logo
FA 3/2022 życie akademickie

Marek Misiak

Bez złych intencji

Bez złych intencji 1

Fot. Stefan Ciechan

To ważne, że coraz więcej badaczy zleca fachowcom pracę nad szatą językową manuskryptów jeszcze przed ich złożeniem w czasopiśmie. Tak przygotowane teksty są z reguły na naprawdę dobrym poziomie poprawnościowym, co nie znaczy jednak, że są wolne od błędów.

Praca redaktora w wydawnictwie naukowym uczy pokory. Pracuje się na tekstach będących rezultatem złożonych badań prowadzonych przez ludzi, którzy nabywają trudną wiedzę i umiejętności od wielu lat, aby móc realizować takie projekty. Niektórzy z tych badaczy znają angielski na tyle dobrze, że mogliby mnie zastąpić, natomiast ja w żadnym razie nie mógłbym zastąpić żadnej z tych osób. Moim zadaniem jest doszlifować szatę językową, czyli sposób, w jaki autorzy wyrazili swoje myśli. Nie mam natomiast i nigdy nie będę posiadał kompetencji pozwalających na merytoryczną ingerencję w artykuł. Jeśli zatem zdarza się, że któryś autor czegoś w procesie redakcji nie rozumie albo ma o czymś błędne wyobrażenie, nigdy nie jest to dla mnie pretekstem do czucia się od kogokolwiek mądrzejszym. Umiejętności związane z redagowaniem oraz z organizacją pracy redakcji czasopisma naukowego są częścią mojego profesjonalnego przygotowania i doświadczenia, a nie dowodem na jakieś szczególne wybraństwo. Dlatego omówione poniżej nieporozumienia wyjaśniam za każdym razem wyczerpująco i cierpliwie. Autorzy mają prawo nie wiedzieć tych rzeczy, a częścią mojej pracy jest pomaganie im, również w taki sposób. Często moi rozmówcy są zawstydzeni swoją niewiedzą. Zapewniam, że gdyby niewiedza wśród ludzi w ogóle ograniczała się do takich kwestii, to żylibyśmy w (prawie) idealnym świecie.

Dość częstym nieporozumieniem jest tzw. aktywny numer DOI (digital object identifier). Od kilku lat jest on podstawowym sposobem oznaczania w cyberprzestrzeni opublikowanych w formie elektronicznej (lub także w taki sposób, obok wersji papierowej) artykułów naukowych, książek, ale także pojedynczych ilustracji, tabel i zbiorów surowych danych. DOI, w odróżnieniu od identyfikatora URL, nie zależy od fizycznej lokalizacji dokumentu, lecz jest do niego na stałe przypisany, umożliwia zatem odnalezienie go nawet wówczas, gdy zmieni się jego lokalizacja w sieci, a stary adres URL po prostu przestał działać i nie odsyła do nowego. Identyfikator przestaje być aktywny tylko wtedy, gdy dany dokument (w naszym przypadku artykuł naukowy) całkowicie zniknie z internetu. Jeśli artykuł jest dostępny jedynie za opłatą, DOI odsyła do jego bezpłatnie dostępnego abstraktu.

Czego dotyczy nieporozumienie? Momentu, od którego numer DOI staje się aktywny, tzn. jego wklejenie do zwykłej wyszukiwarki internetowej umożliwia odnalezienie publikacji. Żeby zaś artykuł był w taki sposób dostępny, wymaga to po prostu jego publikacji. Zatem aktywny numer DOI to numer DOI opublikowanego artykułu. Ponieważ od zaakceptowania artykułu do publikacji po zakończeniu procesu peer review do momentu jego opublikowania mija od kilku tygodni do kilku miesięcy, a weryfikacja dorobku naukowego czy rozliczenie grantu nie może czekać, większość czasopism wystawia na żądanie autorów zaświadczenie, że manuskrypt został przyjęty do publikacji. Wprowadzenie publikacji w trybie ahead of print, gdzie artykuł jest publikowany od razu, gdy tylko jest gotowy (tzn. przejdzie ostatnią korektę redakcyjną po korekcie autorskiej), niezależnie od tego, do jak odległego zeszytu czasopisma został przypisany, pozwoliło skrócić czas oczekiwania, ale jeśli liczy się każdy tydzień, to prawem autora jest otrzymać taki dokument i na jego podstawie określać w bibliografiach swój artykuł jako in press (w druku).

