logo
FA 3/2021 felietony

Leszek Szaruga

Zdalne nauczanie

Zdalne nauczanie 1

Fot. Stefan Ciechan

Nauka wspólna – czy będzie to szkoła podstawowa, czy uniwersytet – wymaga żywego kontaktu między ludźmi, którzy w tym procesie uczestniczą. Przynajmniej tak było jeszcze przed rokiem, w zamierzchłych z pewnego punktu widzenia czasach, w których wirus nas jeszcze nie dopadł, choć jego pomruki z odległych Chin można już było całkiem wyraźnie usłyszeć. Zagrożenie, jakie niósł z sobą, traktowano z pewnym niedowierzaniem czy nawet prześmiewczo, zbywając obawy zlęknionych radami, by wsadzali sobie lód do majtek bądź, już nieco później, wzmogli konsumpcję jabłek, gdyż – jak wiadomo – jabłko z wieczora i nie trzeba doktora, co skądinąd nie jest radą zupełnie bezrozumną, gdyż jabłka akurat, niezależnie od okoliczności, winny być ważnym składnikiem naszej diety. Chwilę później zaczęliśmy nosić maseczki, unikać wszelkich zgromadzeń, często myć ręce i uczyć się zdalnie, czyli korzystać z internetowych platform komunikacyjnych. W okresie wakacji można było usłyszeć, że wirus w promieniach słońca słabnie, przestaje być groźny i w zasadzie nie trzeba się go bać, lecz niemal natychmiast po tych zapewnieniach liczba zakażonych osób wzrosła, zaś śmiertelność wśród chorych skłaniała do zaostrzenia środków ostrożności.

Wakacje się skończyły i powróciliśmy do pracy, czyli – z niewielkimi wyjątkami – do wysiadywania przed ekranami komputerowymi. Akademiki jakby opustoszały, zaś jedyny prawdziwy zysk stanowiły oszczędności dojeżdżających do ośrodków uniwersyteckich studentów, którzy w normalnych warunkach musieliby opłacać najmowane kwatery. Blokada bibliotek dopełniła miary nieszczęść, zwłaszcza w tych przypadkach, w których przeczytanie zaleconego tekstu miało być podstawą wspólnej pracy podczas zajęć. Można było z tego wybrnąć – i niektórym wykładowcom ta sztuka się udawała – wysyłając studentom skany zadawanych lektur, lecz to też tylko wówczas, gdy miały one relatywnie niewielką objętość. Przy okazji warto wspomnieć, że procesy pozwalające korzystać z zasobów bibliotecznych za pomocą internetu wciąż są w Polsce dość odległe od tego stanu rzeczy, jaki panuje w Niemczech czy USA, co pokazuje, jak trudno w poszczególnych dziedzinach wyznaczać priorytety pozwalające w nieprzewidywalnej przyszłości radzić sobie w zaskakujących sytuacjach; tu zresztą nie ma mądrych, jeszcze nie raz będziemy zaskakiwani przez aktywność nawet tak niepozornych istot jak mikroorganizmy.

Jak to bywa w początkach roku akademickiego, w przestrzeni uczelnianej wspólnoty pojawiły się nowe roczniki. I oto zapewne po raz pierwszy mamy do czynienia z sytuacją, w której studenci pierwszego roku – chyba w większości przypadków, bo zdarzają się wyjątki – wzajemnie się nie znają i pozostają dla siebie ekranowymi ikonkami, które bardziej zna się z nazwiska i głosu, jak to stwierdza jedna ze studentek w rozmowie z „Newsweekiem” i dodaje: „Fizyczna obecność w sali w naturalny sposób wzbudza szacunek do prowadzącego i kolegów. Chociaż się nudzisz, nie zaczniesz ziewać, głupio z kimś rozmawiać. Na zdalnym łatwiej się «wyłączyć», przestać słuchać bez poczucia winy, odpuścić…”.

Cóż, niezależnie od szacunku bądź jego braku bezpośredni kontakt z wykładowcami oraz koleżankami i kolegami – z tymi ostatnimi także poza salą, na wspólnych imprezach – jest ważnym składnikiem procesu edukacyjnego zarówno w szkole, jak na uniwersytecie. Zdalne nauczanie – przynajmniej w obecnych warunkach, przy tych środkach technicznych, jakimi dysponujemy – jest wyrwaniem procesu nauki z należnego mu środowiska naturalnego. Tak się dzieje dziś, ale oczywiście nie ma nikogo, kto zagwarantuje, że w przyszłości wszystko to nie ulegnie niedającym się dziś nawet wyobrazić zmianom. Póki co jednak jesteśmy tu, gdzie nas los w czasie wrzucił i jakoś sobie musimy z powstałą sytuacją radzić, wierząc głęboko, że jest to okres przejściowy, który się niebawem, za sprawą rozwoju farmaceutyki – jak się okazało, zdolnej nieprawdopodobnie wprost przyspieszyć w sytuacji pandemicznego zagrożenia – skończy, ale przecież nie wykluczając wariantu pesymistycznego czy nawet katastroficznego, do którego nas nasza kultura świetnie za sprawą Janowej, spisanej na wyspie Patmos apokalipsy od dwóch tysiącleci przygotowuje.

Mam nadzieję, że dół, w jakim się znalazł obecnie proces nauczania, okaże się jedynie epizodem. Interesuje mnie natomiast, czy ten epizod i nasze w nim zachowania są przedmiotem badania profesjonalistów zdolnych na tej podstawie sformułować jakieś zalecenia na przyszłość oraz czy specjaliści od technik informacyjnych i komunikacyjnych potrafią przezwyciężyć te ograniczenia, które sprawiają, że zdalne nauczanie – a być może nie tylko ono, wszak można sobie wyobrazić inne okoliczności życia społecznego, w których ludzie będą od siebie fizycznie izolowani – przestanie być, jak to określają w tytule autorzy reportażu w „Newsweeku”, działalnością „na pół gwizdka” sprowadzającą się tak naprawdę do czysto formalnych procedur, w których emocje żywych przecież uczestników ulegają niemal całkowitemu wygaszeniu.

Wróć