logo
FA 3/2021 życie akademickie

Rozmowa z dr. hab. Markiem Średniawą, prof. ASP w Gdańsku, ekspertem Polskiej Komisji Akredytacyjnej w dyscyplinie sztuk projektowych

Nie kontrola, nie audyt

W tej chwili myślimy najpierw o tym, czego chcemy nauczyć, jakie kompetencje ma posiadać absolwent, a potem – jak do tego doprowadzić. Zmieniła się perspektywa widzenia. Ważne jest nie tyle to, czy zrealizowaliśmy program, tylko czy studenci osiągnęli określone kompetencje. Ocena pracy także przewraca się do góry nogami. Nie tyle oceniamy studentów, czy nauczyli się, czy nie, ile oceniamy siebie, czy stworzyliśmy im takie warunki, że oni osiągnęli zakładane efekty.

Czym jest design?

Mamy taki moment w historii designu, że nie potrafimy na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie, wciąż trwają próby zdefiniowania obszaru, którym design się zajmuje. Korzenie designu to poszukiwanie estetyki form przedmiotów produkowanych przemysłowo. Projektant wzornictwa – designer, był kimś, kto formę takich przedmiotów projektował. Wypracowana metodyka projektowania w zakresie wzornictwa okazała się na tyle uniwersalna, że zaczęto ją stosować do rozwiązywania problemów z innych obszarów. Jednocześnie pierwotny zakres wzornictwa, najbardziej związany z estetyką, był poszerzany i zaczął obejmować także warstwę użytkową, semantyczną i nawet technologiczną wyrobów. Mam wrażenie, że używane współcześnie zamiennie pojęcia design i wzornictwo nie są pojęciami tożsamym. W popularnych artykułach prasowych, w potocznym znaczeniu, design staje się cechą produktu: „samochód jest komfortowy, szybki i ma dobry design”. Dlatego myślę, że dla określenia wydzielonego obszaru twórczej działalności człowieka lepiej używać pojęcia wzornictwo. Samo pojęcie wzornictwa jest rozchwiane, także obszary, którymi wzornictwo się zajmuje, zaczynają się rozmywać. Projektanci produktu dążą do rozszerzenia zakresu wzornictwa. Dochodzi do tak paradoksalnych określeń jak „wzornictwo usług” zamiast „projektowanie usług”. Z kolei z punktu widzenia procesów związanych z gospodarką, z kształtowaniem pojęć w zakresie prawa ważne jest dążenie do precyzowania definicji tak, by wyraźnie zostało określone, czym jest wzornictwo, czym jest projektowanie wzornictwa, co to jest projekt wzorniczy i czym zajmuje się projektant wzornictwa.

Jeśli będziemy rozważali definicję wzornictwa w aspekcie kształcenia projektantów, sprawa okaże się nieco prostsza. W Polsce wzornictwo jest autonomiczną subdyscypliną artystyczną, która zbudowała swoją tożsamość i metodykę działania. W tradycji polskiego szkolnictwa wzornictwo zawsze było lokowane w akademiach sztuk pięknych. W definicji, którą próbujemy stworzyć chociażby na potrzeby kontaktu ze studentami, powiemy, że wzornictwo jest działalnością twórczą, która polega na opracowaniu pożądanych cech przedmiotów, systemów, przestrzeni oraz procesów z punktu widzenia zaspokajania potrzeb ludzkich. Prof. Jacek Popek zawsze podkreślał, że projektowanie wzornictwa to jest projektowanie procesu, a przedmiot, który przy okazji powstaje, jest tylko partyturą, w której zaprojektowany proces jest zapisany.

Czy jednak uczelnie nie gubią się w określaniu zakresu wzornictwa jako popularnego obecnie kierunku studiów?

