logo
FA 3/2022 życie naukowe

Jolanta Szczepaniak

Problemy z cytowaniami

Problemy z cytowaniami 1

Fot. Stefan Ciechan

Rozporządzenie MNiSW z dnia 22 lutego 2019 r. w sprawie ewaluacji jakości działalności naukowej definiuje artykuł naukowy i monografię naukową jako recenzowane publikacje „opatrzone aparatem naukowym”. Czym jest rzeczony aparat naukowy i jakie wiążą się z nim etyczne problemy?

Z punktu widzenia wydawnictwa praca nad aparatem naukowym – czyli wykazem źródłowych materiałów, które cytował, omawiał lub wykorzystywał autor podczas pisania danej publikacji – często stanowi spore wyzwanie. Sprawdzanie przypisów i bibliografii załącznikowej oraz weryfikowanie wiarygodności i poprawności odnośników do innych tekstów jest często czasochłonne, ale nieodzowne podczas pracy nad każdym tekstem naukowym.

Kilka tysięcy sposobów cytowań

Cytat nie tylko wskazuje na prace, które autor wykorzystał do wsparcia swoich badań i potwierdza, że nie dopuścił się plagiatu. Poprzez odsyłacze pomaga czytelnikom w odnalezieniu oryginalnego źródła, aby dowiedzieć się więcej na temat idei lub badań przedstawionych w tekście. Dostarcza odpowiedniej literatury do bieżących badań i odgrywa ważną rolę w interpretacji znaczenia i oryginalności tekstu. W prostszym ujęciu jest to przede wszystkim sposób lokalizowania określonych źródeł wiedzy – i z tego względu przypis powinien zawierać ściśle określone elementy, które pozwolą na zidentyfikowanie danego materiału – drukowanego i elektronicznego.

Problem pojawia się wtedy, gdy dochodzi do wyboru jednego ze stylów (konwencji) cytowań, czyli sposobu cytowania cudzych prac w tekście naukowym. Obejmuje m.in. usytuowanie i budowę odsyłacza oraz noty bibliograficznej. Jeden dokument można zacytować na kilka tysięcy sposobów, a ich lista zdaje się wciąż wydłużać. Co więcej, każdy wydawca lub każde czasopismo naukowe może opracować własny format cytowań i narzucać go autorom.

Dlatego można postawić pytanie: po co istnieje tyle różnych sposobów zapisu w zasadzie tej samej informacji? Przecież nie ma znaczenia, który styl zostanie użyty, dokumentuje tę samą informację i ma ten sam cel: dostarczyć wystarczających danych o materiale, by czytelnik bez problemu mógł zlokalizować jego źródło. Na dodatek pomiędzy poszczególnymi stylami bywają tak nieznaczne różnice (opierają się przede wszystkim na kroju czcionek, interpunkcji, zapisie w tekście lub poza nim oraz sposobie ułożenia pozycji w bibliografii), że istnienie ich w tak dużej liczbie nie znajduje uzasadnienia. Wydawać by się mogło, że jeden uniwersalny styl cytowań ograniczyłby to zamieszanie i pozwolił badaczom skupić się na tekstach, a nie na poprawności przypisów i bibliografii.

Konwencja uzależniona od dyscypliny

Jednak istnieją powody, dla których w różnych naukach stosowane są różne style cytowania, więc wybrana konwencja będzie w dużej mierze podyktowana rodzajem tekstu oraz dziedziną, o której pisze autor. Większość stylów cytowań zalicza się do jednej z dwóch grup: cytowania umieszczone w nawiasach (w tekście), wykorzystywane głównie w naukach ścisłych, przyrodniczych i społecznych, oraz cytowania numerowane (przypisy dolne), które najchętniej wykorzystują humaniści.

