logo
FA 3/2021 na pograniczach nauki

Tomasz Witkowski

Nauka kultu cargo

Rys. Sławomir Makal

Początek lat trzydziestych ubiegłego wieku przyniósł mieszkańcom gór Nowej Gwinei strach i przerażenie. Oto na niebie pojawiły się ogromnej wielkości ptaki wydające z siebie przerażający ryk. Tubylcy, widząc nadlatującego ptaka, z trwogą padali na ziemię, zakrywając twarze i modląc się o litość.

Ten fenomen pojawił się tak niespodziewanie i był tak krańcowo różny od wszystkiego, co znali z dotychczasowego życia, a nawet z legend i podań, że szybko doszli do wniosku, iż mają do czynienia z rozgniewanymi duchami przodków. Z upływem czasu przybywało „ptaków niebios”, bo tak je właśnie nazwano. Tubylcy coraz częściej mieli możliwość zaobserwowania, jak „ptaki niebios” siadają na ziemi. Wówczas widzieli, że z gigantycznego „brzucha” wychodzą biali ludzie, wyładowują narzędzia, broń, skrzynie z żywnością i inne dobra użytkowe. Obserwowali te wydarzenia z przerażeniem i w głębokim milczeniu. Po głowach kołatały im się setki pytań. Skąd przychodzą ci ludzie? Dlaczego mają widoczne tylko twarze i dłonie? Czy biali są dlatego, że przyszli z nieba, gdzie byli bliżej słońca? Czy mają specjalną moc nadprzyrodzoną? Czy są duchami przodków?

Pustka stworzona przez te pytania nie mogła pozostać niewypełniona, a niepokój zaczęła zastępować pewność. Wkrótce „ptaki niebios” wysłane przez duchy przodków również im, wyspiarzom, przyniosą podobne dobra zapakowane w skrzynie z napisem cargo. Obserwując krzątaninę białych ludzi, która w żaden sposób nie przypominała jakiejkolwiek znanej im pracy, doszli do wniosku, że mają do czynienia z obrzędami religijnymi, których celem było sprowadzenie na ziemię „ptaków niebios”. Zaczęli z religijną gorliwością naśladować czynności wykonywane przez białych ludzi. Konstruowali z drewna i trzciny atrapy samolotów naturalnej wielkości i składali im ofiary. W nocy rozpalali ogniska imitujące światła lotnisk po to, aby „ptaki” wiedziały, gdzie wylądować, a kiedy nad głowami pojawiał się samolot, padali na ziemię w oddaniu i oczekiwaniu na cargo.

Opisany kult ptaka niebios rozwinął się na Nowej Gwinei wśród plemion górskich na początku lat trzydziestych ubiegłego wieku, kiedy to administracja cywilna rozpoczęła systematyczną lotniczą penetrację interioru wyspy. Nie był to odosobniony przypadek. Podobne kulty nazwane wspólną nazwą cargo rozwinęły się na osiemdziesięciu wyspach Pacyfiku.

W 1974 roku, podczas uroczystości rozdania dyplomów w California Institute of Technology, Richard Feynman, znany fizyk i laureat nagrody Nobla, wygłosił przemówienie zatytułowane Nauka kultu cargo. Kilka uwag na temat nauki, pseudonauki i tego jak nie oszukiwać siebie samego. Dokonał w nim znamiennego porównania, które na stałe zagościło w świadomości ludzi nauki: „Wydaje mi się, że studia psychologiczne i pedagogiczne, o których wspomniałem, są przykładem czegoś, co chciałbym nazwać nauką kultu cargo. Na Morzach Południowych istnieje kult cargo. Podczas wojny miejscowa ludność widziała, jak lądują samoloty wyładowane mnóstwem wspaniałych rzeczy i chciałaby, żeby teraz też tak było. Zrobili więc coś, co wygląda jak pasy startowe, rozmieścili ogniska wzdłuż tych pasów, wybudowali drewnianą chatę dla człowieka, który siedzi tam z dwoma kawałkami drewna imitującymi słuchawki i pędami bambusa sterczącymi jak antena (jest kontrolerem lotu) i czekają na lądowanie samolotów. Wszystko robią tak, jak trzeba. Forma jest doskonała. Wszystko wygląda dokładnie tak, jak kiedyś. No, ale nie działa. Żadne samoloty nie lądują. Takie właśnie rzeczy nazwałem »nauką kultu cargo«, ponieważ postępują oni zgodnie z przyjętymi zasadami i formami badań naukowych, ale brakuje w tym zasadniczej rzeczy, bo samoloty nie lądują”.

