logo
FA 3/2021 informacje i komentarze

Piotr Kieraciński

Special issue

czyli polska afera międzynarodowych publikatorów

Special issue 1

Rys. Sławomir Makal

Artykuł Marka Wrońskiego z ostatniego „Forum Akademickiego” całkiem przypadkiem zbiegł się z opublikowaniem przez Ministerstwo Edukacji i Nauki uzupełnienia do listy czasopism punktowanych. Spotkało się to z gwałtownymi protestami środowisk i gremiów akademickich (wiele z nich przedstawialiśmy na bieżąco na portalu forumakademickie.pl), zwykle tylko protestami. Bodaj jedynie KRASP zdobyła się na krytykę konstruktywną, czyli zawierającą też pewną propozycję. Dotyczy ona czasopism, które choć ważne dla pewnych środowisk, nie powinny – zdaniem rektorów – znaleźć się na liście czasopism naukowych, ale na innej, stworzonej z myślą o trzecim kryterium ewaluacji. To wskazówka warta rozważenia przez ministerstwo nauki.

Swoją drogą, minister Przemysław Czarnek nie ma dobrej prasy w środowisku akademickim. W podobny sposób listy czasopism i wydawnictw uzupełniał min. Jarosław Gowin, ale nie spotkał się z aż takimi protestami. Nierówność w traktowaniu przez akademików obu panów ministrów jest znamienna. Niedobrze, że pewne procedury nie są zachowywane, ale dzieje się tak nie od dzisiaj. Jestem przekonany, że, wbrew medialnym enuncjacjom, ministrowie nie łamali prawa uzupełniając listę poza „procedurą KEN-owską” (w uproszczeniu).

Problem jednak nie tylko w tych kilkudziesięciu dopisanych przez ministra – na podstawie rekomendacji jego doradców – czasopismach ani w podniesieniu punktacji kolejnym około dwustu czy trzystu czasopismom. Gdyby taka zmiana punktacji – w większości wypadków niewielka i dotycząca 1% czasopism na liście – miała zmienić znacząco wyniki całej ewaluacji, to by znaczyło, że jej zasady są źle przygotowane. Znacznie poważniejszym problemem, jak sądzę, jest obecność na krajowej liście punktowanych czasopism i materiałów konferencyjnych takich publikatorów, które spełniają kryteria czasopism drapieżnych, które stosują nierzetelne praktyki wydawnicze, a u nas mają 70, 100, a nawet więcej punktów (nie te skromne 20 czy 40 punktów, które zwykle zyskały dzięki decyzji min. Czarnka niektóre polskie czasopisma).

Od dwóch lat wiele zagranicznych czasopism, wcześniej całkiem rzetelnych, poczuło, że polska nauka (być może dotyczy to także innych krajów) ma pieniądze do wydania. Zmieniło zatem zasady publikacji. Zaczęło tworzyć specjalne numery (special issue) dla polskich naukowców. Oczywiście za pieniądze, różne – od niecałych 300 dolarów do nawet 2 tys. franków szwajcarskich (o takich kwotach wiem, może są też wyższe stawki…) za artykuł. Niektóre z tych publikatorów są w międzynarodowych bazach, nawet mają IF, a zgłaszane artykuły poddają recenzjom. Często należą one do wydawców, którzy mają wiele czasopism (od kilku do kilkuset). Zwykle wydawnictwa te powstały w ostatnich kilkunastu latach, czując koniunkturę na publikacje naukowe w otwartym dostępie – płatne przez autorów i instytucje naukowe, które ich zatrudniają. Pojawia się wzajemne cytowanie – łatwo to zorganizować, gdy się ma kilka, a co mówić o kilkudziesięciu czy większej liczbie czasopism – a zatem także IF. Czescy naukowcy opublikowali 7 lutego w „Scientometrics” tekst (streszczony 8 lutego w „Nature”), w którym stwierdzają m.in., że w Scopusie są 324 czasopisma, czyli ok. 1% czasopism w bazie, które w latach 2015-17 opublikowały 164 tys. artykułów, czyli 2,8% artykułów w bazie, a równocześnie są one na liście czasopism podejrzewanych o drapieżne praktyki.

Dlaczego obecność na liście ministerialnej drapieżnych wydawców i czasopism jest znacznie bardziej niebezpieczna niż obecność kilkudziesięciu, choćby słabych, ale ważnych dla pewnych środowisk, czasopism polskich? Po pierwsze, ponieważ kryteria publikacji są marne, właściwie ograniczają się do uiszczenia stosownej opłaty, a liczba uzyskanych za odpłatnie publikowane w nich artykuły punktów do ewaluacji jest zdumiewająco wysoka. Po drugie, niewiele o nich wiemy. Przede wszystkim nie wiemy, ile ich jest na naszej liście (podobno KEN ma wiedzę o kilkunastu takich czasopismach, ale tu pytanie, dlaczego nie dzieli się tą wiedzą ze środowiskiem, by je uprzedzić), ale wiemy, że w tych, które dotychczas dzięki naszym czytelnikom zidentyfikowaliśmy, ukazują się setki artykułów polskich autorów (w sumie to zapewne tysiące artykułów), a za tym wypływają z Polski – z podobno skromnych budżetów polskich instytucji naukowych – miliony złotych/euro/dolarów. Płacimy za siano, jak za zboże.

