana, „tkanina to jest medium, które jedną nogą tkwi w sztukach pięknych, drugą – w projektowych”, zgodnie zresztą z koncepcją Strzemińskiego…
Myślę, że to był wielki eksperyment, a każdy eksperyment wymaga czasu, zwłaszcza w dydaktyce na efekty trzeba długo czekać. Jesteśmy po pięciu latach zmian i teraz uczelnię opuści pierwszy rocznik po pełnym cyklu studiów. Wspomnianemu eksperymentowi przyświecała idea, żeby łączyć różne specjalności projektowe. Do Pracowni Tkaniny Eksperymentalnej często przychodzą studenci z Instytutu Biżuterii albo z Instytutu Ubioru, z którym mieliśmy długie związki – przecież Wydział Tkaniny i Ubioru łódzkiej ASP był największym, najsilniejszym i najstarszym w Polsce wydziałem kształcącym w zakresie szeroko pojętych tekstyliów i, również, mody. W tej chwili nasza autonomia wiąże się z dużą odpowiedzialnością, ale jest korzystna z punktu widzenia studenta, bo może łączyć różne dziedziny, których granice – jak obserwujemy we współczesnym świecie – coraz bardziej się zacierają.
Hasło „interdyscyplinarność” coraz częściej pojawia się w kontekście kształcenia artystycznego.
Tak. Wydaje mi się, że poszliśmy z duchem czasu, ale dopiero za parę lat ocenimy efekty tego eksperymentu.
W latach 60. i 70. mieliśmy swoiste apogeum tkaniny artystycznej: tkaniny pojawiały się w wystrojach wnętrz rozmaitych instytucji, pływały na statkach i promach. A jak to jest obecnie? Jakie są perspektywy zawodowe studentów, którzy chcieliby podjąć samodzielną działalność w zakresie tkaniny artystycznej?
Nie ukrywamy, że tkanina jest bardzo elitarną specjalnością, w całym instytucie mamy w tej chwili 44 studentów na licencjacie i 26 na studiach magisterskich. Utrzymujemy kontakt z absolwentami i to nie tylko na zasadzie „monitorowania losów studentów”, co jest obowiązkiem uczelni, ale brzmi biurokratycznie. Nasi absolwenci przychodzą do pracowni i opowiadają o swoich losach. Jak widać, odcięcie pępowiny, choć w końcu konieczne, jest dla nich bardzo trudne, co zresztą sama przeżyłam. Jestem pełna podziwu dla tych młodych ludzi, którzy dają sobie radę, tworząc tkaniny unikatowe pod szyldem własnej firmy. Tradycją łódzkiej uczelni jest kształcenie dwutorowe. W naszym instytucie mamy i tkaninę dla przemysłu, i tkaninę unikatową, a w całej uczelni jest dużo pracowni ogólnoplastycznych: malarstwa, rysunku czy rzeźby. Studenci są zobowiązani, aby ćwiczyć rękę, oko i wrażliwość na kolor, co później procentuje w pracowniach projektowych. Przygotowujemy ich i do indywidualnej działalności artystycznej, i do współpracy z przemysłem. Poza stuletnimi krosnami, mamy najnowocześniejsze, sterowane komputerowo maszyny do żakardu czy haftu mechanicznego. W cyklu kształcenia zawsze ważne są także praktyki zawodowe. Tak się składa, że akurat w tym roku w Łodzi będzie miało miejsce kolejne prestiżowe 18. Międzynarodowe Triennale Tkaniny. Od 2013 roku studenci uczestniczą w towarzyszącym mu ważnym wydarzeniu o nazwie Triennale Tkaniny Młodych – Young Textile Art Triennal, którego jestem pomysłodawcą. Stało się to możliwe, dzięki wsparciu dyrektora Centralnego Muzeum Włókiennictwa, pana Norberta Zawiszy, który pomógł nam w „narodzinach” pierwszej edycji. Jesienią tego roku organizujemy już piąte YTAT, konkurs i wystawę. Tak, jak w poprzednich latach spodziewamy się uczelni z całego świata, m.in. z Japonii, Stanów Zjednoczonych i oczywiście z Europy. Pierwsza edycja dotyczyła szeroko pojętej sztuki włókna, nie było podziału na wzornictwo i tkaninę artystyczną, natomiast później jury zauważyło, że bardzo trudno porównywać tkaniny czysto użytkowe i artystyczne. Ustalono więc dwie kategorie. Odtąd uczelnie zgłaszają po jednej pracy z każdej z nich. YTAT to swoista trampolina do kariery zawodowej studentów.
Na pewno wybór prac jest trudny.
Oczywiście. W oparciu o nasze kontakty zaprosiliśmy 14 uczelni z całego świata, a w pewnym momencie poszerzyliśmy formułę i teraz wysyłamy też zaproszenia do uczelni artystycznych z Polski, które tkaninę posiadają w swojej ofercie dydaktycznej. Triennale jest dla nas wielkim świętem i mobilizuje całą społeczność.