Niestety tak. Rozszerzenie definicji tego pojęcia spowodowało, że na uczelniach pojawiają się kierunki, które noszą nazwę wzornictwo, ale nie zawierają w sobie istotnego rdzenia, czyli nie kształtują umiejętności projektowania w rozumieniu uniwersalnym, metodycznym. Niekiedy zajmują się czymś, co niektórzy nazywają designem autorskim. W tym przypadku projektant jest równocześnie wykonawcą tego, co zaprojektował. To jest silny i modny nurt, w którym twórczość projektanta silnie związana jest z ekspresją artystyczną. Absolwent kończący taki kierunek będzie posiadał tytuł licencjata lub magistra sztuki w zakresie wzornictwa, ale wobec wyzwań, jakie gospodarka stawia przed wzornictwem, będzie bezradny, ponieważ nigdy nie miał kontaktu z projektowaniem rozumianym jako budowanie zamysłu realizowanego przez innych metodami przemysłowymi. Będzie utożsamiał projektowanie z robieniem rzeczy, przedmiotów. I tutaj oddalamy się od rdzenia definicji pojęcia wzornictwo.

Praktyczny profil studiów, przynajmniej w założeniu, ma przygotowywać studentów do radzenia sobie z konkretnymi wyzwaniami zawodowymi.

W naszej rozmowie dotyka pani najbardziej drażliwych spraw. Proszę sobie wyobrazić, że mamy wykształcić projektanta wzornictwa, czyli człowieka, który ma współpracować z przemysłem, ma potrafić rozpoznać potrzeby użytkownika i przetworzyć je w taki sposób, żeby w przedmiocie zakląć cechy, które umożliwiają zaspokojenie tych potrzeb i to na różnych poziomach, tym bezpośrednim, użytkowym, ale i tym wyższym, związanym z wartościami estetycznymi, semantycznymi. Oczywiście przedmiot ten musi zostać wyprodukowany z użyciem konkretnych technologii wytwarzania. I oczywiście projektant musi znać możliwości i konsekwencje związane z użyciem technologii. Różnych technologii, wszystkich dostępnych technologii… Ale wiadomo, że postęp w zakresie technologii ma zawrotne tempo. Absolwent kierunku wzornictwo rozpocznie pracę zawodową w innej rzeczywistości technologicznej niż ta z okresu jego studiów. Tak więc w kształceniu projektantów wzornictwa na kierunkach studiów o profilu ogólnoakademickim koncentrujemy się na istocie procesu projektowania. Musimy kształcić umiejętność projektowania w pewnym stopniu w uniezależnieniu od technologii. Musimy założyć, że absolwent, który skończy studia i zacznie pracować dla określonej gałęzi przemysłu, może spotkać się z technologiami, z którymi nie miał szansy zapoznać się na uczelni, ponieważ uczelnia musiałaby mieć dostęp do wszystkich możliwych technologii teraźniejszych i przyszłych.

Co oczywiście jest niemożliwe.

Absolutnie niemożliwe. To jest poważny problem. Proszę sobie wyobrazić, że ktoś zajmuje się projektowaniem jachtów – w naszej uczelni jest prowadzona pracownia projektowania architektury okrętów. Materia, w której się będzie obracał, to są na przykład gigantyczne formy kadłubów laminowane w wysoce zaawansowanych współczesnych technologiach ciśnieniowych. Oczywiście uczelni nie stać na posiadanie takiego zaplecza technicznego i student nigdy na terenie uczelni nie będzie mógł zbudować w takiej technologii na przykład dziesięciometrowego kadłuba. Tymczasem uczelnia, która kształci na kierunkach praktycznych, musi zapewnić w programie studiów to, żeby student poświęcił więcej niż połowę łącznego nakładu pracy koniecznego do ukończenia studiów, na zajęcia kształtujące umiejętności praktyczne.

Powinna więc pojawić się koncepcja realizacji części zajęć poza uczelnią.

