Rozmowa z dr Karoliną Zioło-Pużuk, wiceministrą nauki

Dr Karolina Zioło-Pużuk (ur. 2 stycznia 1979 r.) jest absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie ukończyła studia z wiedzy o kulturze. Obroniła doktorat i przez kilka lat pracowała naukowo na University of Sheffield w Wielkiej Brytanii. Od 2014 r. związana z Uniwersytetem Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Jako prodziekan ds. studenckich i kształcenia ustawicznego na Wydziale Nauk Humanistycznych UKSW odpowiadała za organizację procesu dydaktycznego i współpracę z młodzieżą akademicką. Kierowała także Centrum Badań nad Dydaktyką Języka i Literatury oraz Szkołą Języka Polskiego i Kultury Polskiej na tym wydziale.
Od 2001 r. związana z administracją publiczną. Doświadczenie zdobywała w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Ministerstwie Kultury oraz Narodowym Banku Polskim, gdzie kierowała zespołem ds. społecznej odpowiedzialności organizacji. Od 2020 r. była zastępcą szefa Kancelarii Senatu, a od wielu lat angażuje się w działalność Centrum im. Ignacego Daszyńskiego. Jej specjalizacje obejmują PR, komunikację i zarządzanie w środowiskach wielokulturowych. Należy do British Association for Soviet, Slavonic and East European Studies (BASSEES) oraz Stowarzyszenia „Bristol” Polskich i Zagranicznych Nauczycieli Kultury Polskiej i Języka Polskiego jako Obcego.
17 stycznia 2025 r. została powołana na stanowisko sekretarza stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.
Jakie kroki podejmie ministerstwo, by ukrócić nieetyczne praktyki publikacyjne części polskich naukowców?
Dostrzegamy problem tzw. papierni, dostajemy też sygnały, zarówno z Polski, jak i z zagranicy, dotyczące takich praktyk. Chcemy działać dwutorowo. Po pierwsze, potrzebna jest współpraca w tym względzie z ministerstwami nauki w innych krajach i w ogóle ze światem nauki, bo to problem, który dotyczy nie tylko nas. Druga rzecz to etyka. Ona jest bardzo ważna, naukowcy powinni postępować zgodnie z jej zasadami, tym niemniej uważam, że część tych nagannych zachowań wymusza sam system. Więc, owszem, można wskazywać konkretne osoby, które dopuszczają się niegodnych naukowca zachowań, ale tak naprawdę to punktoza wygenerowała te patologie. Jeżeli stworzone zostały warunki, w których nie zawsze wygrywa się za działanie zgodne z etyką, to nie dziwmy się, że mamy to, co mamy. Dla wielu osób była to kwestia tego, czy stracą pracę, czy nie, czy utrzymają grant, czy nie. Dlatego wprowadzenie zmian w obecnym systemie oceny czasopism i ewaluacji jest niezbędne.
Co konkretnie?
Powstanie w ministerstwie Zespół do spraw zapobiegania nieetycznym praktykom publikacyjnym. Wyślemy wkrótce do niektórych instytucji naukowych prośbę, by wytypowały swoich przedstawicieli. Zespół będzie liczył około siedmiu osób. Zależy nam, by jego członkowie byli w stanie nie tylko wskazać luki w systemie, ale też podpowiedzieć – w kontekście przyszłej ewaluacji – gdzie zaszyć odpowiednie bezpieczniki, które pozwolą dosyć szybko rozpoznać negatywne zjawiska, na przykład „spółdzielnie” publikacyjne.
Ale to nie wszystko. Obecnie przecież, zgodnie z §25 rozporządzenia, Komisja Ewaluacji Nauki może w trakcie oceny nie uwzględnić osiągnięcia naukowego albo artystycznego, m.in. w sytuacji, gdy w systemie POL-on zostały nieprawidłowo wprowadzone informacje charakteryzujące to osiągnięcie. W tym zakresie pojawiła się propozycja weryfikacji istnienia osiągnięcia publikacyjnego poprzez sprawdzenie jego numeru DOI. Zwróciliśmy się do OPI-PIB, które przygotowuje system do oceny jakości działalności naukowej, o potwierdzenie, czy taka operacja będzie możliwa. Jeśli tak, po negatywnej weryfikacji istnienia numeru DOI, dane osiągnięcie będzie kierowane do oceny eksperckiej.