Wspominała pani, że w instytucie prowadzone są studia dwustopniowe. Obecnie obserwuje się pewien odwrót od dwustopniowości, zwłaszcza w przypadku sztuk czystych. Jaka formuła wydaje się pani właściwsza w kontekście tkaniny?
Instytut ma swoje miejsce w strukturze Wydziału Sztuk Projektowych. Jeśli chodzi o projektowanie, o tzw. czysty design, to dwustopniowość może być rozwiązaniem dobrym. Moja pracownia i kilka innych mają natomiast charakter bardziej zbliżony do sztuk pięknych. W tym przypadku ważna jest ciągłość kształcenia. Przerwanie nauki po trzech latach jest sztuczne i, jak wynika z rozmów, trudne dla studentów, którzy na studiach magisterskich często kontynuują naukę w tej samej pracowni. Na drugi stopień przychodzą do nas także kandydaci z innych uczelni i innych kierunków. Okres dwóch lat studiów jest bardzo krótki, gdyż ostatnie pół roku przeznaczamy już na zamykanie dyplomu. Dlatego byłam przeciwna dwustopniowości, która w kontekście kierunków artystycznych wydawała się nienaturalnym przerwaniem procesu rozwoju.
W czasie procesu bolońskiego nowe przepisy zostały tak sformułowane, że można było odnieść wrażenie, iż w dziedzinie sztuk plastycznych dwustopniowość studiów jest obligatoryjna. Wówczas niewiele kierunków obroniło się przed podziałem.
Musiało upłynąć sporo czasu, żeby zobaczyć efekty takiego sposobu studiowania, migracji studentów pomiędzy uczelniami krajowymi i zagranicznymi. Mówiono o tym, że dwustopniowość znacznie ułatwia współpracę ze studentami zagranicznymi, że w ramach Erasmusa łatwiej jest naliczać punkty ECTS… Tylko czy naprawdę musimy przede wszystkim opierać się na „cyferkach”?
Tym bardziej, że sporo kierunków artystycznych wróciło do starego systemu i okazało się, że nie ma większych problemów z wymianą międzynarodową.
Teraz to możliwe, aby studenci zagraniczni, którzy w swojej uczelni są na studiach dwustopniowych, przyjeżdżali do nas w ramach Erasmusa na studia jednolite. Nasze szkolnictwo artystyczne jest na bardzo dobrym poziomie, a programy są tak skonstruowane i kształcimy tak szeroko, że dla studentów zagranicznych może to być atrakcyjne. Często chcą przedłużyć swój pobyt i pozostać u nas na jeszcze jeden semestr.
Zapewne – o czym już pani wspomniała – w dobie wszechobecnych komputerów, pojawia się tęsknota za działaniami manualnymi, których nie da się zastąpić rzeczywistością wirtualną?
Tak, w tym roku mamy studentki z programu Erasmus+, które są bardzo zaangażowane i w stosunkowo krótkim czasie wykonały piękne prace. W naszej uczelni mamy taką tradycję, że na koniec semestru zawsze przygotowujemy wystawę w galerii „Strefa Erasmusa”, co dodatkowo mobilizuje studentów. To cieszy, że wracając do swoich uczelni, robią dobrą promocję łódzkiej akademii.
Jaka jest ogólna struktura Instytutu?
Instytut Tkaniny, Druku i Stylizacji Wnętrz został powołany w 2019 roku jako jeden z sześciu instytutów na Wydziale Sztuk Projektowych. Kształcimy na studiach dwustopniowych w dziewięciu pracowniach. Od pięciu lat mamy dyplomującą Pracownię Stylizacji Wnętrz. Studenci łączą doświadczenia wyniesione z pracowni artystycznych ze specjalistyczną wiedzą zawodową. Daje im to, jako przyszłym projektantom, możliwość zdobycia wysokich kwalifikacji, a jednocześnie pozwala na szeroko rozumiane artystyczne eksperymenty, jeśli się na nie zdecydują. Jako instytut organizujemy wiele prezentacji. 1 lutego br. w przestrzeniach Teatru Muzycznego w Łodzi rozpoczęła się wystawa tkanin, która została otwarta dla szerokiej publiczności. Z kolei w ubiegłym tygodniu wróciła do nas wystawa z budapeszteńskiej galerii Centrum Architektury Fuga, gdzie znalazły się prace naszych studentów i absolwentów. Przez cały czas prowadzimy więc działalność także na zewnątrz uczelni. I to nas cieszy.

Prowadząc Pracownię Tkaniny Eksperymentalnej, jednocześnie zajmuje się pani własną twórczością, często wykorzystując w swoich tkaninach materiał dosyć nieoczywisty. Od kiedy interesuje się pani szkłem?
