Sabina Kowalczyk-Wesołowska

Karta tytułowa Czarownicy powołanej, wyd. z 1639 roku
Dzisiaj postać czarownicy wykorzystuje się na różne sposoby. Ludzie bawią się jej wizerunkiem, parodiując wydźwięk typowych dla niej rekwizytów. Chętnie przebierają się za jakieś jej wyobrażenie albo wręcz z nią utożsamiają, głosząc przy tym ideę powrotu do natury i wagę więzi siostrzanych kręgów. Opowieści o lokalnych wiedźmach traktuje się jako rozrywkę dla turystów. W trakcie protestów kobiet zamieszczane były na sztandarach hasła nawiązujące do ofiar stosów. Jak te wszystkie działania mają się do wyobrażeń wiedźm zawartych na kartach staropolskiego piśmiennictwa?
Gdyby zapytać na ulicy przeciętnego polskiego przechodnia, która epoka przychodzi mu na myśl, gdy słyszy o tak zwanych polowaniach na czarownice, ten wskazałby najpewniej średniowiecze. W powszechnej świadomości to właśnie ono kojarzy się jednoznacznie z zacofaniem, zabobonami i okrucieństwem (nad tak uproszczonym wyobrażeniem tej epoki zgodnie ubolewają badacze wieków dawnych). Krytykę kobiet praktykujących magię i ludzi wierzących w moc czarów rzeczywiście możemy odnaleźć między innymi w kazaniach żyjących na przełomie XIV i XV wieku Stanisława ze Skalbmierza, Łukasza z Wielkiego Koźmina czy Marcina z Holeszowa. W XV-wiecznej I Pieśni Sandomierzanina znajduje się uwaga, by każdy w potrzebie udawał się do Boga, a nie „do czarownic przeklętych”. Obecnie jednak wiemy, że pierwsza znana nam śmiertelna ofiara oskarżona o uprawianie czarów zginęła na stosie dopiero w 1511 roku w Chwaliszewie. W XVI wieku oskarżeń o uprawianie magii i wyroków śmierci pojawiało się coraz więcej. Kumulacja procesów o czary w dawnej Polsce przypadła na ostatnią ćwierć XVII stulecia. Nie w średniowieczu więc, ale w renesansie i baroku, a nawet u progu oświecenia najsilniej wierzono w złowrogą moc czarownic, co przekłada się również na przedstawianie praktykarek w staropolskich tekstach.
Rzesze kulturoznawców, historyków, etnografów, antropologów i wielu innych naukowców różnych humanistycznych dyscyplin zarówno w kraju, jak i za granicą poświęciło swe prace czarownicom. Nie sposób więc traktować tego obszaru badań jako terra incognita. To z jednej strony ułatwia poszukiwania, ponieważ jest się do czego odnieść, z drugiej strony wymaga nakładów czasu i energii na zapoznanie się z bogatą literaturą przedmiotu.
Lektura publikacji badaczy z różnych dyscyplin uświadomiła mi kilka istotnych kwestii. Po pierwsze, owszem, sam temat jest często eksplorowany, ale przede wszystkim przez badaczy dziejów i znawców kultury. Stosunkowo dużo wiemy więc o wiedźmie znanej z akt spraw procesów o czary czy XIX– i XX-wiecznych wierzeń ludowych, ale nasza wiedza o ich literackich portretach w tekstach staropolskich jest znikoma. Po drugie, badania literaturoznawcze skupiające się na problematyce magicznej dotyczą przede wszystkim wróżebnych aspektów magii, a przy tym głównie kalendarzy oraz różnych utworów poświęconych tematyce astrologicznej; warto w tym wypadku zapoznać się chociażby z publikacjami Macieja Janika, Małgorzaty Krzysztofik, Danuty Kowalewskiej czy Bogdana Roka. O samych czarownicach można znaleźć informacje głównie na marginesie rozważań bądź w pojedynczych artykułach, między innymi Jerzego Kroczaka. Po trzecie wreszcie, nawet jeśli którykolwiek z badaczy odnosi się w swoich pracach do piśmiennictwa staropolskiego, powołuje się przeważnie na te same dzieła ściśle odnoszące się do tematyki czarów, takie jak: anonimowy moralizatorski udramatyzowany tekst Postępek prawa czartowskiego przeciw narodowi ludzkiemu (1570) oraz traktat Czarownica powołana (1639) czy sielanki Czary Szymona Szymonowica (XVI wiek) oraz Odczary na Simonidesowe „Czary” Jana Gawińskiego (XVII wiek). W polskim literaturoznawstwie brakowało całościowego ujęcia problematyki czarownic opisanych w piśmiennictwie staropolskim, które można by zestawić z dokonaniami historyków oraz badaczy kultury i religii. Podjęłam próbę wypełnienia tej luki.
W I Rzeczypospolitej nie od razu zaczęto dosłownie rozumieć i często przywoływać biblijną formułę z Księgi Wyjścia „Nie pozwolisz żyć czarownicy” (tłum. Biblii Tysiąclecia) oraz powtarzać o wiedźmach tezy w rodzaju „Wiemy, że od zawsze szkodziły one ludziom, zwierzętom i urodzajom”, prezentowane między innymi w słynnym inkwizytorskim podręczniku Malleus maleficarum, przetłumaczonym na język polski przez Stanisława Ząbkowica w 1614 roku (Młot na czarownice). Początkowo wszelkie znachorki czy baby traktowano stosunkowo łagodnie, mimo wyrażanej wobec nich dezaprobaty przez przedstawicieli środowisk duchownych czy medycznych. Wzbudzały one strach, ale też ciekawość, nieraz darzono je zaufaniem. Udawano się do nich po porady miłosne, zwracano o pomoc w walce z chorobą, proszono o przepowiedzenie przyszłych zdarzeń.

