logo
FA 3/2021 życie naukowe

Ewa Woźniak

Przełomowe dwudziestolecie

Przełomowe dwudziestolecie 1

Rys. Sławomir Makal

W książce poświęconej dwudziestoleciu międzywojennemu przekonuję, że konieczne jest spojrzenie na dwudziestowieczną polszczyznę bez ideologicznych okularów wypaczających obraz, a ponadto z możliwego już dzisiaj dystansu, który nie tylko gwarantuje większy obiektywizm, lecz także pozwala dostrzec nieuchwytne wcześniej analogie.

W opisach dziejów polszczyzny lata międzywojenne (1918-1939) włącza się tradycyjnie do tzw. doby nowopolskiej, której centrum stanowi XIX wiek. Takie przyporządkowanie może być zaskakujące nawet dla laika, dostrzegającego zasadniczo odmienny status języka polskiego po odzyskaniu niepodległości: z języka dyskryminowanego, o ograniczonym zakresie użycia w sferze publicznej, staje się on językiem urzędowania, nauczania, przedmiotem polityki językowej państwa oraz podstawowym narzędziem asymilacji mniejszości etnicznych w wielonarodowościowej Drugiej Rzeczypospolitej. Umiejscowienie lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku w obrębie tendencji dziewiętnastowiecznych, jako okresu schyłkowego, umożliwiało postawienie umownego punktu granicznego w rozwoju języka na 1945 roku, do czego zapewne aprobująco odnosiły się PRL-owskie władze, chętnie dystansujące się wobec dziedzictwa międzywojennej Polski. Wyznaczając początek nowych dziejów polszczyzny na okres po II wojnie światowej, odwoływano się do argumentu przesunięcia granic ze wschodu na zachód, przesiedleń oraz migracji ludności, zmieniających strukturę narodowościową i gwarową, czy likwidacji analfabetyzmu. Były to czynniki interpretowane jako przełomowe, wywołujące integrację językową i znaczący wzrost liczby osób posługujących się odmianą ogólną języka, czyli tzw. językiem literackim. Przemiany społeczno-polityczne po 1945 roku ukazywano jako stymulator rozwoju leksyki oraz bazę do wykształcania się nowych mechanizmów słowotwórczych.

W książce poświęconej dwudziestoleciu międzywojennemu przekonuję, że konieczne jest przewartościowanie tych ocen, to znaczy spojrzenie na dwudziestowieczną polszczyznę bez ideologicznych okularów wypaczających obraz, a ponadto z możliwego już dzisiaj dystansu, który nie tylko gwarantuje większy obiektywizm, lecz także pozwala dostrzec nieuchwytne wcześniej analogie. Powinna to być również perspektywa uwzględniająca kategorie poznawcze, które nie były brane pod uwagę w periodyzacji historycznojęzykowej, jak kultura masowa czy globalizacja językowa.

Do połowy pusta szklanka

W ocenie rangi dwóch dekad międzywojnia właściwym punktem odniesienia jest stan wyjściowy, a więc sytuacja językowa u progu niepodległości. Tymczasem w wartościowaniu dokonań tego okresu przyjmowano raczej perspektywę docelową, podkreślając na przykład, że nie udało się osiągnąć powszechnej piśmienności, że pomimo wprowadzenia siedmioletniego obowiązku szkolnego znaczna część placówek, zwłaszcza na wschodzie Polski, miała tylko klasy niższe, że nie udało się wyrównać różnic edukacyjnych pomiędzy miastem a wsią, a także dysproporcji w dostępie do oświaty pomiędzy dawnymi dzielnicami. Miało to konsekwencje w postaci ciągle niewielkiego odsetka ludności zdolnej do posługiwania się literacką odmianą polszczyzny, która dzięki temu zachowywała elitarny poziom. W opisach rynku prasowego w Polsce międzywojennej akcentowano, dla jakiej części społeczeństwa był on cenowo niedostępny. Stosowano strategię uwypuklania, że szklanka pozostała do połowy pusta, a nie że się do połowy zapełniła. Takie ujęcie prospektywne, a więc nastawione na konfrontację ze stanem docelowym, choćby całkowitą likwidacją analfabetyzmu po II wojnie światowej, powodowało niedoszacowanie osiągnięć międzywojnia, nie pozwalało na ukazanie dynamiki i skali przemian w relacji do początku XX wieku.