Cytowania w tekście (autor – data – strona lub autor – data) obejmują takie style jak Harvard, APA, Chicago Author-Date czy CSE Name-Year. Używane są w dyscyplinach, które kładą szczególny nacisk na aktualność informacji, tu na pierwszym planie jest nazwisko cytowanego autora oraz data publikacji. W psychologii, edukacji i innych naukach socjologicznych wykorzystywany jest przede wszystkim styl APA (American Psychological Association), podczas gdy nauki humanistyczne zdominował styl MLA (Modern Language Association).

W drugiej grupie umieścić można style takie jak Oxford i Chicago Notes, używające przypisów o źródle umieszczonych na dole strony. Stosowane są głównie w publikacjach historycznych oraz innych dyscyplinach, które intensywnie korzystają ze źródeł. Wyróżnia się tu też system Vancouver, stosowany w naukach przyrodniczych, zwłaszcza w medycynie.

Cytowania a etyka publikacyjna

Niewątpliwie cytowania są podstawą wydawnictw naukowych. Jednak i w tym aspekcie może pojawić się zjawisko, łatwe do przeoczenia przez redaktorów, mogące stanowić nadużycie z punktu widzenia etyki publikacyjnej. Zjawiskiem tym jest manipulowanie cytatami, które ma na celu zwiększenie liczby cytowań badacza lub czasopisma. Nie jest ono czymś nowym w nauce, w połowie ubiegłego wieku przed potencjalnymi nadużyciami przestrzegał Eugene Garfield, który zaproponował wówczas utworzenie indeksu cytowań (Science Citation Index).

Współcześnie na proceder ten zwraca uwagę Komitet ds. Etyki Publikacyjnej (COPE), który citation manipulation określa jako fałszywe cytowania, które nie przyczyniają się do naukowej wartości, nigdy nie zostały wykorzystane w treści artykułu i są zamieszczane wyłącznie dla osobistych korzyści – zwiększenia liczby cytowań albo innych pozanaukowych powodów. Chodzi na przykład o: nadmierne cytowanie własnej pracy autora (tj. autopromocję); nadmierne cytowanie prac innego autora (cytowania „honorowe”), np. redaktora naczelnego czasopisma, do którego składa się tekst; wymóg cytowania artykułów z danego czasopisma jako warunek publikacji, niezależnie od ich znaczenia dla danego tematu; nadmierne cytowanie między grupami autorów (tzw. farmy cytowań lub citation rings) i czasopismami (współpraca w celu zwiększenia liczby cytowań i wpływu czasopism poprzez wzajemne zwiększanie cytowań z każdego z nich, tzw. citation stacking); przymusowe cytowanie (polecenie umieszczenia określonych cytowań jako warunek akceptacji tekstu stawiany przez recenzentów, a także wymóg cytowania opublikowanych badań redaktorów lub członków redakcji jako warunek przyjęcia artykułu).

Manipulowanie cytowaniami jest ewidentnym naruszeniem etyki publikacyjnej i w konsekwencji świadczyć może o jakości pracy redaktorów i czasopism. Te, które nie przestrzegają zasad etyki, nie określają progów autocytowań i nie reagują na potencjalnie niewłaściwe zachowania, mogą nawet zostać wyłączone z indeksowania w najważniejszych bazach.

Odrębnie należałoby opisać inne nieprawidłowości związane z cytowaniami, ale niewynikające z chęci osiągnięcia korzyści, lecz ze stronniczości autora. Przede wszystkim chodzi o cytowanie tylko tych tekstów, które potwierdzają własne teorie i badania (np. w artykułach o nowych terapiach cytowane będą wyniki, które wspierają nowe terapie, a nie te, które tego nie robią), a także częstsze cytowanie artykułów publikowanych w czasopismach w tym samym języku, w którym mówi naukowiec. Autorzy mogą też umieszczać więcej odwołań do publikacji autorów bardziej medialnych i docenionych w świecie nauki (tzw. efekt św. Mateusza). Nie można pominąć kwestii płci, tutaj chodzi przede wszystkim o ignorowanie osiągnięć kobiet w nauce i skupianie się na tekstach pisanych przez mężczyzn (tzw. efekt Matyldy).