Znany fizyk nie poprzestał na tym porównaniu. Podawał przykłady z obszaru uzdrawiania, psychoterapii, parapsychologii, opisywał również swoje doświadczenia z komorami deprywacyjnymi. Wypowiadał się na temat szkolnictwa i przestępczości. Jego zdaniem wysiłki przedstawicieli nauk społecznych w żaden sposób nie przekładają się na uzyskiwane przez nich efekty, a problemy, którymi się zajmują, na przekór ich staraniom się pogłębiają.

Analogia Feynmana w świetle liczb

Przyglądając się liczbom, trudno odmówić Feynmanowi racji. Rzeczywiście liczba zbrodni w Stanach Zjednoczonych – morderstw, gwałtów, napadów z bronią w ręku – w przeliczeniu na jednego mieszkańca wzrosła w czasach Feynmana o ponad 300% od roku 1960 do 1986. Można sobie wyobrazić, jak wiele prac badawczych nad przestępczością, resocjalizacją i podobnymi zagadnieniami przeprowadzono w tym czasie, jak wiele artykułów opublikowano, jak wiele osób zrobiło karierę uniwersytecką, badając te problemy.

Podobnie smutne były statystyki dotyczące samobójstw wśród nastolatków amerykańskich. Pomiędzy 1950 i 1980 rokiem liczba samobójstw popełnianych przez nastolatków wzrosła o 300%, zwłaszcza wśród białych młodocianych z bogatszych grup społecznych. W roku 1985 zanotowano ogółem 29 253 samobójstwa, z czego 1339 to biali chłopcy w wieku 15–19 lat. W tym czasie, według bazy EBSCO, opublikowano 1597 recenzowanych naukowo artykułów, których tematem było samobójstwo. Ogromna energia badawcza zestawiona z tragiczną statystyką zdaje się potwierdzać przekonanie Feynmana o charakterze nauk społecznych.

Równie ponuro wyglądała kwestia chorób psychicznych. Na przykład w 1955 roku w Stanach Zjednoczonych zanotowano 1,7 mln przypadków hospitalizacji pacjentów psychiatrycznych, w roku 1975 liczba ta wyniosła 6,4 mln. To niemal czterokrotny wzrost. W tym czasie tysiące psychologów klinicznych pracowały nad doskonaleniem metod terapii, nad profilaktyką zachorowań i innymi zagadnieniami, które powinny znaleźć odzwierciedlenie w liczbach.

Wzrost statystyk nie został zatrzymany do dzisiaj. Współczesne dane są równie szokujące, a wielu autorów interpretuje je jako dowód na to, iż nie tylko w Ameryce panuje pandemia chorób psychicznych. Tylko w latach 1987–2007 liczba osób cierpiących na zaburzenia psychiczne, leczonych na koszt państwa w ramach zasiłków, wzrosła ponad dwukrotnie. W 1987 roku psychiatrycznie leczył się jeden na 184 Amerykanów, w roku 2007 już jeden na 76. W tym samym czasie liczba zachorowań wśród dzieci wzrosła aż 35-krotnie. Choroby psychiczne stanowią obecnie w Stanach Zjednoczonych najważniejszą przyczynę niepełnosprawności u dzieci, daleko wyprzedzając upośledzenia fizyczne, takie jak mózgowe porażenie dziecięce czy zespół Downa.

