logo
FA 3/2022 w stronę historii

Artykuł czy książka?

Artykuł czy książka? 1

Wiek XIX upowszechnił w nauce konkurencyjną wobec autorskiej książki formę prezentacji badań: artykuł w periodyku naukowym. Jego objętość, w przybliżeniu dziesięciokrotnie mniejsza od książki, bardziej odpowiadała uczonym uprawiającym badania matematyczno-przyrodnicze czy techniczne.

Jednym z atrybutów myślenia naukowego była umiejętność artykulacji, rozczłonkowania wybranej do rozważań całości tematycznej lub problemowej. W prawie rzymskim ujmowano akty prawne w artykuły, co ułatwiało zrozumienie zasadniczego tekstu ustawy. Najdalej idąca artykulacja mogła prowadzić do fragmentacji tekstu, czyli w praktyce do chaosu treści rozbitej na oderwane fragmenty. Naukę chińską zdominowało „wielkie miareczkowanie”, uprawiane przez wieki w oderwaniu od tradycji zachodnioeuropejskiej. Artykulacja przekazywanych treści musiała logicznie respektować zasadę pars pro toto. Poprawna artykulacja miała z założenia dyscyplinować wypowiedzi autorskie, naukę akademicką cechowała ścisłość logiczna wypowiedzi wykluczająca teoretyczne dywagacje. Na pograniczu nauki i literatury pięknej (beletrystyki) rozwinęła się forma eseju. Wzorzec ten upowszechnił Michel de Montaigne w dziele Essais de Messire Michel seigneur de Montaigne, Chevalier de l’Ordre du Roi, et Gentilhomme ordinaire de sa Chambre (1580). Uznano, że rozważania powinny być osobiste, subiektywne, na wysokim poziomie intelektualnym, bez ukazania warsztatu autora i bez odwołań do literatury przedmiotu. Ten nie był precyzyjnie wyodrębniony. Forma eseju przydatna była historykom literatury czy filozofom. Stanowiła kontynuację dawnych wypowiedzi dyskursywnych.

Artykuły naukowe miały cechy przeciwstawne eseistyce. Widocznym znakiem naukowości były przypisy bibliograficzne, biograficzne, czy też odwołania do literatury przedmiotu. Finezyjną formą były źródłowe cytaty. Artykuły miały często formę relacji z przeprowadzonych badań bądź informacji o odkryciu naukowym. Tytuł artykułu wyznaczał jego zakres tematyczny i problemowy. Ponieważ objętość artykułu zbliżona była do jednego arkusza wydawniczego, nie było podstaw do wyodrębniania w nim rozdziałów. Autorzy odwoływali się do tradycyjnej triady: wstęp, rozwinięcie, zakończenie.

Referat i artykuł

Formą prymarną artykułu stał się referat czy odczyt, prezentowany na forum towarzystwa naukowego. Od połowy XIX wieku pojawiły się zjazdy i konferencje, także międzynarodowe, na których referat był typową formą wypowiedzi. W efekcie miejsce „nauki książkowej” zaczęła zajmować mozaikowa „nauka artykułowa”. Wiek XIX upowszechnił w nauce konkurencyjną wobec autorskiej książki formę prezentacji badań: artykuł w periodyku naukowym. Jego objętość, w przybliżeniu dziesięciokrotnie mniejsza od książki, bardziej odpowiadała uczonym uprawiającym badania matematyczno-przyrodnicze czy techniczne. Formę tę zaakceptowali uczeni prawnicy, ekonomiści i lekarze. W ich przypadku decydowała nie specyfika artykulacji odkryć i ustaleń, jak w przypadku uprawiających „nauki ścisłe”, lecz dążenie do zagwarantowania sobie prawa do odkrycia, a z drugiej strony lenistwo intelektualne. Koszty druku periodyków dyscyplinowych pokrywały towarzystwa naukowe. Zwłaszcza kwartalniki stały się emblematyczną formą działalności towarzystwa naukowego, tworząc tym samym podstawy do formowania lokalnych szkół naukowych, zorganizowanych wokół mistrza kierującego redakcją periodyku.

