logo
FA 3/2021 życie naukowe

Edward Radosiński

Punkty na sprzedaż

Fot. Stefan Ciechan

Jako ekonomista analityk pracujący w zawodzie od prawie pięćdziesięciu lat obserwuję trendy na rynku punktów ewaluacyjnych. Mimo dużego popytu ich cena powoli, ale systematycznie, spada, co oznacza, że liczba fabryk punktów KEN rośnie, psując ten lukratywny rynek.

Patologia zwana punktozą toczy i ograbia polską naukę. Destrukcyjne skutki tej choroby pokażę tylko na jednym przykładzie, choć znam ich dużo więcej, mianowicie działalności International Business Information Management Association (IBIMA). Stowarzyszenie to corocznie organizuje sympozja naukowe poświęcone szeroko pojętym naukom o informacji. Szefem konferencji (Conference Chair) IBIMA zawsze jest Khalid S. Soliman z International Business Information Management Association, USA. Ani Google Scholar, ani oficjalna strona internetowa Solimana nie zamieszczają żadnych informacji o jego aktualnych akademickich afiliacjach.

W skład Komitetu Organizacyjnego IBIMA, poza Khalidem Solimanem, wchodzą: Chijioke Nwachukwu, Horizons University Paris, Francja; Mercy Ejovwokeoghene Ogbari, Covenant University, Nigeria; Rugayah Gy Hashem, Universiti Teknologi MARA, Malezja; Matthew A. Oluwatoyin, Covenant University, Ota, Nigeria.

Ministerstwo Edukacji i Nauki, przyznaje 70 punktów za publikację artykułu w materiałach pokonferencyjnych na IBIMA. Polscy naukowcy licznie partycypują w pracach konferencji mimo świadomości, że artykuły wysyłane na IBIMA podlegają skrupulatnej ocenie przez co najmniej dwóch anonimowych recenzentów, jak wynika z ulotki informacyjnej. Dobrze to świadczy o ambicjach polskich naukowców. Nasi koryfeusze nauki chętnie użyczają swoich nazwisk do firmowania różnych podcastów konferencyjnych na IBIMA, stanowią też liczną reprezentację w Komitecie Programowym Konferencji.

Właśnie ukazały się „Proceedings” z poprzedniego sympozjum The 35th International Business Information Management Association Conference, 1–2 April 2020, Seville, Spain. Materiały te liczą dokładnie 18.869 stron, słownie: osiemnaście tysięcy osiemset sześćdziesiąt dziewięć stron. Przyjmując, że średnia objętość artykułu wynosi 12 stron (są i krótsze), to – jak łatwo policzyć – tylko w tej publikacji pokonferencyjnej ukazało się 1500 artykułów znaczących, tak domniemywam, dla rozwoju nauki o informacji. W przeliczeniu na punkty konferencja IBIMA generuje ok. 100 tys. punktów. Oczywiście autorzy referatów muszą za te punkty zapłacić. Opłata konferencyjna wynosi 295 dolarów. Za punkt wychodzi zatem 4,5 dolara, a to nie jest drogo. Po przemnożeniu opłaty IBIMA przez liczbę artykułów otrzymujemy jednak całkiem niezłą sumkę: ok. pół miliona dolarów.

Koszty ponoszone przez organizatora są żadne. Po przeniesieniu konferencji do przestrzeni wirtualnej średnio zdolny informatyk cały proces obsługi i przebiegu IBIM-y potrafi w pełni zautomatyzować. Organizator musi raz na rok odpalić parę ikonek na ekranie komputera i regularnie sprawdzać stan swego konta. Tylko pozazdrościć.

Kupczenie odpustami

Oczywiście pojawia się pytanie: Jakim cudem ten kolosalny szwindel naukowy, nazwijmy to w końcu po imieniu, zyskał błogosławieństwo Komisji Ewaluacji Nauki i ministra nauki poprzez przydzielenie mu 70 punktów? I to mimo że IBIMA nie znajduje się na liście Core Rankings Portal. Przecież każdy w KEN wie, co to jest IBIMA, konferencje te są organizowane od lat. Pierwszy raz usłyszałem o nich jakieś dziesięć lat temu – nie skorzystałem. No cóż, zapewne tryb pracy Komisji przy rozpatrywaniu wniosku o umieszczeniu IBIM-y w załączniku „Wykaz…” jest standardowy. Czyli: jeśli członkowie zgodzą się na żądania tych członków, którzy są lobbystami pana Solimana, a ma on za co lobbować, to lobbyści spojrzą przychylnie z kolei na nasze propozycje i… biznes się kręci. Takich megafabryk punktów jak IBIMA jest co najmniej kilkadziesiąt, a liczba ich stale rośnie. Jako ekonomista analityk pracujący w zawodzie od prawie pięćdziesięciu lat obserwuję trendy na rynku punktów ewaluacyjnych. Mimo dużego popytu ich cena powoli, ale systematycznie, spada, co oznacza, że liczba fabryk punktów KEN rośnie, psując ten lukratywny rynek.