Również ruchy ludności (w sensie terytorialnym i społecznym), które wskazywane były jako argument przemawiający za cezurą roku 1945, pobudzone zostały już wcześniej przez I wojnę światową, utratę majątków na obszarach zajętych przez Sowietów, a po restytucji państwa przez zniesienie kordonów oraz potrzeby na rynku pracy. Mobilność ludności wskutek zaistnienia tych czynników była nieporównywanie większa niż w okresie pod zaborami. Przy tym największą ruchliwość wykazywały warstwy wykształcone, migrujące w poszukiwaniu posad i możliwości zarobku. Konsekwencją na poziomie języka było przenikanie się różnych sposobów mówienia, wariantów regionalnych, a tym samym pobudzanie procesów unifikacyjnych. Ich finalizacja nastąpiła oczywiście już w okresie powojennym, choćby z racji tego, że dwie dekady to okres zbyt krótki, by mogły się w nim zakończyć przebiegające na ogół w wolniejszym tempie zmiany językowe. Również tzw. ruchy pionowe, z dołu drabiny społecznej wzwyż, przybrały w międzywojniu znaczący wymiar. W latach trzydziestych prasa opisywała społeczno-ekonomiczne niebezpieczeństwa „masówki” uniwersyteckiej, nadprodukcji inteligencji. Nieprzypadkowo też człowiek z awansu społecznego, przedstawiciel nowej kadry urzędniczej czy działacz sfer biznesowych, staje się częstym bohaterem międzywojennej powieści obyczajowej o współczesnej tematyce.

Świadomość międzywojennych tradycji

Oczywiście można alternatywę, który przełom bardziej znaczący: czy 1918, czy 1945 roku, potraktować jak wybór między wyższą rangą świąt Bożego Narodzenia lub Wielkanocy, jestem jednak przekonana, że odkrycie dla historii języka zaniedbywanego i marginalizowanego międzywojnia ma szczególną wartość także dlatego, że pozwala na lepsze zrozumienie zjawisk uobecniających się w polszczyźnie końca XX wieku, przełomu stuleci. Dostrzegamy tu tendencje, które zainicjowane zostały w dwudziestoleciu, po czym zahamowane w wyniku wojny światowej oraz po 1945 roku, a ze zdwojoną siłą powróciły po 1989 roku. Bez zaplecza w postaci wiedzy o dziejach języka traktujemy je jako nowe, podczas gdy w rzeczywistości są to powroty tego, co już było w międzywojniu.

Zapewne nie wzbudzałyby kontrowersji i nie miały światopoglądowych podtekstów nazwy żeńskie, gdyby ich używaniu oraz wypowiadaniu się o nich i ocenie towarzyszyła świadomość międzywojennych (i wcześniejszych) tradycji. Wzrost aktywności kobiet na różnych polach po I wojnie światowej był przyczyną powstawania licznych feminatywów, które tworzono w sposób naturalny, odpowiadając na zaistniałe potrzeby nazewnicze oraz uznając takie postępowanie za zgodne z „duchem polszczyzny”. Wątpliwości mógł budzić tylko wybór jednego z licznych przyrostków żeńskości, które oferuje system słowotwórczy polszczyzny. Było to przyczyną dylematów w rodzaju: dramaturgini czy dramaturżka, pedagogini, pedagogiczka czy pedagożka, posełka, posełkini, poślica czy posłanka itp. Stosowanie nazw męskich w odniesieniu do kobiet uznawano za potencjalne źródło nieporozumień (na przykład doktor, zamiast doktorka), zaś paniom, które wyłamywały się od zasady nazywania kobiet za pomocą formacji feminatywnych, zarzucano „podszywanie się pod płaszcz męski” i „wstyd kobiecości”. W tworzeniu nazw żeńskich nie były wówczas przeszkodą ani zbitki spółgłosek (znana była adiunktka, architektka, chirurżka, jeźdźczyni czy stewardka), ani wieloznaczność (np. szoferka ‘kobieta kierująca pojazdem’, ‘prowadzenie samochodu’, ‘kabina kierowcy’).

