logo
FA 3/2021 życie naukowe

Michał Gałędek

Należy zawsze sięgać do źródła

Fot. Stefan Ciechan

List nadesłany w odpowiedzi na artykuł Marka Wrońskiego „Jak zapełnić sloty” (FA 2/2021)

Szanowny Panie Profesorze,

Zwrócił Pan uwagę na istotne problemy, jakie mogą generować próby umiędzynarodowienia wyników polskich badań za granicą. Jako że do ich egzemplifikacji posłużyły Panu za przykład książki mojego autorstwa („monografia dr. hab. Michała Gałędka pt. National Tradition or Western Pattern? Concepts of the New Administrative System for the Congress Kingdom of Poland (1814-1815) jest tłumaczeniem habilitacji Koncepcje i projekty nowego ustroju administracji dla przyszłego Królestwa Polskiego”), chciałbym zabrać głos w dyskusji, do której Pan zaprosił Czytelników, najpierw naświetlając szerzej całą sprawę i przy okazji uzupełniając i korygując uproszczenia zawarte w Pana tekście.

Pragnę zacząć od tego, że jest dla mnie sprawą oczywistą, że publikacja naukowa w języku polskim i jej tłumaczenie na język angielski nie powinny być zgłaszane jako osobne osiągnięcia naukowe i nie powinny przynosić podwójnych punktów w ewaluacji jednostek naukowych. System ewaluacji jednostek naukowych powinien być zaopatrzony w narzędzie eliminujące podobne przypadki. W przypadku przywołanej książki mojego autorstwa zadbałem o to, żeby w wydaniu angielskim znalazła się stosowna, jednoznaczna adnotacja o tym, że wydanie to stanowi skróconą, a jednocześnie zmodyfikowaną wersję mojej dysertacji habilitacyjnej wydanej wcześniej w języku polskim. Podkreślam, że umieściłem taką adnotację, mimo że wydanie angielskie nieco różni się od wydania polskiego. Uważam bowiem, że – odnosząc się do pytania, „czy należy przyznawać punkty za książkę wydaną pierwotnie po polsku, czy za jej wersję anglojęzyczną?” – nawet znacząco zmodyfikowana publikacja tych samych wyników badań naukowych nie powinna być zgłaszana jako osobne osiągnięcie. Jednocześnie uważam, że wybór, które wydanie danej publikacji zostanie zgłoszone w ramach ewaluacji jednostek naukowych, należy do władz danej jednostki naukowej.

Takie zmiany wynikały ze specyfiki prowadzonych przeze mnie badań opartych na bardzo szczegółowym materiale źródłowym. Jednym z podstawowych celów, który zamierzałem osiągnąć w publikacji przeznaczonej na rynek polski i adresowanej do polskiego czytelnika, była szczegółowa analiza nieznanych bądź niewykorzystywanych w polskich badaniach źródeł historycznych. Dlatego obszerna, czterdziestoarkuszowa książka polskojęzyczna to przede wszystkim bardzo drobiazgowa analiza skierowana do specjalistów z zakresu polskiej historii oraz historii państwa i prawa. Publikacje przeznaczone na rynek zagraniczny przygotowuje się inaczej. Z jednej strony stanowią ujęcie bardziej syntetyczne, z drugiej wymagają wzbogacenia o informacje ułatwiające czytelnikowi zagranicznemu odnalezienie się w problematyce z zakresu historii Polski. Co istotne, publikacja zagraniczna powinna się wpisywać w dyskurs naukowy i paradygmaty funkcjonujące za granicą, które często są odmienne aniżeli przyjęte w dyskursie naukowym w Polsce. Jednym słowem sukces książki naukowej dotyczącej tematów lokalnych uzależniony jest od zastosowania odpowiednich zabiegów dostosowawczych i to na kilku różnych polach. Mimo to – odnosząc się do pytań „Czy należy się za to kolejna porcja punktów? A jeśli nie, to czy należy przyznawać punkty za książkę wydaną pierwotnie po polsku, czy za jej wersję anglojęzyczną?” – uważam, że nawet znacząco zmodyfikowana publikacja nie powinna być powtórnie wyceniana. Natomiast fakt, że książka ukazuje się w renomowanym, zagranicznym wydawnictwie naukowym, które decyzję o publikacji podejmuje na podstawie opinii gremium naukowego lub recenzji wydawniczych, a nie – jak mogłoby wynikać z Pana tekstu – w oparciu o wniesienie określonej opłaty – sprawia, że taką książkę powinno się móc sparametryzować punktami wydawnictwa wyższego poziomu.