Proceder uprawiany przez IBIMA nieodparcie przypomina mi kupczenie odpustami przez papieży. Jak wiemy, za określoną kwotę można było u pontifeksa nabyć zaświadczenie o odpuście zupełnym, który otwierał drogę do wiekuistego zbawienia. Podobnie tu: my wysyłamy realny pieniądz wraz z plikiem zawierającym nasz artykuł, a w zamian dostajemy swój własny plik uzupełniony o logo IBIM-y. Ale właśnie to pozwala nam na zarejestrowanie pliku jako publikacji naukowej, a tym samym powiększenie o kolejne 70 punktów swego dorobku naukowego. Po uściboleniu tą drogą odpowiedniej liczby punktów otwierają się nam wrota do wspaniałej kariery naukowej: habilitacje, profesury tytularne. Za całą tą zyskowną dla obu stron hochsztaplerkę jak zwykle płaci profanum vulgus, czyli polskie społeczeństwo składające się poprzez swoje podatki na budżet naszej nauki.

Pozwoliłem sobie kiedyś na mały eksperyment. Na 36th International Business Information Management Association Conference – IBIMA, 1–2 April 2021, Granada, Spain, wysłałem artykuł. Tekst stanowił zrandomizowany kolaż dwóch artykułów o zupełnie różnej tematyce. Umieściłem w nim tabele z innych artykułów. Dodatkowo wplotłem weń fragmenty Regulaminu Studiów. Po miesiącu otrzymałem informację, że artykuł został zaakceptowany przez organizatorów konferencji jako full paper z gratulacjami za jakość treści. Tekst zostanie opublikowany bez poprawek (camera ready format) oczywiście pod warunkiem, że wpłacę 300 dolarów.

Mój eksperyment pokazuje, że szkodliwość patologii tego typu ma nie tylko wymiar finansowy, to przede wszystkim destrukcja w sensie moralnym, zwłaszcza wobec młodych pracowników nauki. Nie ma sensu prowadzić wieloletnich badań czy pisać opasłe tomiszcza, wystarczy sklecić byle co i wysłać na IBIM-ę – 70 punktów gwarantowane, prawie tyle co za monografię wydaną przez PWN (80 punktów). Co gorsza, utuczeni na IBIM-owych punktach profesorowie, którzy swoje stopnie i tytuły zawdzięczają podobnym szwindlom, pretendują do bycia autorytetami naukowymi i moralnymi dla młodzieży naukowej.

Tragiczne jest to, że dzięki przychylności Komisji Ewaluacji Nauki miliony dolarów z budżetu polskiej nauki są wyprowadzane za granicę do kieszeni różnych cwaniaków. Od lat polska nauka, zwłaszcza w aspekcie kadrowym, awansu naukowego, nie jest kształtowana ani przez pion nauki ministerstwa odpowiedzialnego za naukę, ani przez Radę Doskonałości Naukowej (i jej poprzedniczkę), ani tym bardziej przez Komisję Ewaluacji Nauki, ale de facto przez ludzi pokroju pana Solimana. Takie instytucje jak IBIMA stoją za pierwszymi publikacjami naszych młodych naukowców, podtrzymują ich rozwój naukowy (lekko przy tym demoralizując), a potem artykuły opublikowane tam czy w tym podobnych fabrykach punktów ewaluacyjnych stają się podstawą dorobku, za który otrzymuje się stopnie i tytuły naukowe. Pozwolą Państwo, że zacytuję autentyczny fragment recenzji: „Przedstawione do oceny dokonania p. xxxx nie zawierają pozycji wybitnych, niemniej recenzent uważa, że pod względem ilościowym, zwłaszcza wykazywanego dorobku punktowego, zbiór publikacji habilitanta można uznać za wystarczający”, czyli IBIMA do kwadratu. Konkluzja recenzji jest oczywiście pozytywna i w ten sposób kolejny tytan nauki powiększa poczet polskich profesorów. A wszystko to dzięki mrówczej, sowicie opłacanej także z polskiego budżetu, pracy Solimana et consortes. Ponieważ opisany powyżej proceder trwa od wielu, wielu lat, osoby, które swoją pozycję naukową zawdzięczają K. Solimanowi i podobnym mu wydawcom, zajmują już wysokie stanowiska w hierarchiach uczelni, są członkami ważnych gremiów akademickich.

