logo
FA 2/2025 życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Akademickie klimaty

Akademickie klimaty 1

Rys. Sławomir Makal

W krajach, które metaforyści nazywali „bratnimi narodami ZSRR”, a realiści państwami satelickimi, klimaty akademickie były różne. W tych, których przywódcy za punkt honoru stawiali sobie wierne podążanie za „wielkim bratem”, nie tyle nawet tworzono zamknięte miasta, co zamknięte placówki badawcze dla uczonych ideowo niepewnych, a tych, którym gdzieś udało się znaleźć zatrudnienie, inwigilowano.

O tym, że klimat odgrywa istotną rolę w ludzkim życiu i współżyciu z innymi, raczej mało kogo trzeba przekonywać. Dyskusyjna może być natomiast kwestia tego, jakie kroki należałoby podjąć, aby możliwie najlepiej się do niego przystosować lub przynajmniej „nie odmrozić sobie uszu”. Rzecz jasna akademickie klimaty różnią się pod niejednym względem od naturalnych zjawisk atmosferycznych.

Zimne klimaty

Poglądy filozofa i prawnika Monteskiusza na wpływ klimatu na ludzką naturę i kulturę do dzisiaj budzą spore zainteresowanie, a niektóre z jego wskazań wydają się zachowywać coś z trafności. W pamięci potomnych zapisał się przede wszystkim dziełem pt. O duchu praw (znajdują się w nim idee prekursorskie dla nowoczesnego pojmowania prawa konstytucyjnego). Można wprawdzie poważnie polemizować z jego generalną tezą, że to Bóg ustanowił „niezmienne prawa przyrody”, jednak raczej trudne do zakwestionowania byłoby jego twierdzenie, że „człowiek gwałci je bez ustanku” oraz że prawa, które stanowią ludzie, są zależne nie tylko od nich samych, lecz także od ich naturalnego otoczenia, w tym od klimatu, w którym przyszło im żyć i współżyć z innymi. Generalnie wyróżnił trzy takie strefy klimatyczne: zimną, gorącą („skwarną”) i umiarkowaną. Ludy żyjące w pierwszej z nich mają się wyróżniać nie tylko odpornością na ból, ale także odwagą i „dufnością” w swojej siły. Natomiast żyjących w strefie gorącej ma cechować m.in. lękliwość. Najlepiej wypadają w tej klasyfikacji ludy żyjące w strefie umiarkowanej, bowiem nie tylko potrafią panować nad swoimi emocjami, ale także najlepiej korzystać ze swojego rozumu oraz z bogactw naturalnego środowiska. Wprawdzie w tej strefie Monteskiusz umieścił różne nacje, jednak najlepiej wypadają w jego opisie Francuzi. Potwierdzeniem ma być m.in. to, że mają najlepszych uczonych, prawników, artystów i oczywiście filozofów. Można to potraktować z przymrużeniem oka (w końcu autor tego dzieła miał prawo do patriotyzmu). Kłopot jedynie w tym, że jeszcze dzisiaj można spotkać Francuzów, którzy również tak myślą i mówią. Wartością „dodaną” jest jednak podział na trzy strefy klimatyczne oraz wskazane przez niego cechy niektórych ludów. Można jednak generalnie powiedzieć, że praktycznie wszystkie żyjące w różnym miejscu i czasie ludy miały okazję doświadczyć zmian klimatycznych oraz plusów i minusów każdej z tych stref.