Dokładnie tak. I tutaj przechodzimy do sedna. Jeśli mamy myśleć o dobrym, współczesnym programie studiów o profilu praktycznym w zakresie projektowania wzornictwa, to taki program powinien uwzględniać ścisłą współpracę z otoczeniem gospodarczym, która umożliwi studentom udział w procesie produkcji lub przynajmniej aktywną obserwację tego procesu. Dotyczy to zarówno praktyk studenckich, jak i zajęć dydaktycznych prowadzonych poza uczelnią. Jak już wspomniałem, trudność polega jednak na ogromnej różnorodności współczesnych technologii. Logiczne więc wydaje się, że akademie sztuk pięknych prowadzą studia o profilu ogólnoakademickim na kierunku wzornictwo. To pozwala skoncentrować się na samym rdzeniu kształcenia, czyli na metodologii projektowania, poznawaniu języka kompozycji umożliwiającego budowanie form o założonym oddziaływaniu, wiedzy o człowieku, poznawaniu warsztatu projektanta. Czyli zdobywaniu kompetencji uniwersalnych, które nie zdezaktualizują się zbyt szybko. To wszystko oczywiście z założeniem, że kompletna formacja zawodowa absolwenta nastąpi po okresie studiów.

Jak rozumiem, pracodawca, do którego trafi absolwent kierunku prowadzonego na profilu ogólnoakademickim, powinien mieć świadomość, że musi mu zapewnić szkolenie z technologii wykorzystywanych w konkretnym, specyficznym procesie produkcji.

Tak, proszę także zwrócić uwagę, że technologie błyskawicznie się zmieniają, więc opieranie projektowego kierunku studiów, które mogą trwać w sumie pięć lat, na nauczaniu technologii wydaje się, o czym już mówiłem, mało sensowne. Drugim rozwiązaniem, które bardzo mi się spodobało, jest prowadzenie mocno wyspecjalizowanych kierunków z obszaru wzornictwa na profilu praktycznym. Mam tutaj na myśli np. projektowanie ubioru, obuwia czy tkanin, takie miałem przyjemność poznać i dlatego używam ich jako przykładów. W przypadku tak prowadzonych kierunków studenci kształcą się w zakresie metodologii projektowania z zachowaniem pierwiastka twórczości, ale jest to bardzo mocno ulokowane w określonej technologii czy zbiorze technologii. W tym przypadku uczelnia może zbudować sobie zaplecze technologiczne i poszukiwać partnerów do współpracy w konkretnej gałęzi przemysłu. Studenci opuszczają mury uczelni wyposażeni z jednej strony w aktualną wiedzę o określonych technologiach, w których realizowane są ich zamysły, a z drugiej strony mają też umiejętność budowania tych zamysłów, czyli projektowania.

Poza tymi dwiema drogami istnieje niestety trzecia – droga pewnego nieporozumienia, przyklejania nazwy wzornictwo do kierunków studiów, których program koncentruje się na przykład na projektowaniu graficznym, twórczości z zakresu unikatowych form biżuterii z pominięciem metodyki projektowania i wiedzy z zakresu technologii. Taki program studiów niewiele ma wspólnego ze wzornictwem. Oczywiście wymienione przeze mnie obszary twórczości mogą być świetnym poligonem doświadczalnym dla studentów wzornictwa, ale nie mogą stanowić „kręgosłupa” kierunku, nie można ich utożsamiać ze wzornictwem jako takim. Wzornictwo dzisiaj jest modne. Są osoby, które nie chcą studiować w akademii sztuk pięknych, ponieważ wiąże się to z koniecznością przejścia przez sito trudnego egzaminu wstępnego. Nie czują się też na tyle mocne w zakresie nauk ścisłych, żeby wiązać się z kierunkiem opartym na technologii. Szukają sobie innego miejsca. Właśnie do tych osób uczelnie idące tą trzecią drogą kierują swoją ofertę.

Jakie zagadnienia są priorytetowe w ocenie warunków jakości kształcenia na praktycznym profilu studiów? Z czym rektorzy i dziekani mają największe problemy?