Pierwsze eksperymenty z tą materią rozpoczęłam już na studiach, w Pracowni Tkaniny Unikatowej prof. Aleksandry Mańczak.
Na czym one polegały?
Badałam, czy taki środek wyrazu jak szkło można łączyć z tkaniną. Na dyplomie zaprezentowałam jednak klasyczny żakard, który wykonałam pod kierunkiem prof. Tomaszkiewicza, i aneks malarski, którego promotorem był prof. Andrzej Gieraga, ale nie ukrywam, że przez cały okres studiów interesowała mnie tkanina artystyczna. Po ukończeniu akademii często wracałam do pracowni prof. Mańczak po radę i konsultacje. Zaczęłam brać udział w konkursach i nieśmiało poszukiwać własnego sposobu opowiadania o świecie i własnego języka plastycznego. Okazało się, że szkło coraz bardziej mnie fascynuje, podobnie jak inne materiały transparentne. Zapragnęłam też, aby moje obiekty wchodziły w interakcje z widzami. W tym czasie przygotowałam pracę na wystawę studentów i absolwentów pracowni prof. Mańczak, prezentowaną w krakowskim Bunkrze Sztuki. To był utwór pt. Kaprys – z 40 kg przeźroczystych cukierków zawiniętych w transparentną folię i wplecionych w ręcznie wykonaną tkaninę. Duża, trzymetrowa kompozycja miała formę listu do odbiorcy i była tak skonstruowana, aby widz mógł sobie wyciągać przezroczyste pastylki; ta idea dzielenia się swoją radością i doznaniami była mi bliska. Gdy poszczególne elementy znikały, tworzył się nowy wzór na tkaninie. Przy okazji pojawił się ciekawy aspekt socjologiczny. W Krakowie publiczność bez żadnej zachęty zrozumiała moje intencje i spontanicznie weszła w zaplanowaną interakcję. Natomiast później, gdy zaprezentowałam tkaninę w galerii sztuki w Łodzi, widzowie bali się jej dotykać, a tym bardziej nie śmieli ingerować w jej kształt.
Łodzianie zapewne mają większą świadomość, ile pracy trzeba włożyć w wykonanie tkaniny i otaczają ją większym szacunkiem.
Być może (śmiech). W każdym razie były to sytuacje proste i poetyckie zarazem. Może powinnam takie tkaniny pokazać w jeszcze innych miejscach. Nawiasem mówiąc, ta praca była wykonana ręcznie na krośnie nicielnicowym w sposób bardzo pracochłonny i czasochłonny. Niemniej chodziło mi o przełamanie bariery pomiędzy publicznością, utworem i artystą. Nawiązanie dialogu, ośmielanie i dzielenie się z odbiorcami pozytywnymi emocjami jest dla mnie nadal ważne.
Wracając do szkła, jest ono także obecne w pani ostatnich pracach, chociażby w postaci szklanych ampułek zawierających atłasowe i satynowe wstążki.
Wspomniana praca to Bliżej błękitu. Jak wiemy, spojrzenie w oczy drugiej osoby rodzi niesamowitą bliskość i wręcz intymną relację. W wypadku tego utworu błękitna jest źrenica, a obraz oka – dosyć realistyczny – budowany poprzez kolorowe wstążki umieszczone w szkle, jest bardzo przeskalowany. Im bliżej tego przedstawienia się znajdujemy, tym obraz paradoksalnie staje się bardziej enigmatyczny, a im dystans większy, tym przekaz jest czytelniejszy. Tak często zdarza się w życiu: żeby coś naprawdę zrozumieć i zobaczyć, musimy nabrać pewnego dystansu.
„Jesteś za blisko za naocznie jesteś abym cię mogła zobaczyć raz wtóry” – pisała Maria Kozioł. A przechodząc od poezji do prozy, czy ma pani jakąś własną definicję tkaniny i jej granic?
Jest pewna definicja, która pojawia się w przypadku konkursów, z kluczowym słowem „splot”. Szanuję tę definicję, ale dla mnie niekoniecznie to musi być splot. Zresztą słowo „splot” też można bardzo szeroko interpretować. Byłabym zatem bardzo ostrożna w tworzeniu terminów. Nie definiowałabym utworów, zwłaszcza według warsztatowych reguł, bo to zamyka pole do poszerzania dyscypliny.
Hasło „materia”, jak rozumiem, też jest drugorzędne?
Umowne. Najistotniejsze w moim odczuciu jest uświadomienie sobie na początku pracy nad dziełem, o czym w ogóle chcę opowiedzieć, co szczególnie pragnę przekazać. A w dalszej kolejności szukam najwłaściwszych środków do wyrażenia idei i zmaterializowania jej lub nie.
Rozmawiała Krystyna Matuszewska