Badania przeprowadzone przez Narodowy Instytut Zdrowia Psychicznego (NIMH) w latach 2001–2003 przyniosły jeszcze bardziej zdumiewające rezultaty: 46% dorosłych Amerykanów spełnia lub spełniało w przeszłości kryteria ustanowione przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne (APA) dla co najmniej jednej z czterech głównych kategorii dolegliwości psychicznych. Większość badanych spełniała kryteria więcej niż jednej kategorii schorzeń.

Zgodnie ze spostrzeżeniami Feynmana spadał także poziom edukacji. Na przykład przeciętny wynik testów matematycznych wśród uczniów kończących szkołę średnią w roku 1967 wynosił 466 punktów, a w 1984 spadł do 426. Podobne wyniki zanotowano w testach umiejętności werbalnych. Takie ponure wyliczenia można by długo kontynuować. Niestety nie są to wyłącznie wyliczanki aktualne za oceanem w czasach, kiedy żył Feynman. Dotyczą one również naszych czasów i naszej rzeczywistości.

Rytuały cargo przeciwko śmierci

Ogrom wkładanego wysiłku kontrastuje z brakiem rezultatów szczególnie wyraźnie w obszarze zapobiegania samobójstwom. Pokazała to opublikowana w grudniu 2020 roku obszerna metaanaliza obejmująca pięćdziesiąt lat badań nad skutecznością różnych form interwencji mających na celu zapobieganie samobójstwom i samookaleczeniom. Zespół badaczy pod kierownictwem Kathryn Fox z University of Denver i Xieyininga Huanga z Florida State University przeanalizował 1125 najbardziej poprawnych metodologicznie badań, jakie przeprowadzono w ostatnim półwieczu. W badaniach uwzględniono między innymi interwencję kryzysową, psychoterapię psychodynamiczną, wsparcie rówieśnicze, opiekę w ramach społeczności, farmakoterapię, hospitalizację, metody kontroli zewnętrznej, podejścia behawioralne i poznawcze, psychoterapię dialektyczno-behawioralną i inne eklektyczne metody psychoterapeutyczne. Wnioski płynące z tej metaanalizy są przygnębiające. Skuteczność wszystkich badanych metod jest bardzo mała, ich efekty nie utrzymują się w dłuższym czasie po przeprowadzonej interwencji i nie ma istotnych różnic pomiędzy różnymi metodami. Najbardziej jednak uderzające jest odkrycie, że pomimo zwiększającej się w czasie liczby badań nad tymi metodami ich efektywność dzisiaj jest tak samo niska jak pięćdziesiąt lat temu. W różnorodności podejść nie odkryto również żadnych kluczowych czynników, które miałyby wpływ na skuteczność interwencji.

Wyniki te nabierają wyrazistości, jeśli zestawimy je ze stale rosnącymi wskaźnikami dotyczącymi samobójstw. Jak podaje WHO, od lat sześćdziesiątych XX wieku do 2012 roku, w czasie kiedy w żaden sposób nie ulepszono metod pomocy osobom próbującym targnąć się na swoje życie, wskaźnik liczby samobójstw w przeliczeniu na 100 tys. osób wzrósł o 60%. Dzisiaj około 1,5% ludzi umiera z własnej ręki. Samobójstwo jest jedną z najczęstszych przyczyn śmierci wśród ludzi młodych – w Polsce odpowiada za ok. 20% wszystkich zgonów wśród nastolatków. Na każde skuteczne samobójstwo przypada od 10 do 40 nieudanych prób. W samych Stanach Zjednoczonych koszty samobójstw szacuje się na 94 miliardów dolarów rocznie. Dodatkowo około 5,5% wszystkich dorosłych dokonuje systematycznie okaleczeń, a w okresie dorastania liczba ta sięga 17,2%. Czyżby ogrom wysiłku włożonego w pół wieku badań i doskonalenia metod pomocy potencjalnym samobójcom nie różnił się niczym od krzątaniny wyznawców kultu cargo, którzy nie potrafią sprowadzić samolotów na swoje pasy startowe?