W okresie zimnej wojny również akademickie klimaty bywały zimne, zwłaszcza w krajach, które uczestniczyły w wyścigu zbrojeń. Szczególnie surowe warunki uprawiania nauki występowały jednak w Związku Radzieckim. W okresie tzw. pierestrojki świat zachodni dowiedział się o istnieniu w tym kraju ośrodków badawczych, w których kadra naukowa była „skoszarowana” i całkowicie odizolowana od świata zewnętrznego. Takie nazwy jak Tomsk-7 niewiele mówiły również przeciętnemu obywatelowi tego kraju. Dopiero po wybuchu zbiornika reaktora jądrowego nazwa trafiła na szpalty gazet („Time” uznał ten wybuch za jedną z największych katastrof jądrowych). Okazało się, że chodzi o Siewiersk założony w 1949 r., leżący w obwodzie tomskim, miasto liczące obecnie nieco ponad 100 tys. mieszkańców. Do strefy zimnej ten ośrodek może być zaliczany nie tyle z uwagi na występujące tam niskie temperatury (nawet w zimie nie przekraczają one zwykle minus 25 stopni C.), co na swoiste uwięzienie w nim nie tylko personelu badawczego, ale także członków ich rodzin i personelu pomocniczego. Rzecz jasna ich los był lepszy niż tych uczonych, którzy w okresie stalinowskich czystek trafiali do znacznie zimniejszej części Syberii lub pod lufy NKWD. W krajach, które metaforyści nazywali „bratnimi narodami ZSRR”, a realiści państwami satelickimi, klimaty akademickie były różne. W tych, których przywódcy za punkt honoru stawiali sobie wierne podążanie za „wielkim bratem”, nie tyle nawet tworzono zamknięte miasta, co zamknięte placówki badawcze dla uczonych ideowo niepewnych, a tych, którym gdzieś udało się znaleźć zatrudnienie, inwigilowano. W naszym kraju nie przybrało to wprawdzie tak patologicznych form jak np. w NRD, to jednak niejeden z naszych uczonych spotykał się z chłodnym przyjęciem, „pukając do akademickich bram” i jeśli nawet nie został odesłany z kwitkiem, to trafił albo do jakiejś prowincjonalnej uczelni, albo do niemającej kontaktu dydaktycznego ze studiującą młodzieżą PAN. W całej Polsce wielkim chłodem powiało w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r., nie tyle nawet za oknem, co w tych środowiskach, które miały nadzieję na demokratyczne zmiany w życiu społecznym (należała do nich w zdecydowanej większości społeczność akademicka). Wprawdzie formalnie wprowadzony wówczas stan wojenny został zniesiony 22 lipca 1983 r., jednak na przełomowe ocieplenie trzeba było czekać do czerwca 1989 r.

Gorące klimaty

W okresie gorącej wojny, jaką była II wojna światowa, również akademickie klimaty bywały nieraz gorące. Dotyczy to wszystkich zaangażowanych w tym konflikcie państw. W III Rzeszy tworzono ośrodki badawcze, gdzie uczeni pracowali nad wynalezieniem Wunderwaffe (cudownej broni), którą można byłoby zadać rozstrzygający cios przeciwnikom. Dzisiaj wiadomo, że mieli mocno zaawansowane prace nad bronią jądrową. Nie byłoby to możliwe bez udziału wybitnych niemieckich fizyków, takich m.in. jak kierujący pracami zespołu powołanego do jej skonstruowania Werner Heisenberg (laureat Nagrody Nobla w 1932 r.). Po zakończeniu wojny tematem gorącym stał się udział uczonych we wspieraniu ekspansjonistycznych planów Hitlera. Przynajmniej niektórzy z nich „bili się w piersi”, a po sprowadzeniu do USA próbowali odkupić grzechy zaangażowaniem w realizację amerykańskich prac nad bronią jądrową. Przeszły one do historii pod nazwą „Projektu Manhattan”. Zapoczątkowany on został w 1942 r. i prowadzony był na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, Uniwersytecie Chicagowskim oraz Uniwersytecie Kalifornijskim w Oakland. Bomby jądrowe skonstruowano w znajdującym się w północnej części stanu Nowy Meksyk ośrodku w Los Alamos National Laboratory. Dyrektorem naukowym tego programu został fizyk, profesor Uniwersytetu Kalifornijskiego Robert Oppenheimer. W poświęconym mu filmie fabularnym dosyć realistycznie przedstawiony został zarówno ten uczony (Albert Einstein wprawdzie wypadł humorystycznie), jak i klimat gorących dyskusji, które towarzyszyły pracom badawczym nad bombami jądrowymi. Entuzjazm przynajmniej niektórych współautorów tego sukcesu przygasł po zrzuceniu bomb na japońskie miasta. Dla całego świata zachodniego swoistym szokiem było przeprowadzenie przez ZSRS w sierpniu 1949 r. na poligonie atomowym w Semipałatyńsku pierwszej próbnej eksplozji bomby atomowej. Zaczęło się szukanie tych, którzy sowietom udostępnili amerykańską dokumentację. W gronie podejrzanych znalazł się m.in. R. Oppenheimer. Wprawdzie w 1954 r. sąd go uniewinnił, jednak amerykańskie władze pozbawiły go nie tylko kierownictwa nad projektem, ale także prawa dostępu do tajnych dokumentów. Polowanie na komunistów i ich sympatyków w USA objęło nie tylko środowiska akademickie, ale także rządowe, wojskowe i dziennikarskie. Do historii przeszło ono pod nazwą makkartyzmu (od nazwiska stojącego na czele senackiej Komisji do Badania Działalności Rządu nazwiska senatora J.R. McCarthy’ego), łączył się on z tworzeniem przez media atmosfery strachu i podejrzeń oraz z tropieniem komunistycznej infiltracji nieprzebierającymi w środkach sposobami.