Wiem, że MNiSW zwróciło się do politechnik Gdańskiej i Śląskiej o wyjaśnienia w sprawach ewentualnego uczestnictwa ich badaczy w „papierniach”. Obie uczelnie biorą udział w programie IDUB, czy grożą im jakieś konsekwencje?
Rzeczywiście, skierowaliśmy zapytanie, czekamy na odpowiedź. Wówczas, w zależności od tego, jak odniosą się do tego uczelnie, będziemy podejmowali dalsze kroki.
Jaki los czeka listę czasopism? Odnosząc się do rozporządzenia, Komisja Ewaluacji Nauki pisze, że „skala krytyki wyklucza akceptację projektu”.
Do rozporządzenia, które w tej chwili jest procedowane, zgłoszono około siedemset uwag. W najbliższych tygodniach odniesiemy się do nich, prace są już na ukończeniu. Przeanalizujemy, które uwagi mogą zostać wprowadzone. Potrzebujemy również zespołu, o którym wspomniałam, żeby odpowiedział nam na wiele pytań dotyczących wspomnianych już nieprawidłowości publikacyjnych. Jeżeli dzisiaj nie zareagujemy, to za chwilę będziemy mieli kolejne kłopoty. Wszystkim nam zależy na tym, żeby nie było drapieżnych czasopism w wykazie. Teraz doszły jeszcze „papiernie”. Dlatego, jeżeli tekst zostanie zgłoszony redakcji jako nieetyczna publikacja, a w konsekwencji usunięty z czasopisma, to nie będzie uwzględniany w ewaluacji, już tej obecnej. Podobnie z czasopismem – jeśli jest drapieżne, to trzeba się zastanowić, czy opublikowane w nim artykuły powinny być zaliczone do osiągnięć danego badacza.
Z tego wynika, że ministerstwo przychyla się do rekomendacji Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, by periodyków drapieżnych oraz publikacji z „fabryk artykułów” nie uwzględniać w ewaluacji?
Kluczowe jest opracowanie mechanizmów ich identyfikowania, a nade wszystko zdefiniowanie. Oczywiście, nadal nie mamy jednoznacznej definicji drapieżnego czasopisma i „papierni”, i jeśli będziemy to robić „na czuja”, to niczym nie będzie się to różnić od działań osób, które właśnie tak arbitralnie podnosiły punktację. Tu widzę dużą rolę ekspertów. Mam nadzieję, że zespół powstanie jak najszybciej i uda się bez zwłoki zatamować te patologie. Odpowiadając jednoznacznie na pana pytanie: lista, która obowiązuje od początku 2024 roku, po zmianie dokonanej przez ministra Dariusza Wieczorka, będzie obowiązywać do końca tego roku.
Rektorzy uczelni medycznych postulują w ogóle odejście od bieżącej ewaluacji.
To nie wchodzi w rachubę. Chcę jasno powiedzieć, że ocena jakości działalności naukowej odbędzie się zgodnie z planem, a więc już za 11 miesięcy. Odstąpienie od ewaluacji jest niezgodne z ustawą, musielibyśmy ją zmienić, a nie ma już na to czasu. Osobiście uważam, że nawet przesunięcie jej o rok, co również wymaga ustawowej zmiany, niewiele zmienia, bo znajdziemy się w bardzo podobnym miejscu. Dlatego przeprowadzimy tę ewaluację zgodnie z obecnymi zasadami, które są znane, jednocześnie starając się zapobiegać patologicznym zjawiskom, o których przed chwilą rozmawialiśmy, oraz wprowadzając nieznaczne, punktowe zmiany będące odpowiedzią na propozycje środowiska naukowego. Jednak wolałabym nie mówić o szczegółach przed opublikowaniem projektu rozporządzenia, co stanie się w ciągu kilku tygodni. Wówczas będę zachęcać wszystkich zainteresowanych, całe środowisko, do zgłaszania uwag, które pozwolą tę ostatnią na starych zasadach ewaluację przejść i zakończyć. Poprawmy, co możemy, ale już bez znaczących zmian w ostatnim roku ewaluacji. Później, na szczęście, będzie czas na wprowadzenie większych zmian, które są oczekiwane.