Wiele na to wskazuje, szczególnie jeśli porównamy skuteczność ich oddziaływań z tak prostymi sposobami zapobiegania samobójstwom, jak różnego rodzaju restrykcje. W skali globalnej około jedna trzecia wszystkich samobójców do rozstania się z życiem wykorzystuje trujące pestycydy. Kiedy ONZ zaczęła wywierać presję na ograniczenie dostępności tych środków, podporządkowała się jej m.in. Sri Lanka, która w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych miała jedne z najwyższych wskaźników samobójstw na świecie. Wysiłki rządu tego kraju ograniczające dostęp do tych produktów doprowadziły do spadku ogólnej liczby samobójstw o 70%. Podobny regres nastąpił w Bangladeszu po wprowadzeniu regulacji ograniczających dostęp do trujących pestycydów, a zakaz sprzedaży środka chwastobójczego wykorzystywanego często w Korei Południowej jako trucizna spowodował natychmiastową redukcję liczby tego rodzaju samobójstw i przyczynił się do obniżenia ogólnej ich liczby. Podobne wysiłki podejmuje się w Chinach i Nepalu, i wszędzie obserwuje się wyraźne efekty. Oczywiście nie da się w tych wszystkich wypadkach wykluczyć innych czynników mających wpływ na liczbę samobójstw, ale tak wyraźne efekty, jakie zaobserwowano w związku z wprowadzeniem ograniczeń, przemawiają na ich korzyść.

Restrykcje dostępu do broni palnej, trujących leków i innych środków wykorzystywanych przez samobójców również wpływają na redukcję wskaźników samobójstw. Podobnie sprzyja tej tendencji ograniczenie dostępu do środków odurzających, w tym alkoholu. Nawet tak proste metody jak montowanie barierek na mostach i peronach metra czy kolei mają wpływ na liczbę samobójstw. Analiza przypadków targnięcia się na własne życie w szpitalach pokazała, że ich liczbę da się z łatwością ograniczyć, utrudniając dostęp do miejsc, z których można skoczyć z dużej wysokości lub gdzie można się powiesić. I chociaż zdeterminowany samobójca zawsze może znaleźć jakiś substytut, to jednak okazuje się, że utrudnianie mu tego zamiaru jest chyba najskuteczniejszą znaną dzisiaj metodą radzenia sobie z samobójstwami.

Przedstawiona metaanaliza efektywności metod zapobiegania samobójstwom i samookaleczeniom nie jest jedyną, która pokazuje bezsilność przedstawicieli nauk społecznych w stosunku do tego problemu. Odpowiedzi na pytanie o to, czy psychologia potrafi identyfikować czynniki ryzyka, które mogą pchnąć człowieka do śmierci z własnej ręki, udzielił kilka lat temu Joseph C. Franklin z Uniwersytetu Harvarda wraz ze swoim zespołem badawczym, i jest ona raczej gorzka: „Nasza analiza wykazała, że nauka potrafi przewidzieć przyszłe myśli i zachowania samobójcze najwyżej tak, jakbyśmy zgadywali w przypadkowy sposób. Innymi słowy, ekspert zajmujący się samobójstwami po przeprowadzeniu pogłębionej analizy czynników ryzyka mógłby przewidzieć wystąpienie u pacjenta przyszłych myśli i zachowań samobójczych z taką samą dokładnością, jak ktoś bez jakiejkolwiek wiedzy o pacjencie na podstawie rzutu monetą. To niezwykle upokarzające – po dziesiątkach lat badań nauka nie dokonała żadnego postępu w przewidywaniu aktów samobójstw” – stwierdził Franklin, komentując wyniki, które opublikowali w „Psychological Bulletin” pod koniec 2016 roku w postaci metaanalizy 365 badań przeprowadzonych na przestrzeni ostatniego półwiecza.

Ponownie zatem należałoby zadać pytanie, czemu, poza rozwojem własnej kariery, służą tysiące opublikowanych badań i czym różnią się od działań wyznawców kultu cargo zmierzających do sprowadzenia na ziemię samolotów?