Największym problemem jest to, że trudno wyobrazić sobie prowadzenie kierunków projektowych tylko w murach uczelni, w oderwaniu od otoczenia. Na początku, po wprowadzeniu Ustawy 2.0, część środowiska akademickiego uznała, że profil praktyczny jest prostszy, bo nie trzeba, jak w przypadku profilu ogólnoakademickiego, prowadzić badań naukowych.

Zmniejszyły się też wymogi kadrowe.

Jest w tym jednak pewien paradoks – uważam, że łatwiej spełnić wymogi kadrowe w profilu ogólnoakademickim niż w praktycznym. W profilu praktycznym muszą być zatrudnieni specjaliści z pewnego zakresu, którzy mają doświadczenie pozaakademickie. Znalezienie osoby, która z jednej strony jest praktykiem w danym zakresie pracy zawodowej, a z drugiej strony ma kompetencje nauczyciela akademickiego, to bardzo poważny problem. Uczelnia prowadząca studia na kierunku o profilu ogólnoakademickim sama generuje sobie kadrę – doktorów w określonej dyscyplinie, którzy robią habilitacje i zdobywają szczeble kariery akademickiej. Specyfiką polskiego szkolnictwa artystycznego jest to, że nauczyciele akademiccy zatrudnieni w uczelniach artystycznych są aktywnymi twórcami. Myślę, że prawie każdy znany i uznany projektant wzornictwa pracuje jako nauczyciel akademicki.

Uczelnie, które kształcą w profilu praktycznym, nie mogą w ten sposób generować sobie kadry. Pojawia się więc pytanie o weryfikację kompetencji pracowników pozyskanych „z zewnątrz”.

Tak, każda uczelnia prowadząca studia na kierunkach o profilu praktycznym spotyka się z tym problemem. Drugim trudnym do spełnienia warunkiem jest konieczność współpracy z otoczeniem gospodarczym czy raczej społeczno-gospodarczym. Nie jesteśmy w stanie w procesie dydaktycznym symulować rzeczywistych procesów, które są związane na przykład z wdrażaniem nowego produktu, produkcją, w związku z tym musimy uwzględnić to, że część zdefiniowanych dla kierunku efektów uczenia się studenci muszą zdobywać w warunkach właściwych dla działalności zawodowej związanej ze wzornictwem. Służą temu między innymi praktyki zawodowe, które są elementem programu studiów. Wiąże się to z koniecznością precyzyjnego określenia efektów uczenia się zakładanych dla tych praktyk. Nie wystarczy zaświadczenie, że student odbył sześć miesięcy praktyk, praktyki muszą być realnie i rzeczywiście wpisane w koncepcję kształcenia i programu studiów, co oczywiście stanowi pewną trudność organizacyjną.

W jakim stopniu uczelnie artystyczne poradziły sobie z wdrażaniem przepisów związanych z Ustawą 2.0? Czy czas na wdrożenie tych przepisów nie okazał się zbyt krótki?

Nie potrafię spojrzeć na to zagadnienie z ogólnej perspektywy. Znam środowisko akademickie związane z kształceniem na kierunkach projektowych. Moja obserwacja jest taka, że są świetnie prowadzone studia na kierunku wzornictwo na profilu ogólnoakademickim, które na dodatek najczęściej spełniają także wszystkie warunki profilu praktycznego. Są również świetnie prowadzone studia na kierunku wzornictwo na profilu praktycznym. Jeżeli takie uczelnie istnieją, to znaczy, że czasu nie było zbyt mało.

Czy jednak nie ma różnicy jakościowej pomiędzy uczelniami prowadzącymi kierunki w profilu ogolnoakademickim, które spełniają przy okazji wymogi profilu praktycznego, a uczelniami, które prowadzą kierunki tylko w profilu praktycznym?