Dobrze byłoby poznać zasady kolejnej ewaluacji przed rozpoczęciem okresu oceny.
Zgadzam się, dlatego na wiosnę zaczniemy prace nad nową ewaluacją, która będzie przede wszystkim jasna, zrozumiała, otwarta, wypracowana od początku w dialogu ze środowiskiem. Chciałabym, żeby udało się ten proces zamknąć do końca tego roku, a zatem na początku przyszłego reguły byłyby już znane i można byłoby wedle nich planować swoją aktywność w kolejnej czterolatce. Przy czym, to nie jest tak, że zaczynamy od zera. Wszystkie gremia przedstawicielskie, z którymi rozmawiamy, na bieżąco przedstawiały i przedstawiają nam swoje propozycje i uwagi, więc te sugerowane zmiany mamy zebrane. Potraktujemy je jako wkład na przyszłość, podstawę do rozmowy o przyszłej ewaluacji.
Wracając jeszcze do rektorów uczelni medycznych, skupionych w KRAUM, wskazują oni jasno wady systemu: „obecny algorytm preferuje jednostki małe w stosunku do dużych, łączy w jednej ocenie instytuty badawcze bez obowiązków dydaktycznych oraz jednocześnie kształcące studentów uniwersytety, przypisuje ponadto tę samą liczbę slotów pracownikom badawczym co badawczo-dydaktycznym”. A jakby tego było mało, przekonują, system jest wyjątkowo podatny na manipulacje.
Wiemy, że ten system jest niedoskonały, i to mówiąc bardzo delikatnie, i wymaga gruntownej zmiany. Odziedziczyliśmy go po ministrach Gowinie i Czarnku i konieczna jest jego radykalna zmiana. Ale, pamiętajmy, jesteśmy w ostatnim roku tej ewaluacji i na operację jest już za późno. Musimy ją przejść możliwie jak najmniej boleśnie i ministerstwo zrobi wszystko, by tak właśnie było. W rozporządzeniu ewaluacyjnym będą zmiany postulowane przez środowisko, ale nie rewolucyjne. Zresztą i KRASP, i Rada Doskonałości Naukowej, i KEN jednoznacznie opowiedziały się za tym, byśmy, jedynie po drobnych zmianach, przeprowadzili bieżącą ewaluację wedle obecnych założeń.
Czyli znaczących zmian można się spodziewać dopiero przy kolejnej ocenie?
Tak, jeżeli wychodzimy z założenia, że obecny system jest zły, to trzeba go gruntownie przebudować.
Skoro tak, to rozumiem, że zrealizowany zostanie jeden z postulatów środowiska popularyzatorskiego, by ten obszar aktywności również podlegał ocenie?
Jeszcze nie mogę jednoznacznie na to pytanie odpowiedzieć, bo wszystkie szczegóły ewaluacji, jak już wspomniałam, będą dyskutowane ze środowiskiem, ale osobiście bardzo bym chciała. W Hiszpanii, na przykład, popularyzacja jest bardzo ważnym elementem oceny. U nas musielibyśmy najpierw poważnie się zastanowić, czym tak naprawdę popularyzacja jest i jak powinna wyglądać. Na nasze zlecenie powstał w grudniu 2024 roku raport, z którego jasno wynika, że wciąż mamy za mało entuzjastów-popularyzatorów oraz projektów popularyzatorskich na dużą skalę.