Odcięcie od tradycji używania feminatywów nastąpiło w okresie PRL-u i miało wymiar propagandowy: stosowanie jednej nazwy (męskiej) w odniesieniu do obydwu płci dowodziło równouprawnienia, które zapewnił kobietom system socjalistyczny, w przeciwieństwie do swojego „zgniłego” oponenta. Wiele nazw żeńskich, które w dwudziestoleciu wzbogaciło zasób leksykalny polszczyzny, natomiast po 1945 roku znalazło się poza obiegiem, jest obecnie przywracanych użytkownikom polszczyzny, choć najczęściej bez świadomości ich językowej kontynuacji. Gdyby sięgnąć do zasobów słownictwa międzywojennego, nie trzeba byłoby dziś ogłaszać konkursu na żeński odpowiednik słowa kierowca, ponieważ w podobnym plebiscycie (chodziło o rodzimy zamiennik dla obcego szofera i jego żeńskiej formy), zorganizowanym przez periodyk motoryzacyjny „Lotnik i Automobilista” już w 1912 roku, wybrano jako najbardziej odpowiednie słowo kierowczyni, podobnie jak w niedawnym konkursie MPK w Poznaniu.

Dla znawcy dwóch dekad międzywojnia nie jest również nowością równoległe stosowanie nazwy męskiej i żeńskiej, gdy mowa o zbiorach różnopłciowych (chodzi o zalecane dziś w dyskursie równościowym połączenia typu studenci i studentki, Polki i Polacy), ponieważ w dwudziestoleciu było to powszechną praktyką, zaniechaną w czasach „słusznie minionych”.

Meandrom funkcjonowania polskich feminatywów poświęciłam osobny rozdział Nazwy żeńskie – między tradycją a nowoczesnością. Ich współczesny status pokazuje, że po PRL-owskiej przerwie przywrócenie stanu z międzywojnia nie było możliwe, a obciążenie negatywną stylistyką pozostało jak na razie trwałym komponentem feminatywów, ograniczającym językowy obyczaj ich używania, zwłaszcza w sytuacjach oficjalnych.

Foxtrotty przy dźwiękach jazz-bandów

Pomost pomiędzy dwudziestoleciem a czasami nam współczesnymi stanowią również językowe wpływy angielskie. Napływ zapożyczeń pobudzały wówczas kontakty międzynarodowe odrodzonego państwa, otwarcie na informacje ze świata, propagowanie kultury i obyczajowości zachodniej (angielskiej, amerykańskiej). Jest to zjawisko interesujące z tego względu, że stopień znajomości angielskiego w ówczesnym społeczeństwie był znikomy (znacząco ustępując pod tym względem francuskiemu i niemieckiemu), a język ten dopiero zaczął pretendować do roli lingua franca (kwestiom tym poświęcam jeden z rozdziałów książki, zatytułowany Ranga języków obcych). Nowe pożyczki nie były własnością elit. Kanałem transmisji anglicyzmów, zapewniającym szybkie rozprzestrzenianie się oraz asymilację, była kultura masowa. Duża ich część wzbogaciła pole tematyczne rozrywki, sportu, spędzania czasu wolnego. Zapraszano się na fajfy, jadano lunche, podróżowano slipingiem, hallami nazywano nie tylko wnętrza hotelowe, ale i dawne salony, elity określano jako high-life, na dancingach, przy dźwiękach jazz-bandów, tańczono amerykańskie foxtrotty i shimmy, a zawodowe tancerki nazywano girlsami. Obecność niektórych zapożyczeń w międzywojennej prasie jest zaskakująca z dzisiejszego punktu widzenia, ponieważ ich pojawienie się w polszczyźnie skłonni bylibyśmy wiązać dopiero z ostatnimi latami, np. cocktailbar, dumping, handicapować, hot-dog, kardigan, roadster, tabloid, weekend. Falowo napływające zapożyczenia ulegały szybkiej adaptacji fleksyjnej i słowotwórczej, tworząc rozbudowane nieraz rodziny, np. od wyrazu interview nie tylko powołano derywaty interviewer i interviewować, ale również go odmieniano: o interviewie.