Takim mistrzem-redaktorem był Samuel Dickstein, który od 1888 roku finansował publikacje w „Pracach Matematyczno-Fizycznych”, a od 1897 w „Wiadomościach Matematycznych”. Ten XIX-wieczny model pracy redakcyjnej dotrwał do śmierci Dicksteina na początku wojny (28 IX 1939). Praca redakcyjna należała do wolnych zawodów, nie przynosiła honorariów i realizowana była okresowo, zależnie od potrzeb. Periodyki matematyczne odegrały decydującą rolę w rozwoju tej dyscypliny. Kazimierz Kuratowski oceniał (Pół wieku matematyki polskiej 1920-1970. Wspomnienia i refleksje 1973): „Pierwszy tom czasopisma «Fundamenta Mathematicae» ukazał się w 1920 roku. Data ta może być uważana za moment zainaugurowania Polskiej Szkoły Matematycznej”. Integracyjną rolę pełniły „Roczniki Polskiego Towarzystwa Matematycznego”, ukazujące się w Krakowie. Pozostałe wydawnictwa matematyczne („Fundamenta Mathematica”, „Studia Mathematica”, „Acta Arithmetica”) nie podlegały żadnej instytucji. Za redagowanie ich odpowiadały komitety redakcyjne. Środki na druk pozyskiwano bezpośrednio z Funduszu Kultury Narodowej oraz Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Dopiero po II wojnie światowej przejęło wszystkie wydawnictwa Polskie Towarzystwo Matematyczne. W sumie nie katedry szkół akademickich, a wydawnictwa integrowały i instytucjonalizowały Polską Szkołę Matematyczną.

Przedmiot twórczej dyskusji i powódź artykulików

Artykuły zawiązywały kontakt z nowymi ustaleniami i odkryciami dyscypliny, niosły jednak ryzyko nadmiernego rozproszenia i szczegółowości. Autorzy artykułów nie mogli liczyć na honoraria, ale na tym forum periodycznym budowali swoją pozycję naukową. Sąsiadowanie artykułów różnych autorów w periodyku przyczyniło się do wzrostu liczby książek „zbiorowych”, których rozdziały były także pisane przez różnych autorów. Były to często prace okazjonalne, rozbite merytorycznie.

Edward Taylor oceniał (Wspomnienia ekonomisty, 2008): „Za mały nacisk kładłem w lekturze na czasopisma, za duży zaś na książki, dzieła konstrukcyjne. Te ostatnie bowiem dopiero z pewnym opóźnieniem syntetyzują to, co jest podawane jako świeży rezultat w artykułach. Natomiast artykuły zawierają to, co jest krytykowane, rozszerzane i zmieniane nieraz przez dłuższy okres, stanowiąc przedmiot owocnej i twórczej dyskusji. Do książek wchodzą już tylko rezultaty tych dyskusji, bez związku z historią powstawania rozwiązań danych problemów”. Drugą stronę medalu ukazał Adam Wrzosek (publikował jako „Adam Skibiński”) w rozprawie Myśli o reformie wydziałów lekarskich (1919). Głosił: „Istną plagą piśmiennictwa medycznego jest powódź artykułów, artykulików, jakie spotykamy w czasopismach lekarskich. Tylko nieznaczna ich część posiada jaką taką wartość naukową, a reszta najniepotrzebniej zaśmieca i tak już mocno zaśmieconą i zachwaszczoną literaturę medyczną”.