W krajach bloku wschodniego tropienie „wrogów ludu” miało miejsce praktycznie od momentu przejęcia pełni władzy przez komunistów. Współautorzy książki pt. Czarna księga komunizmu w podtytule dodają, że jest to historia pisana „zbrodniami, terrorem i prześladowaniami”, w tym komunistów przez komunistów. Szczególnie „gorące” przyjęcie Stalin zgotował w 1934 r. delegatom na XVII Zjazd Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików), na jego polecenie aresztowano i stracono 1108 spośród 1996 uczestników. „Ucierpiały też środowiska naukowe, które miały choćby luźne związki z polityką, ideologią, gospodarką lub obronnością. Aresztowano i posłano do jednostek badawczych NKWD (…) największe sławy przemysłu aeronautycznego, tej rangi co Tupolew (konstruktor słynnych samolotów) czy Korolow (twórca pierwszego sowieckiego programu kosmicznego)”. W krajach „bratnich” (satelickich) ZSRS jedni komuniści bardziej przykładali się do naśladowania takich działań, a przynajmniej do podgrzewania atmosfery podejrzeń i nieufności, inni natomiast traktowali je z większym dystansem. Nie inaczej było w PRL-u. Jego historię w jakiejś mierze pisali zarówno tacy przywódcy, jak gorliwy realizator poleceń Moskwy B. Bierut, jak i ociągający się z ich wprowadzaniem w życie W. Gomułka i E. Gierek. Zainicjowana przez studentów warszawskich uczelni „gorąca” wiosna 1968 r. była wprawdzie incydentalnym wydarzeniem, jednak stanowiła wyraźny sygnał, że czas ich panowania zbliża się do końca.