Liczba publikacji, które odkryliśmy, wskazuje na to, że nie tylko płacimy wiele, ale, jak wspomniałem, punkty uzyskane w tych czasopismach mogą znacząco wpłynąć na wyniki ewaluacji – fałszując je. Zapewne nie można tak do końca winić naukowców, którzy powodowani chęcią uzyskania dobrego wyniku ewaluacyjnego instytucji, w których pracują, publikują za granicą za duże publiczne pieniądze, ale i wysokie punkty. To dość racjonalne, skoro poprawia pozycję ich samych i instytucji, które ich zatrudniają. Jeśli jednak ci badacze orientują się w sytuacji, a przecież nie są to bezradne dzieci, tylko polska elita intelektualna, na pewno jest to trudne do zaakceptowania ze względów etycznych. To są lewe, kupione, a nie wypracowane punkty ewaluacyjne. Podkreślę, że w takich czasopismach publikują nie tylko naukowcy z regionalnych czy podrzędnych uczelni, ale także ci z uczelni badawczych wyłonionych w konkursie IDUB. Te publikacje kosztują w skali kraju miliony złotych.

Najbliższa ewaluacja nie będzie miarodajna, ale nie dlatego, że ministrowie Przemysław Czarnek, a wcześniej Jarosław Gowin dodali kilkadziesiąt polskich czasopism do listy punktowej. Winę za to będą w znacznie większym stopniu ponosić czasopisma zagraniczne, międzynarodowe, które zrobiły biznes na polskiej nauce oraz nasi naukowcy – powtórzę: także z uczelni badawczych (doskonałość naukowa!) – którzy nie licząc się z rzetelnością akademicką, publikują za publiczne pieniądze w „badziewnych” miejscach. Ale najbardziej winni są ci z nich, którzy w tym procederze biorą czynny udział, podejmując się – zapewne nie za darmo – funkcji redaktorów owych „numerów specjalnych” (wbrew nazwie, zwykle wcale nie tematycznych, ale publikujących na tematy od Sasa do Lasa), a przy okazji pełnią rolę „naganiaczy” (tak to określili nasi czytelnicy) polskich naukowców do tych dochodowych „stajni”.

Przypomnijmy, że listę czasopism i przypisanych im punktów stworzyli sami naukowcy – dyscyplinowe zespoły, w których pracowało ponad 400 osób. Oni ponoszą częściową odpowiedzialność za błędy na liście, w tym dotyczące liczby przyznanych punktów; być może byli wśród nich „lobbyści” pewnych tytułów, być może wpływali też na ministrów (którzy dołożyli do końcowego rezultatu swoje trzy grosze). Część winy zapewne spada na KEN, która powinna monitorować sytuację, a także szybciej i bardziej zdecydowanie reagować na nieprawidłowości (może to się wkrótce zmieni; jeden z moich rozmówców widzi też nadzieję w czujności ekspertów w procesie ewaluacji). Skoro wieści o nich dotarły do redakcji „Forum Akademickiego”, to znaczy, że jest to wiedza dość powszechna w środowisku naukowym. Być może nawet przekazywana z ust do ust w imię „dobra” uczelni podczas ewaluacji.

Widzę potrzebę przerwania tego szaleństwa. Pilną koniecznością jest przejrzenie przez uczelnie i ministerstwo, które je nadzoruje, publikacji płatnych oraz dokładna analiza praktyk czasopism i wydawców z naszej listy. I to nie ze względu na najbliższą ewaluację, bo tu chyba nic się nie da zmienić (podobno wyrzucenie drapieżnych czasopism z listy może rodzić problemy prawne), ale z uwagi na kolejną i na pieniądze, które wydajemy na publikacje całkiem bez sensu. Powinniśmy wiedzieć, kto, gdzie i za jakie pieniądze publikował. Z listy punktowanych publikatorów powinny w końcu zostać wyrzucone te, które sprzeniewierzyły się standardom wydawniczym. Tym, które nie dość pilnują zasad, można obniżyć punktację, np. dać 20 zamiast 70 czy 100 punktów. Naukowcy, którzy brali udział w wyprowadzaniu publicznych środków z budżetów krajowych uczelni na nieczyste publikacje, powinni ponieść środowiskowe konsekwencje, choćby w postaci nieformalnego ostracyzmu. Wiemy, że wśród badaczy pracujących dla predatorów są osoby o niezwykle wysokim statusie akademickim, w tym zajmujące wysokie stanowiska w Radzie Doskonałości Naukowej. Może przy okazji ewaluacji, uczelnie, które tego typu publikacji mają najwięcej, które stworzyły sobie taki system zdobywania punktów, powinny być poddane szczególnie uważnej obserwacji ekspertów i instancji kontrolnych. Przecież o karach nie ma mowy, bo prawo raczej nie było łamane.