Po drugie, sprostowania wymaga informacja, iż książka anglojęzyczna mojego autorstwa została wydana ze środków budżetowych (wydziałowych). Koszt wydania publikacji w całości pokryło Wydawnictwo Brill Nijhoff. Niezależnie jednak od tego stoję na stanowisku, że skoro jednym z zasadniczych celów reformy szkolnictwa wyższego jest umiędzynarodowienie polskich badań naukowych, to na realizację tego celu może i powinien zostać ukierunkowany strumień środków publicznych.

Po trzecie, nie jest prawdą, że „na Wydziale Prawa UG wprowadzono […] mechanizm zdobywania punktów”. Z dostępnych mi informacji wynika, że książka mojego autorstwa będzie być może jedyną wydziałową monografią wydaną przez wydawnictwo II poziomu. Powstała zaś w warunkach, które wyżej wyjaśniłem. Przyczyn, dla których na WPiA UG nie istnieje rzekomy „mechanizm do zdobywania punktów”, jest pewnie kilka, ale w mojej ocenia zasadnicza sprowadza się do kwestii etycznych. Natomiast przyczyny dla których zjawisko umiędzynarodowienia polskich publikacji naukowych za granicą nie ma charakteru masowego, czy chociaż istniejącego w większej skali, są dość złożone, choć przede wszystkim wiążą się z niedostatkiem środków na ten cel w większości polskich uczelni, a zwłaszcza tych, które pozostają w dyspozycji władz wydziałowych.

W przypadku publikacji zgłaszanych do renomowanych wydawnictw i czasopism zagranicznych podstawowy problem polega na tym, że polski autor zwykle nie ma wystarczających kwalifikacji językowych, aby całkowicie samodzielnie przygotować publikację w języku obcym. Wiele wydawnictw i czasopism odgórnie zastrzega, iż przyjmuje tylko publikacje przygotowane (przetłumaczone bądź skorygowane) przez native speakera. W przypadku pozostałych, które tego nie zastrzegają, znacząco wzrasta ryzyko, że publikacja nie zostanie przyjęta ze względów językowych. Optymalnym rozwiązaniem jest więc złożenie publikacji przetłumaczonej bądź skorygowanej przez native speakera, nawet jeśli wydawnictwo bądź czasopismo tego nie wymaga. Należy więc pozyskać fundusze na ten cel. Problem polega jednak na tym, że pomimo tego złożona publikacja może zostać odrzucona zarówno już na pierwszym etapie przez radę redakcyjną, jak i na kolejnym – przez recenzentów. Zainwestowane środki, które w przypadku opracowań monograficznych będą stosunkowo wysokie, mogą więc nie przynieść spodziewanego efektu w postaci wysoko punktowanej publikacji. Ponadto wydawnictwa zagraniczne mogą – podobnie jak to czynią powszechnie wydawnictwa polskie – przerzucić całość bądź część kosztów wydawniczych na autora, a nawet obciążyć go dodatkową opłatą za przyjęcie książki do recenzji nawet bez gwarancji jej wydania. Polityka wydawnictw zagranicznych nie jest w tym względzie jednolita. Większą swobodą w tym względzie cieszą się rady redakcyjne niektórych serii wydawniczych.

Odnosząc te uwagi do przypadku publikacji książki anglojęzycznej mojego autorstwa, mimo zaproszenia nie podjąłbym się jej przygotowania, gdybym nie uzyskał dostatecznych środków na tłumaczenie. Udało mi się je pozyskać z grantów Narodowego Centrum Nauki, a więc nie ze środków wydziałowych, ale jednak budżetowych. We wnioskach projektowych zgłaszanych do NCN powszechną praktyką jest zabieganie o fundusze, czy to na tłumaczenia, czy też na korektę językową. Publikacje w czasopismach i wydawnictwach zagranicznych zwiększają szansę na uzyskanie wysokiej oceny za wykonanie projektu, więc zabieganie o środki na ten cel nie tylko jest dopuszczalne, ale ze wszech miar wskazane. W przypadku publikacji mojego autorstwa nie dysponowałem jednak środkami wystarczającymi na tłumaczenie przez native speakera. Zdecydowałem się więc podjąć ryzyko i skorzystałem tylko z usług polskiego tłumacza. W jednej z recenzji mojej książki zwrócono na to uwagę, zalecając, aby publikacja została jednak jeszcze sprawdzona przez native speakera. Nie było to warunkiem jej wydania, ale w sytuacji, w której miałem takie zapewnienie w pozytywnych recenzjach naukowych, rzeczywiście zwróciłem się z wnioskiem do dziekana mojego wydziału o pokrycie tego wydatku, uzyskując wsparcie w kwocie 1000 euro. Nie był to oczywiście koszt wydawniczy, a tym bardziej warunek transakcyjny, aby wydać książkę w prestiżowym wydawnictwie. Wsparcie to jednak podniosło jej jakość i zwiększyło szansę na pozytywny odbiór publikacji polskiego autora za granicą.