Sami jako ministerstwo staramy się wychodzić z inicjatywą. Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie realizuje pod naszym patronatem program badawczy dotyczący nawyków żywieniowych wśród dzieci, jego wyniki prezentowane są w TVP Nauka. W programie eksperci pokazują również, jak w codziennym życiu wprowadzać zasady zdrowego żywienia w oparciu o najnowsze badania naukowe. Realizujemy również wspólne zadania z Centrum Nauki Kopernik. Zdajemy sobie sprawę, że jest tego mało, ale widać wyraźnie, że w ostatnim czasie nauka staje się już przedmiotem zainteresowania opinii publicznej, mówią o niej i premier, i minister finansów, jesteśmy na dobrej fali i zamierzamy to wykorzystać. Co mnie cieszy, na ostatniej konferencji na Giełdzie Papierów Wartościowych premier mówił też o wskaźniku szczęścia i że mamy być w tej kategorii w pierwszej dziesiątce. To realne, ale nie osiągniemy tak wysokiego poziomu bez inwestycji w nauki humanistyczne i społeczne. Bo tu nie chodzi tylko o dobrobyt ekonomiczny, konsumpcyjny, ale przede wszystkim o dobrostan.
Na bazie tego raportu powstanie jakaś kompleksowa strategia dotycząca popularyzacji i komunikacji?
Takie są plany. Wszystkie działania z tego obszaru nie były do tej pory ujęte w jedne ramy, chcemy więc je stworzyć i dołożyć do tego kwestie, których naszym zdaniem brakuje do skutecznego komunikowania. Będziemy, jednym słowem, próbowali to ogromne pole zagospodarować. Idea jest taka, by zintegrować wszystkie działania w zakresie popularyzacji nauki oraz samo środowisko popularyzatorów. Planujemy wraz z Centrum Nauki Kopernik stworzyć Akademię komunikacji naukowej dla osób, które chcą popularyzować naukę. Będzie tam szansa rozwinąć swoje umiejętności w komunikowaniu wyników badań. Naszym zamiarem jest, by co roku korzystało z tego kilkadziesiąt osób. Chcemy zachęcić badaczy, pokazać im narzędzia komunikowania się, przekazywania swojej wiedzy na zewnątrz. Współczesne technologie oferują w tej kwestii bardzo wiele skutecznych rozwiązań.
W niedawnej rozmowie z FA dr Bartosz Rydliński z bliskiego pani Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, ale też współzałożyciel Centrum Daszyńskiego, podkreślił, że bez poważnej rozmowy o wzroście budżetu na badania i rozwój w Polsce nie ruszymy do przodu. „Minister będzie mógł przecinać wstęgi, uśmiechać się, ale nic więcej” – powiedział dobitnie.
Po tym, co 10 lutego zadeklarował na GPW premier Donald Tusk, liczę, że pieniędzy na naukę będzie zdecydowanie więcej. Od jakiegoś czasu naukowcy dopominają się o 3% PKB, i słusznie, ale uważam, że już nawet osiągnięcie średniej unijnej, czyli 2,2% PKB, dałoby odczuwalny wzrost. Przy czym, na uczelniach pracują nie tylko badacze i nauczyciele akademiccy, więc myśląc o wzroście nakładów, trzeba pamiętać również o pozostałych grupach pracowników tego sektora.
Ten wzrost finansowania jest w ogóle realny?
Mam nadzieję, że tak. Nie ma dziedziny życia, która by nie czerpała z nauki i która by nie korzystała z tego, co wypracują naukowcy. Nauka jest bazą postępu. Musimy więc inwestować w badaczy, naukowców, ale też dydaktyków, bo jakość kształcenia idzie w parze z jakością nauki. Młodzi ludzie są nadal zainteresowani studiowaniem, chcą się kształcić, nauczanie na uczelniach musi być na wysokim poziomie.
A czy młodzi ludzie chcą pracować w nauce?