Autocytowania w badaniach

Najbardziej ewidentnym przykładem manipulowania cytowaniami są autocytowania, które nie raz analizowano pod kątem nadużyć. Analiza dorobku 100 tys. najczęściej cytowanych naukowców w latach 1996-2017, wykonana przez Johna Ioannidisa ze Stanford University, wykazała pewną grupę badaczy ze skrajnie wysokim odsetkiem autocytowań. Wyróżnia się tu zwłaszcza Sundarapandian Vaidyanathan z Vel Tech R&D Institute of Technology w Chennai w Indiach: do 2017 roku otrzymał aż 94% cytowań od siebie lub swoich współautorów, a także matematyk Theodore Simos (76% autocytowań) z King Saud University w Arabii Saudyjskiej czy Claudiu Supuran (62%) z Uniwersytetu Florenckiego. Około 1000 naukowców miało ponad 40%, a ponad 8500 badaczy ponad 25% autocytowań – za medianę autocytowań przyjęto 12,7%. Badanie ujawniło też zjawisko określane jako „farmy cytowań” (citation farms), stosunkowo małe grupy autorów masowo cytujących swoje prace. Według autora badań nie jest ono wcale marginalne.

Inne, nieopublikowane badanie autorstwa Jeroena Baasa, analizujące szerszy zbiór danych z bazy Scopus (7 milionów autorów, którzy mają minimum 5 artykułów), wykazało, że około 7% badaczy ma odsetek autocytowań wynoszący ponad 40% (mediana to 15,5%). Przy podziale na państwa najwięcej autocytowań mają autorzy z Rosji, Ukrainy oraz Indonezji. Polscy badacze „osiągają” około 25%. Oczywiście nie znaczy to, że autorzy powinni być automatycznie posądzani o nieetyczne zachowania, niemniej wysoki odsetek autocytowań może zapowiadać inne etyczne (i nie tylko) problemy z tekstami, a całokształt zjawiska, razem z „farmami cytowań”, może podważać sens tworzenia analiz bibliometrycznych.

Problem ten nie jest nowy w nauce, choć czasem po prostu mocniej się zaznacza. Badanie z 2017 roku, skupiające się na włoskich badaczach, wykazało, że odsetek autocytowań znacząco wzrósł po wprowadzeniu we Włoszech w 2010 roku kontrowersyjnej polityki, według której naukowcy musieli spełnić pewne progi produktywności, aby zakwalifikować się do awansu. Z kolei naukowcy w Indonezji manipulowali cytowaniami – stosowali nadmiernie autocytowania i cytowali się nawzajem – aby uzyskać fundusze na badania i stypendia. Przydzielało je ministerstwo, bazując na formule opartej na cytowaniach, w konsekwencji kilkunastu badaczy straciło dofinansowanie.

Oczywiście są zupełnie uzasadnione przypadki, w których autor może i powinien powoływać się na swoje wcześniejsze prace, na przykład wtedy, gdy stanowią one część długoterminowego programu badań albo gdy mogłoby zajść podejrzenie popełnienia autoplagiatu.

Cytowania a recenzenci

W styczniowym numerze „Forum Akademickiego” dr inż. Adam Sulich poruszył kwestie związane z cytowaniami i etyką publikacyjną, wskazując na nierzetelne recenzje. W tym przypadku manipulowanie cytatami występuje w sytuacji, gdy recenzent wymaga cytowania własnych prac i informuje o tym bezpośrednio w przedstawionej autorowi i redaktorom recenzji.

Praktyka polegająca na manipulowaniu cytowaniami przez recenzentów poprzez dodawanie niepotrzebnych odniesień do artykułów, określana jest jako przymus cytowania. Dotyka wielu autorów, według badania z 2017 roku spośród 12 tys. naukowców około 14% respondentów zgłosiło przypadki przymusowego cytowania.