Kiedy pojawia się straż pożarna, płomienie stają się większe

Liczby ilustrujące pogłębianie się problemów, którymi zajmują się nauki społeczne, warto zestawić ze statystykami przyrostu liczby zajmujących się nimi specjalistów. Pobieżne obliczenia wskaźnika przyrostu psychologów we Wrocławiu pomiędzy czasem, kiedy ja kończyłem studia, a obecną sytuacją, uświadomiły mi, że gdyby to tempo zostało utrzymane, już za pięćdziesiąt lat byłoby w tym mieście ponad dwa miliony psychologów, co trzykrotnie przekroczyłoby liczbę obecnych mieszkańców! Na podstawie podobnych obliczeń dość szybko można dojść do przekonania, które wygłosił inny krytyk nauk społecznych, Stanislav Andreski, w swojej książce Czarnoksięstwo w naukach społecznych: „Gdyby liczba psychologów i socjologów rosła nadal w takim tempie, jak na przestrzeni ostatnich lat, w ciągu kilku następnych stuleci przewyższyłaby zaludnienie ziemi”.

Oczywiście moje obliczenia nie uwzględniają wielu czynników, takich jak chociażby wymieranie części populacji psychologów itp., dlatego też mogą być traktowane wyłącznie anegdotycznie, jako ilustracja tezy Andreskiego. O tym jednak, że coś jest na rzeczy, świadczyć już mogą bardziej precyzyjne dane. Na przykład Instytut Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego w ciągu zaledwie pięciu lat rok po roku zwiększał swoją wydajność w zakresie kształcenia dyplomowanych psychologów i niemal ją podwoił. O ile w roku 2005 mury instytutu opuściło 119 dyplomowanych psychologów, o tyle w roku 2009 było ich już 226.

Podobne wnioski przynosi również analiza przyrostu liczby absolwentów nauk społecznych w Polsce. Według Małego rocznika statystycznego w 1998 roku zaledwie 0,04% Polaków stanowili absolwenci kierunków określanych jako nauki społeczne. W 2007 roku było ich już 0,16%. W tej liczbie znaczący udział miała psychologia. W tym samym czasie, kiedy liczba absolwentów nauk społecznych, wśród których jest wielu specjalistów od ochrony zdrowia psychicznego, zwiększyła się czterokrotnie, liczba pacjentów poradni zdrowia psychicznego w Polsce się podwoiła.

W USA liczba osób zatrudnionych na stanowisku psychologa rośnie w tempie ok. 3% rocznie. Liczba psychologów w Szwecji wzrosła w okresie od 2013 do 2019 roku o około trzy tysiące. O ile w 2013 roku było ich około 12,3 tys., to w 2019 roku liczba ta osiągnęła prawie 15,5 tys. Podobnie rzecz ma się w Wielkiej Brytanii. Podczas gdy w 2011 roku zatrudnionych było tam około 25,4 tys. psychologów, to w 2020 było ich już 32,3 tys.

Zestawienie rosnących jednocześnie liczb wykształconych profesjonalistów i ludzi z problemami, którymi ci specjaliści się zajmują, skłania do tego, aby poważnie się zastanowić nad inną sugestią Andreskiego: „Jeśli widzimy, że za każdym razem, kiedy pojawia się straż pożarna, płomienie stają się większe, mamy podstawy, by się zastanawiać, czego używają do gaszenia pożaru i czy przypadkiem nie dolewają oliwy do ognia”.

Co na to przedstawiciele nauk społecznych?

Oczywiście istnieje szereg interpretacji takiego stanu rzeczy, których zadaniem jest obrona nauk społecznych. Jedną z częściej powtarzanych jest ta, która mówi, że to być może wzrost dostępności opieki w zakresie zdrowia psychicznego i innych podobnych usług profesjonalnych ujawnił rzeczywiste zapotrzebowanie na nie. Skala problemów dopiero dzisiaj została w pełni poznana. Być może. Ale to tylko hipoteza równoznaczna z tą, że to wzrost liczby psychologów i psychoterapeutów doprowadził do wykreowania sztucznego popytu na ich usługi.