Umiarkowane klimaty

Są one stosunkowo najtrudniejsze do wskazania, bowiem to, co u jednych nacji może być uznane za przejaw umiarkowania, u innych może uchodzić za świadectwo jeśli nie skrajności, to przynajmniej obojętności. Można oczywiście posiłkować się wskazaniami Monteskiusza i przyjąć, że do nacji mających naturalną skłonności do umiarkowania należą narody romańskie. W swoim akademickim życiu miałem niejednokrotnie do czynienia zarówno z Francuzami, jak i z Włochami czy Hiszpanami. W przypadku tych ostatnich mogłem się przekonać, co oznacza u nich określenie „mañana”. W słownikowym tłumaczeniu może ono oznaczać zarówno „poranek”, jak i „w przyszłości”, oraz „jutro będzie lepiej” (żyć lub coś zrobić). Natomiast w praktyce oznacza ono, że nie należy się z niczym zbytnio spieszyć, a w każdym razie to, co można zrobić dzisiaj, równie dobrze lub lepiej można zrobić jutro lub później. W Polsce jego odpowiednikiem jest kolokwialne powiedzenie: „podchorąży zawsze zdąży”; może i zdąży zdobyć jakąś oficerską gwiazdkę, ale jeśli będzie się ociągał, to raczej nie zdąży dojść do stopnia generała, a na uczelni do tytułu profesora. Na podstawie okazjonalnych kontaktów z Włochami skłonny jestem zaryzykować tezę, że raczej mało który z nich stosuje w praktyce taką zasadę. Raczej skłonni są coś robić „na wczoraj” niż na jutro, a powiedzenie, że już jest na coś za późno, wywołuje u nich zdziwienie. Francuz zaś to osoba, która raczej szuka „złotego środka” i nawet jeśli go nie znajdzie, to skorzysta z wielu grzecznościowych słów, które mają „osłodzić” jego opieszałość. Jest takie rozpowszechnione przekonanie, że typowy Anglik, to flegmatyk, który zanim podejmie działania, to będzie długo i spokojnie zastanawiał się, czy warto. Coś jest na rzeczy. Przynajmniej zdaje się to w jakiejś mierze potwierdzać opis klimatu All Souls College (Kolegium Wszystkich Zmarłych) Oksfordzkiego Uniwersytetu, w którym przebywał prof. Andrzej Walicki w latach 1966I–67 i w 1973 r. W jego świetle „był to zupełnie odmienny, uroczo anachroniczny świat. Wspólne posiłki, wieczorem w togach, z obsługą przez lokai, ścisłe przestrzeganie ustalonych rytuałów (…). Nade wszystko zaś przenikający całą atmosferę ideał gentlemana, tj. człowieka niespieszącego się, mającego na wszystko czas, pewnego własnej wartości…”. To kolegium może sobie na to pozwolić, bowiem należy do najbogatszych na uczelni (jego majątek przekracza 144 mln funtów), a kadra nie zajmuje się kształceniem studentów.

W naszych realiach akademickich z obowiązku kształcenia studentów zwolniona jest kadra PAN. Problem w tym, że jej instytuty nie są tak bogate, aby fundować wspólne posiłki pracownikom (nie mówiąc już o lokajach), ale nawet, aby godziwie wynagradzać swoich profesorów. Pamiętam, jak podczas gorących dyskusji nad przygotowywaną Ustawą 2.0 jeden z nich postawił ówczesnemu szefowi naszego resortu J. Gowinowi pytanie: „Panie ministrze, chce pan nas zagłodzić?”. Dzisiaj wprawdzie poprawiło się uposażenie większości pracowników akademickich, jednak nie na tyle, aby mogli skupić się wyłącznie na badaniach naukowych. Można oczywiście powiedzieć: „jaka płaca, taka praca”. Tak jednak mogą myśleć i mówić głównie ci, którzy mają wygórowane aspiracje finansowe, a jeśli chodzi o pracę, to raczej „mañana”. Jeśli do tego funkcjonują w otoczeniu, które toleruje umiarkowane zaangażowanie w wykonywanie zawodowych obowiązków, to jest niemal pewne, że luka między ich aspiracjami i wynikami osiąganymi w pracy badawczej będzie się pogłębiała. W środowisku akademickim funkcjonują jednak również uczeni, którzy nie oglądając się specjalnie na wynagrodzenia, podnoszą swoje kwalifikacje i ze sporym oddaniem realizują obowiązki. Czy stanowią oni zdecydowaną większość? Jest to raczej retoryczne pytanie. Jeśli bowiem by tak było, to zapewne polskie uczelnie i instytuty badawcze sytuowałyby się znacznie wyżej w prestiżowych rankingach wiodących na świecie ośrodków akademickich. Od czegoś jednak trzeba zacząć. Sugeruję, aby zacząć nie tyle nawet od rezygnacji z finansowych oczekiwań, co od rzetelnej oceny swoich naukowych kwalifikacji i dopasowania ich do istniejących możliwości badawczych. Rzecz jasna kwalifikacje te mogą i powinny być nieustannie podnoszone. Sprzyja temu obecna otwartość granic i możliwości uczenia się od lepszych od nas. Trzeba jednak nie tylko chcieć wyjeżdżać, ale także nie traktować takich wyjazdów jedynie jako turystycznej wycieczki.

Wróć