logo
FA 3/2025 informacje i komentarze

Jakub Z. Lichański

Papiernie i etyka naukowa. Glosy

Papiernie i etyka naukowa. Glosy 1

Prof. Jakub Z. Lichański, literaturoznawca z Uniwersytetu Warszawskiego, były dyrektor Biblioteki Narodowej, członek Towarzystwa Naukowego Warszawskiego, jeden z twórców Polskiego Towarzystwa Retorycznego, proponuje, aby instytucje naukowe włączały do swojego dorobku także publikacje emerytowanych pracowników.

Od kilku tygodni z łam czasopism nie schodzi temat tzw. papierni oraz etyki naukowej. Sądzę, że problem dotyczy czterech różnych kwestii. Pierwsza to zagadnienie nieuczciwości, więcej: nierzetelności recenzentów w postępowaniach o stopnie i tytuł (znam takie wypadki), a także rad naukowych, gdy zastanawiają się one, jak – delikatnie mówiąc – ominąć problem wskazany w recenzji (znam sytuacje, które kończą się pretensją do recenzenta, że taką nierzetelność wskazał).

Druga kwestia to konieczność odejścia od anonimowości recenzentów w postępowaniach grantowych czy ocenach artykułów. Gdy mam uwagi krytyczne, zawsze sugeruję, żeby osobie ocenianej podać moje „namiary”, bowiem negatywna ocena może wynikać z jakiegoś mojego błędu w spojrzeniu na pracę albo niejasno sformułowanej uwagi, a cała rzecz polega na zwykłym nieporozumieniu. W wypadku grantów sprawa jest o tyle istotna, że osoba oceniająca może po prostu nie znać dorobku ocenianej osoby albo nie w pełni rozumieć zakres badań, jaki jest w projekcie proponowany.

Trzecia sprawa dotyczy wycofania artykułu skierowanego do publikacji. Taka sytuacja źle świadczy o redakcji czasopisma bądź wydawcy (gdy chodzi o artykuł składany do tomu zbiorowego). Zdarza się, że wycofanie tekstu wynika np. z oceny recenzenta, którego zdaniem autor kwestionuje opinię uznanego autorytetu, który może być wyłącznie chwalony.

Ostatnia, czwarta kwestia dotyczy pisania na zamówienie i podpisywania innym nazwiskiem, tzw. papiernia lub raczej tzw. ghostwriting, który, jeśli chce się zarejestrować pismo w renomowanej bazie, musi zostać jednoznacznie, na stronie www czasopisma, odrzucony. Jest to zatem przestępstwo, za które można wytoczyć autorowi proces, co w konsekwencji może prowadzić do utraty stopnia bądź tytułu naukowego, zwolnienia z pracy itp.

Rzecz sprowadza się do kompetencji i rzetelności recenzentów (a także redaktorów czasopism bądź tomów zbiorowych). Problem może częściowo rozwiązać propozycja, aby artykuł proponowany do publikacji szedł najpierw do tzw. preprintów. Taką możliwość oferuje część czasopism i wydawców, a także m.in. organizatorów konferencji. Wtedy poddajemy się ocenie środowiska naukowego i dopiero po uzyskaniu aprobaty możemy rozważać naniesienie poprawek i ewentualną publikację.

Pojawia się jednak inny problem, a mianowicie: czy redakcja, wydawca lub organizator konferencji może sobie pozwolić na publikację preprintów, co generuje koszty utrzymania strony www publikującej takowe, która musi być w Open Access. Sądzę, że tego typu koszty mogłyby być w Polsce finansowane przez Ministerstwo Nauki i per saldo nie byłyby wysokie. Korzyści natomiast byłyby obopólne: dla autora i zatrudniającej go instytucji i dla redakcji, a także dla MNiSW, bowiem wszyscy zainteresowani mieliby bezpośredni wgląd w teksty i ich obiektywną ocenę ze strony środowiska naukowego (w zależności od języka – narodowego lub międzynarodowego).

Pojawiła się ostatnio propozycja, aby NCBR przeznaczyło 100 milionów złotych (z Funduszy Europejskich) na podnoszenie kompetencji i kwalifikacji uczelnianej kadry w konkursie „Doskonałość dydaktyczna”. Środki te raczej warto byłoby, w jakieś części, przeznaczyć na zbudowanie kolejnej bazy preprintów dla nauk humanistycznych (dla nauk biologicznych oraz matematyczno-fizycznych takie bazy istnieją i Polska w nich uczestniczy). Mogłaby ona być związana np. z BazHum. Potencjalni autorzy mieliby wybór: albo dają swój tekst do preprintów i czekają na głosy środowiska, albo składają w redakcji. Może być i tak, że redakcje, w wyniku wstępnej oceny, same sugerują autorowi publikację w postaci preprintu.

Cały problem, poza zwykłą nieuczciwością części osób, wynika także z faktu nadmiernych obciążeń kadry dydaktycznej obowiązkami administracyjnymi oraz „pogonią za punktami”. Tymczasem jest spora grupa badaczy niezwiązanych z instytucjami (w tym emerytów, którym się jeszcze chce pracować), których dorobek naukowy nie jest przez uczelnie wykorzystany. Trzeba by ich ponownie wciągnąć w skład pracowników uczelni, a ich dorobek punktowy kwitować grantami uczelnianymi bądź umowami o dzieło. Mogliby oni prowadzić także bardzo ważne, a niewdzięczne zajęcia typu nauki pomocnicze historii, językoznawstwa, literaturoznawstwa itp., gdzie potrzebne jest doświadczenie także we współpracy z wydawnictwami, zarówno polskimi, jak i obcymi.

I to by było na tyle – jak mawiał śp. „profesor mniemanologii stosowanej” Jan Tadeusz Stanisławski.

Wróć