Pewnie panią zaskoczę, ale byłbym w stanie wymienić niewielkie uczelnie, prawdziwe perełki kształcące w profilu praktycznym w taki sposób, że można się od nich uczyć. Oczywiście są też takie, które nie dają sobie rady i mają problem ze zrozumieniem istoty profilu praktycznego. Widzimy, że wiele zależy od tego, czy na uczelni jest odpowiednia grupa ludzi, którzy pracują z sercem i zależy im na jakości kształcenia. Wiadomo, że zmiany zawsze są kłopotliwe. Przy czym wydaje mi się, że zapomnieliśmy, iż mamy do czynienia ze studiami wyższymi, których istotą jest studiowanie, a nie tylko uczenie się. Zmieniają się definicje programu studiów, procedury, organizacja uczelni. Dla środowiska akademickiego te zmiany są jak ciągłe szturchanie. Uważam, że środowisko akademickie powinno mieć jakiś czas stabilizacji uwarunkowań prawnych. Czas na sprawdzenie na przykład swoich koncepcji organizacyjnych. Oczywiście inaczej jest, czy też powinno być, w obszarze badań i twórczości – tu absolutnie musimy wyprzedzać przemysł, politykę, relacje społeczne. Musimy wytyczać kierunki rozwoju, zmieniać się i zmieniać rzeczywistość. Tutaj nie ma miejsca na stabilizację.

Zdarzają się niestety uczelnie, które nie koncentrują się na planowaniu koncepcji kształcenia, chcą natomiast prowadzić popularne kierunki studiów. I tu, moim zdaniem, przebiega granica jakości: kierunek może być zarządzany dobrze albo źle, bez względu na jego profil i na to, czy jest prowadzony w małej czy dużej uczelni, publicznej czy niepublicznej.

Może to także kwestia rozumienia pewnego etosu akademickiego, a nie sprowadzania wszystkiego do kalkulacji biznesowej.

Nie lubię w dyskusji wchodzić w te obszary, które są najbliższe mojemu sercu, bo zawsze dostaję po nosie: „jaki etos, trzeba myśleć praktycznie”. Ale trafiła pani w sedno, mogę tu przytoczyć wiele anegdot. Koncepcja kształcenia musi być zgodna z misją i strategią uczelni, to jedno z kryteriów, które jest analizowane w procesie oceny jakości kształcenia. Dokonujemy analizy jakiegoś kierunku i czytamy, że misją uczelni jest podwojenie zysków w ciągu najbliższych iluś tam lat… Myślę, że kształcenia na poziomie szkolnictwa wyższego nie można prowadzić tylko jako biznesu.

W programie swojej pracowni zaznaczył pan, że istotna jest droga, a nie tylko cel, do którego zmierzamy, czyli efekt.

Tak, ale jedno nie przeczy drugiemu. Pojawienie się koncepcji budowania programu studiów na podstawie efektów kształcenia, czy później uczenia się, było radykalną zmianą koncepcji. Do tej pory program studiów budowaliśmy na standardach kształcenia. Myśleliśmy o kształceniu w ten sposób, że jeśli stworzymy odpowiedni zakres programowy i przepuścimy przez taką maszynkę studenta, to on automatycznie nabierze pewnych umiejętności. W tej chwili myślimy najpierw o tym, czego chcemy nauczyć, jakie kompetencje ma posiadać absolwent, a potem jak do tego doprowadzić. Zmieniła się perspektywa widzenia. Ważne jest nie tyle to, czy zrealizowaliśmy program, tylko czy studenci osiągnęli określone kompetencje. Ocena pracy także przewraca się do góry nogami. Nie tyle oceniamy studentów, czy nauczyli się, czy nie, ile oceniamy siebie, czy stworzyliśmy im takie warunki, że oni osiągnęli zakładane efekty. Mnie się to podoba, bo można wtedy nie tylko świadomie zaprojektować program studiów, ale też dobrze dokonywać ewaluacji tego programu i widzieć, czy nie popełniliśmy błędów w jego konstrukcji i realizacji.

Jaka jest specyfika wizytacji przeprowadzanych przez PKA w okresie pandemii?