Inny sposób obrony polega na stwierdzeniu, że przyczyny pogłębiania się problemów, którymi zajmują się nauki społeczne, znajdują się poza ich kontrolą, i gdyby nie one i wysiłki ich przedstawicieli, liczba osób z problemami psychicznymi i wskaźniki niekorzystnych zjawisk społecznych byłyby dużo wyższe niż to dzisiaj pokazują statystyki. To przemiany społeczne, kulturowe, działania polityczne kreują te problemy i gdyby nie poświęcenie i ofiarność przedstawicieli nauk społecznych, wskaźniki rosłyby nie o 300% w ciągu dekady, ale o 500%. Cóż, i ta hipoteza mogłaby okazać się trafna, gdybyśmy poznali sposób jej sprawdzenia.

Jeszcze inna linia obrony zarzuca perspektywie patrzenia na nauki społeczne poprzez analogię do kultu cargo nadmierne przywiązanie do aspektu stosowanego tych nauk. Zgodnie z nią badania podstawowe nie zawsze przynoszą widoczne rezultaty, a czasami mijają lata, zanim pewne odkrycia zostaną wdrożone. Zdaniem zwolenników tej interpretacji zarzuty Feynmana, Andreskiego i innych krytyków nauk społecznych są bardzo krótkowzroczne, bo sprowadzają działania naukowców wyłącznie do aspektu praktycznego. Trudno się nie zgodzić z zarzutem nadmiernego pragmatyzmu w odniesieniu do nauki. Wiele dziedzin pracuje nad zagadnieniami, które nie będą miały żadnego, niewielki lub bardzo odroczony w czasie wpływ na rzeczywistość, w której żyjemy. Prawdopodobnie filozofia, kosmologia, matematyka czy astronomia nie dostarczą w krótkim czasie odkryć prowadzących do radykalnych i szybkich zmian w naszym życiu. A jednak nauki różnią się pomiędzy sobą głębokością zanurzenia w rzeczywistości, której dotyczą. Trudno raczej wyobrazić sobie sytuację, w której inżynierowie pracujący nad udoskonaleniem konstrukcji mostów twierdzą, że prowadzą badania podstawowe i na efekty ich prac trzeba będzie długo jeszcze czekać, podczas gdy kolejne mosty coraz częściej się walą. Nauki społeczne, w tym psychologia, są bardzo blisko rzeczywistości, i nawet jeśli część ich przedstawicieli prowadzi badania podstawowe, to efekty powinny być prędzej czy później widoczne. Czy pół wieku badań i rozwoju, podczas którego niskie wskaźniki efektywności nawet nie drgnęły, to zbyt krótki czas na dokonanie ich oceny?

Którędy biegnie linia demarkacyjna?

Ostatnia dekada wstrząsnęła niektórymi naukami, a psychologią w szczególności. Nieprawidłowości – takie jak fałszowanie wyników badań na ogromną skalę, brak replikowalności wielu prowadzonych badań, wykorzystywanie bardzo słabych metod statystycznych w analizach, brak dostępu do surowych wyników badań – wskazują, że poszukiwana przez filozofów nauki linia demarkacyjna pomiędzy nauką i pseudonauką prawdopodobnie biegnie przez obszar, który często bezsprzecznie za naukę przywykliśmy uznawać. Być może za kryterium tej demarkacji, podobnie jak za kryterium skuteczności rytuałów cargo, powinniśmy uznać uzyskiwane efekty. I nie chodzi tutaj o efekty w postaci kolejnych publikacji, stopni naukowych, grantów badawczych i zaszczytów, bo przecież kapłani cargo, podobnie jak uczeni, są skuteczni w zdobywaniu uznania społecznego. Tymczasem oczekiwanie na realne efekty nauk społecznych do złudzenia przypomina sytuację bohaterki Holistycznej Agencji Detektywistycznej Dirka Gently’ego: „Czas płynął. Susan czekała. A im bardziej Susan czekała, tym bardziej dzwonek u drzwi nie dzwonił. Ani telefon”.

Dr Tomasz Witkowski, psycholog, pisarz, współzałożyciel Klubu Sceptyków Polskich

Wróć