Po czwarte, błędna jest sugestia zawarta w artykule, jakoby przyczyną wydania książki anglojęzycznej były względy parametryzacyjne. Zaproszenie do publikowania wyników moich badań w języku angielskim otrzymałem z dwóch niezależnych zagranicznych źródeł. Najpierw w 2015 r. od członka Rady Redakcyjnej serii „Legal History Library”, prof. Remco van Rhee, w której ukazała się książka mojego autorstwa, a następnie w 2018 r. od prof. Ulrike Muessig, z którą współpracuję przy realizacji kierowanego przez nią międzynarodowego grantu naukowego ERC Advanced Grant (informację o tym można znaleźć we wstępie do książki, którą Pan przywołuje w tekście). Z tych też właśnie powodów nie musiałem zabiegać o wsparcie wydania książki ze środków budżetowych (wydziałowych). Nieprawdziwa jest zatem konstatacja zawarta w artykule: „Niewątpliwie sam fakt publikacji po angielsku w prestiżowym wydawnictwie międzynarodowym jest dużym wyróżnieniem i honorem dla autora. Jest to jednak honor kupiony za wydziałowe – czyli budżetowe – pieniądze UG”.

Po piąte, zwracam ponownie uwagę, że wydźwięk fragmentu Pana artykułu poświęconego „mechanizmowi zdobywania punktów” jest taki, że wysoko punktowane publikacje w prestiżowych wydawnictwach naukowych za granicą można sobie po prostu kupić w zasadzie niezależnie od ich jakości, sposobu ujęcia tematu, międzynarodowej rozpoznawalności czy osiągnięć ich autora, dokonując przekładu pierwszej lepszej pracy w języku polskim. Z moich doświadczeń wynika jednoznacznie, że tak nie jest. Natomiast ten szkodliwy stereotyp jest rozpowszechniony w środowisku humanistów. Znaczny odsetek tego środowiska nie ma niestety żadnych doświadczeń z publikowaniem w wydawnictwach elitarnych (albo ma negatywne doświadczenia wskutek tego, o czym pisałem powyżej), a to powoduje, że chętnie tego typu stereotyp jest podchwytywany w rozmowach i staje się obiegową opinią w kuluarach. Nie jest dobrze więc, jeżeli na łamach „Forum Akademickiego” zabiegi o umiędzynarodowienie polskich badań – śmiem twierdzić, że w moim przypadku udane – staramy się bez sprawdzenia wskazanego przykładu przedstawiać jako efekt transakcji kupna–sprzedaży podlanej jeszcze sosem punktów parametryzacyjnych.

Na zakończenie na marginesie tylko nadmienię, że w przypadku moich publikacji „sloty” będą zapewne zapełnione innymi publikacjami wysoko punktowanymi (100 punktów i wyżej za każdą). To spowoduje, że polskojęzyczna monografia habilitacyjna (efekt siedmioletniej żmudnej pracy) i tak raczej nie będzie liczyć się do dorobku parametryzowanego ze względu na zbyt małą liczbę punktów, chyba że uwzględniona zostanie jej zmodyfikowana, anglojęzyczna wersja bądź wydział podejmie decyzje, aby zgłosić tylko pierwotną wersję habilitacji polskojęzycznej za 100 punktów.

Problem, który Pan podniósł, jest wieloaspektowy i wymaga szczegółowego rozpatrzenia na różnych płaszczyznach. Szkoda, że tak niefortunnie dobrał Pan przykład, aby zegzemplifikować jeden z licznych nierozwiązanych problemów, jaki wiąże się z najbliższą parametryzacją (i parametryzacją w ogóle). Osobiście nie żywię urazy, ale chciałbym zwrócić uwagę na potrzebę nie tylko staranniejszego weryfikowania pozyskiwanych informacji, ale także i nieco szerszego badania wiarygodności oraz motywacji Pana informatorów. To jest szczególnie istotne przy realizacji tak trudnej i odpowiedzialnej misji, której się Pan podjął, ponieważ bardzo łatwo jest ją wykorzystywać do rozgrywek personalnych pod pretekstem walki o wyższą sprawę. Problem jest ważki i, abstrahując od okoliczności, cieszę się, iż został wywołany na tym forum. Uważam jednak, że przy pozyskiwaniu informacji należy zawsze próbować sięgać do źródła w celu weryfikacji prawdziwości głoszonych twierdzeń – skonsultować się z autorem publikacji, aby poznać dokumenty wskazujące na źródła jej finansowania oraz potencjalne mechanizmy wspierające tego typu przedsięwzięcia.

Z poważaniem, Michał Gałędek

Tytuł pochodzi od redakcji.

Wróć