No nie. Widzimy w ostatnich latach bardzo duży spadek liczby doktorantów. W porównaniu z innymi krajami europejskimi, jesteśmy na szarym końcu.
Przyczyny są chyba znane.
Oczywiście, nie będę oryginalna, to pieniądze. Pomimo wprowadzenia powszechnego stypendium w szkołach doktorskich, jego wysokość jest niska, szczególnie przed oceną śródokresową. To jest kwestia, nad którą trzeba bardzo pilnie się pochylić. Nie lepiej pod względem finansowym jest na dalszych etapach kariery. Trudne warunki pracy, presja, duże wymagania, trudności z pogodzeniem zaangażowania w obowiązki zawodowe z życiem osobistym, brak czasu na badania i notoryczne zmiany w systemie. Mieliśmy w ostatnich latach wielkich reformatorów nauki, a ja chciałabym nie być reformatorem, tylko stworzyć przyjazne środowisko pracy, stymulujące do rozwijania pasji naukowej i dydaktycznej. Lubię zmiany, sama pracowałam w różnych miejscach, od dwudziestu lat jestem w nauce, ale ta niestabilność i mnie nieraz dopadała, dlatego potrafię sobie wyobrazić, jak mały komfort towarzyszy dziś pracy w akademii. Jesteśmy coraz bardziej obciążeni, mamy masę obowiązków, a przecież spoczywa na nas odpowiedzialność za przygotowanie młodych ludzi na nowe wyzwania. Zmęczeni, nie jesteśmy w stanie ich wystarczająco dobrze do tego przygotować.
Co dalej z ustawami Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce oraz o Polskiej Akademii Nauk?
Nowelizacja tej pierwszej została wycofana z prac legislacyjnych. Będziemy do niej wracać, ale musimy pomyśleć o metodyce pracy nad tą ustawą, jest wiele rzeczy, które musimy koniecznie zmienić. Choćby kwestie ewaluacji, które poruszyliśmy. Chcemy zaproponować środowisku rozmowę o poszczególnych obszarach. Mamy ekspertyzę przygotowaną przez Departament Nauki, która pokazuje z naszej, ministerialnej, perspektywy – ale też uwzględniającej przychodzące do nas sygnały od środowiska – które obszary wymagają pilnych zmian i w jakim zakresie. Zainicjujemy konsultacje i liczę na to, że bazą dla nich będą dotychczas już zgłaszane, a jeszcze nie „skonsumowane” pomysły, że po prostu nie będzie potrzeby zaczynać znów od zera. Strasznie dużo wysiłku środowiska poszło na to, by na różnych etapach poprawiać tę ustawę. Niech to już będzie bazą do dalszych etapów prac.
Jest szansa, że w tym roku dojdzie do nowelizacji?
W tym roku na pewno zaczniemy konsultacje, ale na razie koncentrujemy się na obecnej ewaluacji. Jak tylko rozpoczniemy rozmowy o nowej ocenie, to jednocześnie otworzymy rozdział „Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce”.
W takim razie może ustawa o PAN będzie szybciej?
Jestem już po rozmowie z prezesem Polskiej Akademii Nauk, trwają konsultacje nad ich projektem, czekam na efekt tego procesu. Nie chcę powiedzieć, że ta ustawa będzie szybciej, ale na pewno jest na dalszym etapie zaawansowania niż PSWiN. W każdym razie w przypadku obu zmieniliśmy podejście do procesu konsultacyjnego, otwieramy się jeszcze bardziej na środowisko.
Wielu komentatorów zmroziły propozycje odnośnie do nauki zawarte w „Raporcie o stanie państwa” sporządzonym przez Lewicę przed wyborami w 2023 roku. Była pani wśród jego autorów, zresztą obok m.in. ministra Marcina Kulaska. Napisaliście, że należy odejść od finansowania konkursowego, a granty miałyby być przyznawane jedynie na duże, międzynarodowe projekty. Zapytam wprost, czy planowane są jakieś zmiany w systemie grantowym?