Analogie pomiędzy zjawiskami i tendencjami uobecniającymi się w języku w dwóch okresach, rozdzielonych kilkoma dziesięcioleciami PRL-u, właściwie nie powinny dziwić. Znajdują one uzasadnienie w podobnych uwarunkowaniach rozwoju języka po restytucji państwa oraz po przełomowym 1989 roku. „Wybijając się na niepodległość”, Polska zrywała różnorakie, wielopłaszczyznowe więzi (polityczne, prawne, komunikacyjne, oświatowe itp.) z organizmami państw zaborczych, w które wrosła przez długi okres niewoli, podobnie po 1989 roku uwalniała się z politycznego reżimu bloku wschodniego. Dwukrotnie odradzała się jako państwo demokratyczne o ustroju parlamentarnym – z sejmem, senatem, urzędem prezydenta oraz systemem wielopartyjnym. Po okresie zaborów jako państwo niepodległe zaczęła rozwijać kontakty międzynarodowe, pretendując do zajmowania znaczącego miejsca w ówczesnej „wspólnocie europejskiej”. Wreszcie, preferując otwartość na wzorce zachodnie, w tym amerykańskie, m.in. w zakresie stylu dziennikarskiego czy propagowanych treści, przekraczała granice lokalności i wchodziła w przestrzenie zjawisk o zasięgu globalnym. Kosmopolitycznie ukierunkowana była kultura masowa, rozpowszechniająca wartości odmienne od obowiązujących w dobie niewoli narodowej. Dobrze oddaje to parodystyczny wierszyk Juliana Tuwima Na zbytnie a niepowściągliwe dziwkochwalstwo naszego wieku (Jarmark rymów, 1934 r.): „Urocza Bebi Pipi/ W yachcie na Missisipi.”/ „Zmysłowa Dudu Papa,/ Jej uśmiech, pies i kanapa”./ „Fertyczna Elli Belli/ Pije kawę w kapieli”. „Żelazna kurtyna”, zaciągnięta po 1945 roku, skutecznie odcięła polską kulturę popularną od takich treści, proponując w zamian obrazy przodowniczek pracy. Kontynuację odnajdujemy w mass mediach rozwijających się od lat dziewięćdziesiątych XX wieku.

Czas dynamicznych przemian

Odkrywając dwudziestolecie jako bliższe językowej dwudziestowieczności, sięgam do różnorodnych źródeł. Wykorzystuję świadectwa osobiste (pamiętniki, wspomnienia), teksty prasowe oraz literackie (powieści obiegu popularnego o współczesnej tematyce), ale także dokumenty prawne i urzędowe. W doborze materiału ilustrującego towarzyszyła mi myśl o krzyżowaniu różnego rodzaju świadectw, które złożyłyby się na spójny obraz wybranych problemów języka w tym czasie.

Intencją, która przyświecała mi podczas pisania książki, było zdjęcie z dwudziestolecia etykiety okresu schyłkowego wobec wygasających tendencji dziewiętnastowiecznych i ukazanie go jako czasu dynamicznych przemian, wynikających ze zmiany statusu języka polskiego po restytucji państwa oraz dokonujących się wówczas gruntownych przeobrażeń w sferze komunikacji społecznej. Tej intencji podporządkowany był wybór problemów stanowiących tematy kolejnych rozdziałów: 1. Prestiż polszczyzny w dwudziestoleciu; 2. O roli prasy i radia, czyli o początkach komunikacji masowej i wymiarach globalizacji w międzywojniu; 3. Ranga języków obcych; 4. Wkład dwudziestolecia w kształtowanie współczesnej nomenklatury; 5. Nazwy żeńskie – między tradycją a nowoczesnością. W ostatnim, podsumowującym rozdziale zbieram wnioski, będące argumentami w dyskusji nad periodyzacją dwudziestowiecznej polszczyzny. Proponuję uznać za graniczny rok 1918 jako zamykający dobę nowopolską, a otwierający nową dziejową epokę – można by ją określić jako „ponowopolską” (nawiązując do tradycyjnego nazewnictwa, utrwalonego w historii języka) lub nazwać „dobą komunikacji masowej”, akcentując w ten sposób przemiany w zakresie komunikacji społecznej. Kolejny przełomowy rok 1989 otwierałby już nową dobę – komunikacji elektronicznej.

Dr hab. Ewa Woźniak, prof. UŁ, Instytut Filologii Polskiej i Logopedii, Wydział Filologiczny Uniwersytetu Łódzkiego

Wróć