Taki dokument nie zawiera numeru DOI danego artykułu. Wprawdzie identyfikator ten jest już umieszczony na wersji przysłanej do korekty autorskiej, ale jest to wciąż jedynie proponowany numer DOI. Nieporozumienia biorą się stąd, że systemy służące do zgłaszania artykułów do czasopism naukowych z reguły współpracują z serwerami którejś z organizacji uprawnionych do nadawania DOI i już w momencie akceptacji artykułu do druku w systemie przypisują mu ten identyfikator. Zostanie on jednak aktywowany przez organizację nadającą DOI dopiero w momencie publikacji. Podanie proponowanego numeru DOI w zaświadczeniu o przyjęciu artykułu do druku mija się z celem, gdyż stanowi on jedynie wewnętrzną propozycję między redakcją a organizacją nadającą te identyfikatory. Ponadto redakcja wystawia wprawdzie zaświadczenie o przyjęciu do druku, ale nie oznacza to, wbrew pozorom, gwarancji publikacji. Odrzucenie artykułu na tym etapie jest już mało prawdopodobne, ale autor może doprowadzić do wpadnięcia manuskryptu do tzw. limbo. Tak redaktorzy określają artykuły, które pozostają w stanie wiecznego oczekiwania, ponieważ autorzy nie odesłali korekty autorskiej albo ignorowali ważne wątpliwości redaktorów językowych.

Natychmiast pozbyć się kompleksów

Warto wiedzieć, że artykuł niespełniający wymogów co do poprawnego języka i klarowności wywodu nie może zostać opublikowany w cieszącym się renomą czasopiśmie, gdyż wpływałoby to na wiarygodność zarówno tytułu, jak i tych, którzy tekst napisali. Redaktorzy ponawiają co jakiś czas próby kontaktu z autorami takich tekstów, ale sam mam w swoim limbo kilka artykułów czekających – z winy autorów – na publikację od dwóch-trzech lat. Proponowane numery DOI tych artykułów jak dotąd nie stały się aktywne.

Znakomita większość autorów traktuje jednak poprawność językową swoich tekstów z należytą powagą. Nierzadko tłumaczą się ze swojej rzekomej przeciętnej znajomości angielszczyzny (w tym języku pracuję), podczas gdy zarówno sam artykuł, jak i wyjaśnianie wątpliwości redaktorów jednoznacznie pokazują, że powinni natychmiast pozbyć się jakichkolwiek kompleksów. Redaktor jest wyłącznie po to, żeby pomóc, a nie po to, by oceniać czyjekolwiek kompetencje językowe, zwłaszcza na tak małej próbce. Niestety zdarzają się także sytuacje, gdy autorzy chcą w swoisty sposób zabezpieczyć się przed głęboką weryfikacją językową. Załączają do artykułu informacje, że tekst został już sprawdzony przez fachowców (tłumaczy, wynajętych redaktorów lub firmy zajmujące się scientific writing) i są zdziwieni, że materiał podlega normalnej redakcji językowej. Chciałbym zostać dobrze zrozumiany: to ważne, że coraz więcej badaczy zleca fachowcom pracę nad szatą językową manuskryptów jeszcze przed ich złożeniem w czasopiśmie. Tak przygotowane teksty są z reguły na naprawdę dobrym poziomie poprawnościowym, co nie znaczy jednak, że są wolne od błędów. Po pierwsze, wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i także fachowcy mogą się pomylić lub coś przeoczyć. Zdarzało mi się niestety sprawdzać artykuły opatrzone poważnie wyglądającymi potwierdzeniami poprawności z poważnie wyglądających firm, które roiły się od błędów. Po drugie, angielszczyzna pozwala na znacznie większą niż wiele innych języków swobodę (ale nie dowolność) w pisowni, interpunkcji i stylistyce, a moim zadaniem jest również dostosowanie każdego artykułu do obowiązującej w danym czasopiśmie konwencji wydawniczej. Takie potwierdzenia można zatem załączyć do zgłaszanego artykułu, ale ze świadomością, że nie będzie to miało na nic wpływu. Są trzy rzeczy, przed którymi nie ma ucieczki: śmierć, podatki i weryfikacja językowa.