Nowa koncepcja zakłada możliwość prowadzenia wizytacji on-line. Nie przyjeżdżamy więc do uczelni, wszystko odbywa się zdalnie.

A jak pan ocenia możliwość rzetelnej weryfikacji jakości kształcenia przy zastosowaniu takiej metody?

Myślę, że na poważną ocenę przyjdzie jeszcze czas. Obecnie zbieramy informacje i doświadczenia. Nietrudno sobie wyobrazić, że w obszarze sztuki mamy dwie nogi na hamulcu tej zmiany. Z przymrużeniem oka. Musimy wejść do pracowni, poczuć jej atmosferę, to dla nas ważny element poznania. Muzycy mówią: musimy być na uczelni, słyszeć, co tam się dzieje. W sztukach filmowych i teatralnych mówią: musimy zobaczyć i poczuć ekspresję słowa, gestu. To prawda. To, co jest istotą kształcenia w dziedzinie sztuki, pozostaje nieuchwytne. Z jednej strony milcząco przyjęliśmy koncepcję, że całą wiedzę daje się zwerbalizować. Systemy zdalne są świetne do weryfikowania zwerbalizowanej wiedzy, ale w dziedzinie sztuki znaczna część wiedzy jest niezwerbalizowana. To się różnie w różnych językach nazywa: wiedza ukryta, wiedza milcząca. Pomiędzy osobami biorącymi udział w procesie kształcenia w zakresie sztuki wytwarza się szczególna więź i w to faktycznie trzeba się zanurzyć – wejść do pracowni, chwilkę tam postać. Obecnie także się widzimy, tyle że na ekranie.

Kolejna sprawa dotyczy infrastruktury, w której odbywa się proces kształcenia. Dobrze jest wejść, dotknąć, sprawdzić. Obecnie dysponujemy materiałem filmowym – zespół pracowników z kamerą wędruje przez uczelnię, rozmawiamy z nimi, prosimy, aby się odwrócili, coś nam pokazali. Daje nam to złudzenie uczestnictwa. Największy problem mamy z wizytacją zajęć prowadzonych metodą zdalną. Sami także jesteśmy nauczycielami akademickimi i borykamy się z podobnymi problemami. Myślę, że dopiero po pewnym czasie będziemy mogli zobaczyć, jakie są efekty uczenia się w tych warunkach i co się tak naprawdę wydarzyło. Część moich kolegów jest zadowolona ze zdalnego sposobu przeprowadzania wizytacji, bo jest spokojniejszy, mniej stresujący obie strony, i tę wizytującą, i tę wizytowaną. Proszę sobie wyobrazić, że jest pani szefem wydziału i nagle wchodzi pięć czy sześć osób bardzo poważnie ubranych… Ja zawsze jestem skrępowany, gdy wchodzę na uczelnię, czuję się jak intruz. A tu, jeśli sytuacja jest zbyt napięta, to ktoś naciska przycisk i mówi: „przepraszam połączenie się przerwało” (śmiech). Na początku wszyscy byliśmy zestresowani, głównie obawialiśmy się technicznych problemów z wykorzystaniem nowych dla nas platform zdalnej pracy. Podsumowując, wydaje mi się, że zdalne wizytacje mają bardziej roboczy charakter, są mniej „nadęte”.

Jest to jednak sytuacja wymuszona pandemią. Załóżmy scenariusz odwrotu pandemii, czy wolałby pan wrócić do wcześniejszego sposobu przeprowadzania wizytacji?