U nas to nie przejdzie

Rozwiązanie problemu takich wydawnictw może być banalnie proste. Wystarczy, aby Komisja Ewaluacji Nauki wymagała od organizatora konferencji podania liczby publikacji (czyli tzw. oferowanych slotów), jakie ukażą się w materiałach pokonferencyjnych. Sympozja, w których przewidywana liczba publikacji przekroczy ustalony limit, powinny być automatycznie odrzucane. Takie podejście zmusi organizatorów sympozjów naukowych do autentycznej selekcji nadsyłanych propozycji na podstawie rzetelnych recenzji. Podobne działania powinny zostać przeprowadzone przez KEN w stosunku do wytycznych Załącznika do Komunikatu Ministra Edukacji i Nauki z dnia 31 lipca 2019 r. „Wykaz czasopism naukowych i recenzowanych materiałów z konferencji międzynarodowych wraz z przypisaną liczbą punktów”. Załącznik ten liczy 3.151 stron i ciągle puchnie. W styczniu 2017 r. wykaz obejmował jedynie 19.014 tytułów, obecnie ujęto w nim 31.433 czasopism i 1.638 materiałów konferencyjnych. Można podejrzewać, że ktoś świadomie rozdął tę listę do rozmiaru, który uniemożliwia jakąkolwiek kontrolę, a zatem także eliminację hochsztaplerów.

Do każdej dyscypliny KEN powinna ustalić maksymalną liczbę punktowanych pozycji (slotów) w „Wykazie…”. Wprowadzenie nowej pozycji na listę powinno następować jedynie poprzez wyeliminowanie pozycji wcześniej zamieszczonej, a negatywnie zweryfikowanej. Może takie rozwiązanie działałoby dyscyplinująco na wydawców i organizatorów konferencji, którzy obecnie po upchnięciu swojej pozycji na naszej liście zachowują się w myśl powiedzenia: hulaj dusza, piekła nie ma.

U nas to nie przejdzie. Zbyt wielu utytułowanych lobbystów, usadowionych na kluczowych stanowiskach we wszelkiego rodzaju decyzyjnych komisjach, utraciłoby wpływy i związane z tym pieniądze. Dlatego spodziewam się, że mój pomysł nie będzie nawet poddany pod dyskusję. Zostanie zrobione wszystko, aby spetryfikować ten układ.

W konsekwencji zaniechania przez KEN realizacji zadań statutowych wychodzimy przed światem nauki na naród półgłówków. Wystarczy bowiem założyć fikcyjne czasopismo naukowe na Cyprze czy w Nigerii, aby z Polski zaczęły napływać miliony dolarów. Jakoś inne nacje są bardziej odporne na tego rodzaje szwindle, może dlatego, że nie mają własnej KEN.

Jest rzeczą oburzającą, że w sytuacji, gdy KEN hojnie przydziela punkty różnym zagranicznym hochsztaplerom, pismo „Rachunkowość”, zasłużone dla rozwoju polskiej rachunkowości, otrzymało zero punktów. Ten redagowany od lat przez dr. Zdzisława Fedaka miesięcznik utrzymuje bardzo wysoki poziom i jest autorytetem dla środowiska polskich ekonomistów. „Rachunkowość” publikuje nie więcej niż 5–7 artykułów w jednym numerze, i – w to nikt nie uwierzy – nie pobiera żadnej opłaty od autorów. Wręcz przeciwnie, płaci im honoraria za artykuły przyjęte do druku. W numerze marcowym (2021) „Rachunkowości” ukaże się mój artykuł Dyskusyjne aspekty teorii i praktyki Międzynarodowych Standardów Rachunkowości. Za tę publikację otrzymam zero punktów KEN, co jest dla mnie swoistą nobilitacją.

Prof. dr hab. inż. Edward Radosiński, Wydział Informatyki i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej

Obok Rosji i Rumunii, Polska jest krajem, którego reprezentanci najchętniej biorą udział w konferencjach IBIMA i publikują artykuły w materiałach konferencyjnych. Na stronie organizacji można znaleźć szczegółowe informacje na temat liczby „polskich” artykułów: autorzy z 96 uczelni opublikowali tam 2127 artykułów, co można przeliczyć na niemal 150 tys. naszych krajowych punktów ewaluacyjnych. Biorąc pod uwagę cenę jednego artykułu – 295 dolarów amerykańskich – i wartość dolara w 2020 r. na średnim poziomie 3,9 zł, wydaliśmy na publikacje w tym nic nieznaczącym wydawnictwie (co udowodnił nasz autor opisanym eksperymentem) prawie 630 tys. dolarów, czyli prawie 2,5 mln zł.

Najaktywniejsi w tym procederze są przedstawiciele: Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu – 334 tekstów (23380 punktów), Politechniki Częstochowskiej – 269 (18830 punktów) i Uniwersytetu Szczecińskiego – 147 (10290 punktów). Wśród publikujących tam są autorzy z uczelni badawczych: Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu – 70 artykułów, Politechniki Śląskiej – 65, Uniwersytetu Jagiellońskiego – 23, Politechniki Gdańskiej, Akademii Górniczo-Hutniczej i Uniwersytetu Wrocławskiego – po 12, Uniwersytetu Warszawskiego – 10, Politechniki Warszawskiej – 9, Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu – 4. W gronie autorów IBIMA znaleźli się też przedstawiciele pozostałych uczelni z konkursu IDUB: Politechnika Wrocławska – 89, Uniwersytet Gdański – 12, Uniwersytet Łódzki – 11, Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu i Politechnika Łódzka – po 5, Uniwersytet Śląski – 3.

(mit)

Wróć