Na razie o tym nie rozmawiamy. Trudno jednak nie dostrzec – sam zresztą NCN o tym mówi – że o granty stara się ledwie 1/3 polskich naukowców. Pozostali nie są zainteresowani udziałem w konkursach. To może oznaczać, że nie mają zaufania do tego systemu, brakuje im wiary w swoje możliwości oraz nie wierzą w otrzymanie grantu. Rozmawiamy w Międzynarodowy Dzień Kobiet i Dziewcząt w Nauce (wywiad przeprowadzono 11 lutego – dop. MK), a badania pokazują, że kobiety w ogóle dużo gorzej niż mężczyźni postrzegają swoje szanse na dostanie grantu, gorzej widzą swoje możliwości rozwoju w nauce. Wyobraźmy sobie system bez zatrudnionych w nim 43% naukowczyń. Trudno, prawda? W systemie konkurencyjnym porażki się zdarzają, choć nikt nie lubi ich ponosić, ale wszelkie jego defekty należy poprawiać. Dodam przy okazji, że w ministerstwie zostanie powołany specjalny zespół ds. sytuacji kobiet w nauce i szkolnictwie wyższym.
Pytam o te granty nie bez kozery. Kiedy w listopadzie przyznano Narodowemu Centrum Nauki dodatkowe obligacje o wartości pół miliarda zł, prof. Krzysztof Jóźwiak, dyrektor agencji, stwierdził, że „to zabezpieczenie finansowe, które pozwala na podjęcie strategicznej dyskusji o tym, jak mógłby w przyszłości wyglądać system grantowy”. Wasze – autorów „Raportu o stanie państwa” – pomysły idą w kierunku przeniesienia siły ciężkości na badania statutowe.
Chcę powiedzieć jasno: nie jest moim celem zmniejszanie roli NCN-u w całym systemie. Znaczenie takiej agencji jest niepodważalne. Ale jednocześnie widać jak na dłoni, że im mniej pieniędzy, tym współczynnik sukcesu w konkursach mniejszy. Nie jest więc sztuką przeniesienie siły ciężkości, np. na badania statutowe, lecz należy dążyć do sytuacji, w której po prostu będzie więcej pieniędzy na naukę. Ale zgadzam się z dyrektorem Jóźwiakiem w tym, że dyskusję należy rozpocząć. We wspomnianym raporcie Centrum Daszyńskiego wskazaliśmy kierunki, o których chcielibyśmy rozmawiać, obszary, które wymagają namysłu, dlatego że – tak jak w przypadku PWSiN, ustawy, która konstytuuje cały sektor, czy w przypadku PAN – nie ma sensu budować „domu”, w którym naukowcy nie chcą mieszkać. Zbudujmy zatem go tak, by nam odpowiadał.
Na osi Warszawa-Kraków?
Zależy nam na tym, żeby mniejsze ośrodki też były włączone do tego krwiobiegu, może nawet w większej skali niż obecnie, przecież też prowadzą ważne badania, tylko mają tam problem z przebiciem się. Różne są pomysły, jak temu przeciwdziałać. Na stole wciąż leży koncepcja ministra Wieczorka dotycząca federalizacji, nie zarzucamy jej, rozmawiajmy dalej. Chodzi o to, żeby zwiększać potencjał tych uczelni, nie włączając ich w większe struktury, ale federalizując z innymi podmiotami.
Kończąc wątek NCN-u, mamy dziś agencję, która zawiaduje europejskim programem kwantowym QuantERA, a jako jeden z nielicznych dużych krajów nie mamy krajowej strategii kwantowej. Co z nią?
Za opracowanie strategii kwantowej odpowiada Ministerstwo Cyfryzacji. Nasz resort będzie jednym z podmiotów aktywnie uczestniczących w pracach. W ministerstwie funkcjonował dotychczas nieformalny Zespół ds. kwantów, w skład którego wchodzili przedstawiciele wiodących jednostek naukowych (m.in. Cyfronet, PCSS). W najbliższych miesiącach nastąpi „sformalizowanie” prac i powołanie Zespołu doradczego przy MNiSW ds. kwantów.