Powyżej wspomniałem zaświadczenia o przyjęciu artykułu do publikacji. Bywa, że autorzy proszą o takie zaświadczenie jeszcze w trakcie procesu recenzyjnego. Wiem, że wynika to z goniących terminów, ale recenzenci zawsze mogą zarekomendować odrzucenie artykułu, a wtedy wystawiony przeze mnie dokument poświadczałby nieprawdę, więc muszę odmawiać. Częściej zdarza się jednak coś innego: autorzy proszą o wystawienie zaświadczenia o zgłoszeniu artykułu do czasopisma albo o przyjęciu go do recenzji. Teoretycznie mógłbym sporządzać takie dokumenty, tyle że nie poświadczałyby one niczego konkretnego. Nie bez powodu w bibliografiach uwzględnia się artykuły przyjęte już do publikacji, lecz jeszcze nieopublikowane, ale nie manuskrypty dopiero nadesłane lub recenzowane. To, że materiał został wysłany do recenzentów, oznacza tylko tyle, że przeszedł wstępną weryfikację formalną (czyli np. pasuje do profilu czasopisma), a redaktor naczelny lub tematyczny nie dokonał tzw. desk rejection, czyli odrzucenia bez recenzji. Nie ma jednak żadnej gwarancji, że recenzje będą pozytywne. W wielu renomowanych czasopismach współczynnik odrzucania manuskryptów przekracza 75% wszystkich nadesłanych.

Oczekują weryfikacji wstępnej

Niektórzy autorzy chcieliby uzyskać jakiś poziom pewności na samym początku, a nawet jeszcze wcześniej, na etapie, który można by nazwać zerowym. Co jakiś czas otrzymuję pocztą elektroniczną artykuły z pytaniem, czy czasopismo byłoby nimi zainteresowane, podczas gdy jedyną formą zgłaszania manuskryptów jest wspomniany już służący do tego specjalny system informatyczny. Badacze ci nie chcą najwyraźniej angażować się w kilkuetapowy proces rejestracji manuskryptu bez wstępnej deklaracji zainteresowania publikacją ze strony redakcji, oczekują zatem przeprowadzenia czegoś w rodzaju weryfikacji przedwstępnej. Rozumiem chęć ekonomizacji wysiłku i oszczędzania czasu, ale warto pamiętać o dwóch kwestiach. Po pierwsze, takiej przedwstępnej weryfikacji nie mogę dokonać ani ja (jestem filologiem, nie naukowcem), ani redaktor naczelny, który jest specjalistą w konkretnej dziedzinie i opiekę nad artykułami spoza niej zleca redaktorom tematycznym o odpowiedniej specjalności, a wciąganie w tę nieformalną procedurę innych osób prowadziłoby do dezorganizacji pracy redakcji. Po drugie, prowadzi to do pojawienia się kolejnego, nieformalnego etapu weryfikacji i jeśli zgodzę się raz, a wieść się rozniesie, zadziała efekt stopy w drzwiach i po kilku miesiącach pewna część autorów nie będzie zgłaszać prac drogą wskazaną przez redakcję w oficjalnych wytycznych, tylko szukać tylnego wejścia. Artykuły należy zgłaszać tak, jak wskazuje to dana redakcja. Rozsyłanie ich w kilka miejsc i szukanie nieformalnej oceny nic nie da. Rozumiem, że w obliczu silnej konkurencji i surowych wymogów ewaluacyjnych na uczelniach badacze mogą szukać dróg optymalizacji wysiłku, ale jako redaktor niestety nie mogę przyłączyć się do tych poszukiwań.