Na większe liczby wskazuje „Nature”. Według czytelników tego czasopisma z presją cytowania niepotrzebnych badań spotkała się w zasadzie większość respondentów. Tak przynajmniej wynika z internetowej ankiety, na którą odpowiedziało 4300 osób. Na pytanie, czy kiedykolwiek odczuwali presję ze strony recenzentów, aby cytować pozornie zbędne badania w swojej pracy, aż 66% odpowiedziało pozytywnie (choć niekoniecznie wiązało się to z cytowaniem badań recenzentów). Ankieta ta została przeprowadzona po badaniu, które objęło zestaw danych składający się z 69 tys. recenzentów, ich recenzji na rzecz czasopism publikowanych przez Elsevier w okresie trzech lat (2015-2017) oraz bazy danych Scopus z ponad 12 mln profili autorów. Zanalizowano częstość cytowań związanych z publikacjami recenzentów: około 98,5% recenzentów jest cytowanych w mniej niż dziesięciu pracach, które recenzowali. Zidentyfikowano jednak pewną grupę recenzentów – 433 naukowców (0,79% spośród badanej grupy) – którzy mogli dopuścić się manipulowania cytatami. Analiza wykazała, że konsekwentnie pojawiają się odniesienia do ich prac w recenzowanych przez nich badaniach.

Warto dodać, że nie zawsze zamieszczanie odniesień do prac recenzenta można określić jako przymus. M. Biagioli opisuje w „Nature” działania autorów, które mają na celu zapewnienie odpowiedniego wpływu swoich publikacji, a także powiązania autorów i recenzentów, w których następuje wymiana korzystnych fałszywych recenzji na cytaty z prac recenzenta. Autor dodaje, że takie zachowania prowokuje system parametryzacji w szkolnictwie wyższym, który zbyt mocno opiera się na wskaźnikach, wpływie czasopism, analizach cytowań i rankingach.

Bonus za cytowanie

Pojawia się tu też kolejny problem, gdy autor otrzymuje wynagrodzenie za cytowanie określonych źródeł, zaś rekompensata finansowa dla autora ma przełożyć się na zwiększenie wpływu czasopisma. W 2015 roku taki model finansowania zupełnie jawnie stosowała firma Cyagen Biosciences. Na stronie Citation Reward Program (którą można teraz obejrzeć wyłącznie w archiwach internetu) firma w nagrodę za każde cytowanie odnoszące się do produktów Cyagena w artykule w dowolnym czasopiśmie naukowym oferowała voucher, który mógł być wykorzystany na dowolne produkty lub usługi firmy Cyagen. Jego wartość wynosiła co najmniej 100 dolarów i wzrastała w zależności od IF czasopisma (mnożono wartość IF razy 100). Na przykład za artykuł w „Science” (IF = 30) autor mógł otrzymać voucher o wartości 3000 dolarów. Kilka miesięcy później zmieniono zasady, oferując voucher o stałej wartości 250 dolarów i w takiej postaci program działał przez co najmniej dwa lata. Cytowania odnoszące się do produktów Cyagen pojawiły się w 164 artykułach i w żadnym z nich autorzy nie wspomnieli o tym dodatkowym finansowaniu. Pozostaje tylko pytanie, czy to jest jeszcze jedna z form manipulowania cytowaniami, czy już korupcja.

Cytowania są niezbędnym elementem prac naukowych, ale relatywnie łatwo można nimi manipulować. A to nie rokuje dobrze dla nauki, zwłaszcza w kontekście nadmiernego polegania na wskaźnikach cytowań przy podejmowaniu decyzji o zatrudnianiu, awansach czy finansowaniu badań.

Jolanta Szczepaniak, redaktor i kierownik zespołu Wydawnictwa Politechniki Łódzkiej

Wróć