W humanistyce akademickiej z zasady wypadało mieć więcej słów do wypowiedzenia, jednak po formę artykułu sięgać poczęli zwolennicy „przyczynków” czy też „esejów”. Zainteresowanie humanistów formą artykułu często wynikało z konieczności życiowych. Franciszek Bujak w autobiografii (1927) wyjawiał: „Wobec obowiązków uniwersyteckich, trudnych warunków wojennych i lichego zdrowia nie zdobyłem się na tyle energii, ile by potrzeba na dokończenie większej pracy. Ile razy zabierałem się do którejś z tych rozpoczętych prac, odczuwałem psychiczną konieczność odrobienia wpierw różnych drobnych zaległych robót, które zbyt łatwo przyrzekałem redaktorom lub organizatorom zbiorowych przedsięwzięć, a niektóre z tych drobnych robót, np. recenzje, zabierały mi po dwa i trzy miesiące czasu. W ten sposób rozmieniałem się na drobną monetę przygodnych artykułów zamiast wytwarzać większe wartości naukowe”. Jan Szczepański w Dziennikach z lat 1945-1968 (2013) zanotował 13 września 1957 roku: „Dzisiaj kończę 44. rok życia (…). Nie wydałem jeszcze ani jednej większej książki. Dopiero teraz piszę i składam z prac i maszynopisów poprzednio niewydanych duży maszynopis pt. Socjologia XIX i XX wieku (…). Pisałem sporo artykułów publicystycznych, które znajdowały rozgłos i echo. Napisałem kilkanaście rozpraw naukowych uznanych za dobre”. Można więc było osiągnąć uznaną pozycję w świecie nauki bez wielkich dzieł własnych. Mimo tego Szczepański odnotował (30 III 1958): „Sądzę, że jest tylko jedno kryterium sukcesu: dokonane dzieło, zawarte w formach napisanych prac”. Z kolei 31 grudnia 1959 roku podliczył: „Po wojnie wydrukowałem 143 artykułów, recenzji, notatek, skryptów, pozycji publicystycznych itp. Wraz z 31 przedwojennymi jest tego 174 drobiazgów”.

Artykuł był formą umożliwiającą debiut publikacyjny młodym pracownikom nauki. Napisanie książki wymagało wieloletnich wysiłków i długiego okresu czasu zabiegania o publikację. „Nauka książkowa” była ciągle uzależniona od prywatnych wydawców komercyjnych, według których wprowadzenie książki naukowej na rynek łączyło się z dużym ryzykiem, a z pewnością z długim okresem oczekiwania na zwrot poniesionych kosztów. Dążenie do publikacji (publish or perish) skłaniało wielu młodych autorów do publikowania rozdziałów pracy doktorskiej przed obroną i publikacją doktoratu. W efekcie – zwłaszcza, gdy nie wprowadzano w końcowej publikacji zmian w porównaniu z artykułem i pomijano przypis bibliograficzny – pojawiło się zjawisko dublowania treści „nauki artykułowej” w ramach „nauki książkowej”. Liczba artykułów z danych specjalności sprawiała, że wygasła zasada erudycji – nawet w skali poszczególnych dyscyplin. Autorzy specjalizowanych głęboko artykułów pisali do własnego kręgu i takie teksty też czytali.

Konsekwencje rozbudowy „nauki artykułowej” pojawiają się przede wszystkim w sferze „nauki książkowej”. Na podstawie ankiety, rozprowadzonej między samodzielnymi pracownikami nauki w Polsce (nadeszło 5984 odpowiedzi, 62,5% ogółu), Czesław Dejnarowicz ustalił (Literatura naukowa – uczeni – wydawcy, 1980), że przynajmniej jedną książkę opublikowało 65,6% respondentów. Najwięcej publikacji książkowych mieli prawnicy (95,7%), a najmniej fizycy (40,4%). Oczywistym czynnikiem promującym prawników była szybka dezaktualizacja podstaw normatywnych publikowanych prac, a także ich podręcznikowy charakter. Publikujący pierwszą książkę naukową mieli, przeciętnie biorąc, 37,4 lat. Najmłodsi spośród nich to historycy i filozofowie (34,4 lat), najstarsi to medycy (40,5 lat).

Wróć