Jednym z niezałatwionych od dawna problemów nauki jest prawo zamówień publicznych. To był jeden z głównych postulatów w naszej ubiegłorocznej akcji „Nauka do naprawy” (współorganizowanej wraz z PAN). Czy w tej kwestii coś się zmieni?
Mam pewien pomysł, co z tym zrobić, ale nie dotyczy on zmiany ustawy. Otóż chcę namówić Urząd Zamówień Publicznych, by przyjrzał się specyfice pracy naukowej pod tym kątem i byśmy wypracowali takie ścieżki, które będą z jednej strony zgodne z ustawą, a z drugiej nie będą jawiły się naukowcom jako droga przez mękę. Pamiętajmy, że to są środki publiczne i muszą być wydatkowane w nauce zgodnie z takimi zasadami, jak w innych sektorach, ale wierzę, że można tu znaleźć jakieś rozwiązanie. Będziemy wraz z UZP się nad tym zastanawiać.
Rada Szkolnictwa Wyższego i Nauki Związku Nauczycielstwa Polskiego postuluje ustawowe obniżenie pensum dydaktycznego o 60 godzin dla asystentów i adiunktów oraz 30 godzin dla profesorów. Jakie są na to szanse?
W ustawie wskazane są poziomy maksymalne, teoretycznie uczelnia może ustanowić swoje własne pensum, ale wiadomo, w rzeczywistości wszyscy mają najwyższe. Uważam, że warto rozpocząć dyskusję o obniżeniu pensum, ale zaznaczam, że to moja osobista opinia. Jeśli każda złotówka zainwestowana w naukę daje dodatkowe 4 zł, to pomyślmy, ile każda godzina wykładowcy jest warta jako wkład we własny rozwój, badania itp. Skoro zależy nam na dobrej jakości kształcenia, to należy zainicjować tę rozmowę. Oczywiście, będzie to obciążenie dla budżetu, dlatego pewnie jeszcze nie teraz, nie od razu uda się to wprowadzić, może też nie w takim wymiarze, ale pytania o wysokość pensum możemy zadawać. Byłabym nieuczciwa wobec siebie, gdybym jako członkini ZNP przestała wspierać ten pomysł.
Znalazła się pani w ciekawej sytuacji: pracuje pani w ścisłym kierownictwie ministerstwa i jednocześnie należy do związku zawodowego. Da się to pogodzić?
Tak, bez problemu i powiem więcej – całkiem poważnie podchodzę do swojej związkowej roli. Zapisałam się do związków w Wielkiej Brytanii, na Uniwersytecie w Sheffield, gdzie robiłam doktorat. To było ważne miejsce mojego rozwoju. Tam mi pokazano i zrozumiałam, że związki zawodowe są ogromną wartością. W Polsce lat dziewięćdziesiątych, w której się wychowywałam, związki znajdowały się na marginesie. Dopiero na Wyspach zobaczyłam ich prawdziwe znaczenie. Kiedy więc kilka tygodni temu przyszłam do ministerstwa, w pierwszej kolejności spotkałam się z szefem związków. Byłoby nie w porządku, gdybym związkowy postulat o obniżce pensum odrzuciła z urzędu. Podobnie jak wsparcie dla mniejszych uczelni, bo realnie widzę je jako centra rozwoju lokalnego, które napędzają dany region, kształcąc zgodnie z potrzebami tego miejsca.
Za kilka dni Dzień Nauki Polskiej, czego życzyłaby pani naszym naukowcom?
Chciałabym przyczynić się do tego, żeby ludzie pracujący w nauce, ale też dopiero zamierzający wejść na tę ścieżkę, poczuli na nowo sens tego, czym się zajmują. Zgłębianie ważnych tematów i dzielenie się wiedzą to podstawa pracy badawczej. Chciałabym, aby te zadania realizowane były w komfortowych warunkach.
Rozmawiał Mariusz Karwowski