Trzeba dodać, że cała ta afera dotyczy głównie nauk humanistycznych i społecznych. W zasadzie nie wchodzą w grę nauki ścisłe i przyrodnicze, choć nawet matematycy i fizycy mają na celowniku podejrzane czasopisma ze swoich branż. Powraca pytanie o zasadność jednakowego sposobu oceny humanistyki i przyrodoznawstwa. To powinni rozstrzygnąć w debacie sami naukowcy. Jak dotąd się nie udało. Pora na kolejną próbę.

No i pytanie, czy system, który miał promować doskonałość naukową nie został niecnie wykorzystany i wykrzywiony. Czy się przez to nie zdelegitymizował? Czy można go jeszcze uratować? Kto i kiedy (kontekst terminów kolejnych ewaluacji) miałby to zrobić?

Piotr Kieraciński

Nie tylko ERSJ

Czytelnicy nie pozostawili bez odpowiedzi artykułu M. Wrońskiego Jak zapełnić sloty ani też rozszerzenia listy czasopism przez min. P. Czarnka. Rozgorzała zacięta dyskusja, której rezultatem są kolejne listy do redakcji i artykuły. (red.)

Piszę w nawiązaniu do artykułu pt. Jak zapełnić sloty („Forum Akademickie” 2/2021). Cieszę się, że Pan poruszył ten temat, bo w czasie, gdy wszyscy oburzają się niemerytorycznymi zmianami na liście czasopism wprowadzonymi przez ministra Czarnka, wciąż jest zaskakująco cicho o znacznie poważniejszym problemie, który mocno wpłynie na wyniki najbliższej ewaluacji, a w niektórych dyscyplinach nawet zdeterminuje jej wyniki. Mowa o obecności na liście (ministerialnej – red.) czasopism drapieżnych, takich jak przedstawiony przez M. Wrońskiego „European Research Studies Journal”, ale jest ich więcej. Wśród nich prym wiodą te wydawane przez MDPI.

Np. tylko w jednym z jego flagowych czasopism, tj. „Sustainability” (70 pkt.) – które, gwoli ścisłości, posiada impact factor – w latach 2019-2020 ukazało się 892 artykułów, w których co najmniej jeden autor miał polską afiliację (a przeważnie cały skład autorski miał polską afiliację), zaś w 2021 roku do dnia dzisiejszego (list otrzymaliśmy 26 lutego 2021 r. – red.) polscy autorzy opublikowali w „Sustainability” już 101 artykułów. Czasopismo nie jest wybredne, jeśli chodzi o tematykę, można tam opublikować dosłownie wszystko i to bardzo szybko, bo w ekspresowym tempie 1,5-2 miesięcy. Nie ma też wyśrubowanych wymogów co do jakości, publikacja jest niemal pewna, oczywiście pod warunkiem uiszczenia opłaty. Wystarczy wspomnieć, że łączna liczba artykułów opublikowanych w „Sustainability” tylko w roku 2020 wyniosła ponad 10 tysięcy (tak, tysięcy!), podczas gdy szanowane czasopisma z impact factorem zwykle publikują maksymalnie kilkadziesiąt artykułów rocznie. Obecnie opłata za publikację w „Sustainability” wynosi 1900 franków szwajcarskich, czyli niemal 8000 zł, na początku 2019 była niewiele niższa.

Od co najmniej dwóch lat w najlepsze trwa proceder kupowania punktów do ewaluacji przez wydziały, m.in. w tym czasopiśmie. Wszyscy wiedzą, że wygrają te, które więcej zainwestują, zasilając kasę wydawców, takich jak MDPI. Im bliżej ewaluacji, tym bardziej paniczne pompowanie punktów. Nawet jeśli przyjmiemy, że nie wszystkie z tych prawie tysiąca artykułów z lat 2019-2021 były opłacone przez polskie uczelnie publiczne, to i tak łatwo oszacować, że tylko na to jedno czasopismo już przeznaczone zostały grube miliony z pieniędzy polskiego podatnika. Pieniędzy wyrzuconych w błoto na rozpowszechnianie pseudonauki i windowanie kategorii naukowych słabych ośrodków.

Pozdrawiam serdecznie i życzę wytrwałości w walce o naukową rzetelność.

Marek (nazwisko znane redakcji)

W dziale „Życie naukowe” publikujemy artykuł dr. Wojciecha Włoskowicza „Indeks czasopism nakazanych” i artykuł prof. Edwarda Radosińskiego „Punkty na sprzedaż”.

Wróć