Redaktor może mieć wobec niektórych próśb autorów związane ręce, choć technicznie spełnienie takich wniosków byłoby możliwe. Ograniczają go bowiem umowy z bazami danych, w których indeksowane są publikowane artykuły, a także z organizacjami branżowymi, takimi jak zajmujący się kontrolą standardów etycznych Committee on Publication Ethics (COPE). Złamanie zasad, na jakie zgodziła się redakcja, nawiązując współpracę z danym podmiotem, często wiąże się z wykluczeniem z danej inicjatywy. W praktyce chodzi tu przede wszystkim o korygowanie już opublikowanych artykułów, a raczej brak takiej opcji. Gdy czasopisma były rozpowszechniane w formie papierowej, jasne było, że po wydrukowaniu danego zeszytu poprawki są możliwe tylko w formie wkładanych lub wklejanych errat, co było kłopotliwe, a nierzadko także kosztowne oraz realne tylko wówczas, gdy egzemplarze nie zostały jeszcze rozesłane do bibliotek i prenumeratorów. Współcześnie wiele periodyków naukowych wychodzi tylko w formie elektronicznej, co zdaje się wywoływać u niektórych autorów przekonanie, że skoro ich artykuł wisi po prostu na stronie internetowej czasopisma, to nic prostszego jak podmienić PDF, jeśli już po publikacji ujawniono jakiś błąd. Niestety, to nie takie proste.

Po pierwsze, z reguły artykuł jest nie tylko umieszczany na stronie WWW pisma, ale także wysyłany w celu indeksacji do szeregu baz, a nie we wszystkich z nich możliwe jest poprawianie raz zdeponowanego materiału. Zatem redakcja mogłaby skorygować wersję na swojej stronie, ale w wielu innych i często odwiedzanych miejscach cyberprzestrzeni będzie już krążyć wersja pierwotna. Po drugie, zbyt częste takie poprawianie bez ważnego powodu może się skończyć utratą przez czasopismo wiarygodności i usunięciem z danej bazy. Po trzecie, niektóre czasopisma, choć ich wersją podstawową (zwaną też pierwotną; ang. primary) jest ta elektroniczna, wciąż drukują też kilkanaście-kilkadziesiąt egzemplarzy papierowych, gdyż wymagają ich niektóre biblioteki i inne instytucje – i tych egzemplarzy też nie będzie się już dało zmienić. Po czwarte zaś i najważniejsze, niektóre bazy danych wprost stawiają warunek, że raz opublikowany jako ahead of print artykuł nie może być już potem modyfikowany; publikacja oznacza, że materiał przyjął ostateczną formę, jak w przypadku papierowego egzemplarza. Płonne mogą się też okazać nadzieje, że zmiany nikt nie wykryje. Niektóre podmioty przeprowadzają kontrole czasopism członkowskich pod tym kątem. Zatem zmiana na stronie WWW czasopisma byłaby możliwa, ale jej ewentualne konsekwencje na tyle poważne, że jest mało realne, by redakcja podjęła takie ryzyko. Wyjście jest tylko jedno: redaktorzy powinni maksymalnie przykładać się do pracy, a autorzy starannie wykonywać korektę autorską. Wówczas jest duża szansa, że po publikacji nie zostaną już wykryte żadne (poważne) błędy.

Gdy pojawi się któreś z powyższych nieporozumień (lub inne), autorzy często wylewnie dziękują mi za wyrozumiałość. Jestem przekonany, że przez wielu z nich nie przemawia kurtuazja – naprawdę są przekonani, że w jakimś sensie zależą od mojej życzliwości. Tymczasem redaktor nie zasiada w wieży z kości słoniowej, co jakiś czas obdarzając kogoś niezasłużoną łaską. Celem mojej pracy jest doprowadzenie do możliwie szybkiej publikacji artykułów ocenionych i zakwalifikowanych do druku przez specjalistów w danej dziedzinie, zatem gram w tej samej drużynie, co autorzy. Mam być nie wyrozumiały, tylko pomocny.

Wróć