To oczywiście nie zależy ode mnie, ale myślę, że wszystkie sprawy zawiązane z pracą z dokumentami prawdopodobnie zostawiłbym w postaci zdalnej. Tak jest wygodniej i mniej stresująco. Uczelnia ma wówczas więcej czasu na właściwe przygotowanie dokumentów. Spodobała mi się praca w przestrzeni wspólnej, gdzie na serwerze pojawiają się dokumenty z uczelni, eksperci mogą pracować nad nimi i jednocześnie współpracować ze sobą. To bardzo usprawnia pracę i ją porządkuje. Z drugiej strony chciałbym móc stanąć na schodach wejściowych uczelni i rozejrzeć się dookoła. Bardzo lubiłem w czasie wizytacji spacerować korytarzami. Czasami widziałem, że coś się dzieje, studenci pracują, siedzą na podłodze z laptopami. Innym razem, że jest pustka. Pytam, czy dziś nie ma zajęć? Są, ale studenci tylko wchodzą i wychodzą. Oczywiście nie ma takiego kryterium czy punktu „opisz atmosferę uczelni”, ale ona często coś istotnego wyraża. Tak więc opowiedziałbym się za hybrydowym modelem wizytacji. Zaznaczam, że to moja prywatna opinia, nie wiem, na ile zgodna z tym, co myślą inni eksperci.

Jak można ustrzec się przed negatywną oceną wizytowanego kierunku?

Ważne jest zbudowanie sprawnie i skutecznie działającego systemu zapewnienia jakości kształcenia, a szczególnie – monitorowania programu studiów i jego realizacji przez osoby z odpowiednimi kompetencjami, które potrafią szybko reagować na wszelkie nieprawidłowości w tym zakresie oraz na zmiany uwarunkowań prawnych. Przez dwie kadencje pracowałem jako prorektor w Akademii Sztuk Pięknych i między innymi na mnie spoczywały obowiązki związane z jakością kształcenia. Mam więc świadomość, że nie wystarczy bieżący ogląd, potrzebny jest także mechanizm sumowania doświadczeń i wytyczania drogi do osiągnięcia zakładanej jakości.

Spróbuję opisać proces wystawiania oceny programowej. Oczywiście nie będzie to wykładnia PKA, tylko moja opowieść. Wizytacja to nie kontrola czy nawet audyt. Zespół uczelniany zajmujący się danym kierunkiem przygotowuje raport samooceny, dokładnie według tych samych kryteriów, według których oceniany jest kierunek. Po sformułowaniu raportu zespół ekspertów analizuje ten dokument, formułuje pytania, wątpliwości i pojawia się na uczelni. W trakcie wizytacji prowadzone są rozmowy z różnymi grupami społeczności akademickiej i interesariuszami zewnętrznym. Równocześnie zespół oceniający próbuje zbudować sobie własny obraz tego, jak funkcjonuje kierunek, prowadzi wieloaspektowe analizy oceny spełnienia dziesięciu zdefiniowanych kryteriów oceny programowej. Po wizytacji zespół formułuje raport, który podlega recenzji wewnętrznej, głównie w aspekcie jego wewnętrznej spójności. Raport zawiera propozycję oceny. Każde kryterium jest osobno opisane, wymienione są przesłanki, które stanowią podstawę do uznania kryterium za spełnione, częściowo spełnione lub niespełnione. W przypadku kryterium spełnionego częściowo formułowane są zalecenia. Jest to podpowiedź ze strony ekspertów, a ponieważ trzon zespołu wizytującego stanowią nauczyciele akademiccy, natychmiast włącza się im tryb belfra: jak można doradzić, co zrobić, aby poprawić sytuację. Raport przekazywany jest uczelni, która w odpowiedzi przygotowuje swoje stanowisko, opisując między innymi podjęte działania. Te dwa dokumenty trafiają na obrady zespołu działającego w ramach dziedziny nauki, sztuki lub zespołu do spraw kształcenia nauczycieli – w naszym przypadku zespołu sztuki. Zespół Na podstawie tych dokumentów i relacji przewodniczącego zespołu oceniającego przygotowuje opinię, która jest podstawą decyzji Prezydium PKA. Jak widać, od chwili napisania raportu samooceny do podjęcia uchwały w sprawie oceny programowej przez Prezydium PKA jest długa droga.

Rozmawiała Krystyna Matuszewska

Wróć