Karta tytułowa Czarownicy powołanej, wyd. z 1639 roku
Sami władcy, tacy jak Zygmunt August i Zygmunt Stary, utrzymywali na swoich dworach wiedźmy, radząc się ich w różnych sprawach. Co ciekawe, w murach Akademii Krakowskiej astrologią i alchemią (dziedzinami dziś kojarzonymi z magią, dawniej traktowanymi jako pogranicze nauki i magii) zajmowały się najwybitniejsze umysły I Rzeczypospolitej, w tym słynny na całą Europę Michał Sędziwój. Nawet Zygmunt III Waza łączył w sobie, wydawałoby się, sprzeczne wartości: głęboką katolicką wiarę z wielkim zamiłowaniem do alchemii. Dlaczego w związku z tym w dawnej Polsce z czasem wzmogła się wiara w demoniczną naturę i złowrogą aktywność wiedźm?
Przyczyn takiego stanu rzeczy podawanych jest wiele. Wskazuje się między innymi na rozwój w XVI i XVII wieku postaw mizoginicznych, których korzenie sięgają jeszcze starożytności i średniowiecza, oraz patriarchalny system sytuujący kobiety na niskiej pozycji zarówno w środowisku państwowym, jak i rodzinnym. Wielkim źródłem społecznych niepokojów były konflikty wyznaniowe (spowodowane ruchami reformacyjnymi i kontrreformacyjnymi), wzrastająca inflacja, zwiększająca się w wyniku ubożenia społeczeństwa liczba wzbudzających niepokój ludzi wędrownych, w tym żebraków, bab i Cyganów. Ludzie czuli coraz większą niechęć do Żydów zajmujących w dawnej Polsce uprzywilejowaną pozycję. Do tego groźba nadchodzących wojen, głodu i epidemii (szczególnie odczuwalna na przełomie XVI i XVII wieku) oraz związane z tym liczne przepowiednie wieszczące nadchodzący koniec świata wpływały na potrzebę znalezienia kozłów ofiarnych, które można by obarczyć odpowiedzialnością za wszystkie krzywdy. Polowania na wiedźmy urządzane w sąsiednich państwach (szczególnie w Niemczech), nauki Kościoła, zagraniczna literatura demonologiczna coraz częściej tłumaczona na język ojczysty oraz rozpowszechnione w całej Europie przekonanie o wpływie demonicznych sił na ówczesną rzeczywistość sprzyjały rozwojowi wiary w to, że wszelkie dotychczas swojskie i przeważnie pomocne baby mają bliskie kontakty z diabłem i zagrażają innym ludziom. A jeśli zagrażają, należy je zniszczyć.
W I Rzeczypospolitej niektóre sprawy sądowe dotyczyły magii miłosnej, nieliczne skupiały się na mocy wróżebnej. Najczęściej oskarżano domniemane czarownice o uprawianie czarów gospodarczych i handlowych – o szkodzenie ludziom, ich dobytkowi i żywemu inwentarzowi, oraz o oszustwa związane głównie ze sprzedażą alkoholu. W dawnej Polsce rzadziej niż w innych krajach Europy pojawiały się oskarżenia o uczestnictwo w sabatach.
Domniemane czarownice przed samym procesem nieraz poddawano próbie wody bądź igły. W trakcie przesłuchań zaś próbowano zmusić do przyznania się do winy, stosując tortury i zadając ciąg natarczywych, powtarzających się pytań. Wyroki śmierci obejmowały głównie odebranie życia poprzez spalenie na stosie (czasem przed wykonaniem wyroku kobietę duszono lub dekapitowano).
W naszym kraju w sądowniczej działalności inspirowano się w dużej mierze prawodawstwem niemieckim, a wyroki ferowano przeważnie na podstawie odpowiednich zapisów zawartych w Constitutio Criminalis Carolina i Zwierciadle saskim. Dziś uznaje się, że najwięcej procesów miało miejsce na terenie Wielkopolski. Najstarszy z procesów świeckich miał miejsce najprawdopodobniej w 1436 roku w Poznaniu. Pierwszy znany wyrok śmierci zapadł w Chwaliszewie w 1511 roku. Historycy nie są dziś zgodni w kwestii ostatniego procesu na ziemiach polskich. Najprawdopodobniej miał on miejsce w latach 70. lub 90. XVIII wieku (wymienia się przy tym najczęściej sprawy z Doruchowa, Poznania lub Bełżyc), a więc tuż przed konstytucją sejmową zatytułowaną Konwikcyje w sprawach kryminalnych z 1776 roku bądź kilka lat po niej. Dokument znosił możliwość stosowania tortur i wydawania wyroków śmierci w sprawach związanych z oskarżeniami o uprawianie magii. Mimo to znane są przypadki samosądów i nieoficjalnych procesów o czary urządzanych nawet w XX wieku.
Obecnie polscy badacze dziejów zgodnie stwierdzają, iż w dawnej Polsce wyroków śmierci i samych procesów o czary było znacznie mniej niż zakładano chociażby w XX wieku (obalono w ten sposób tezy Bohdana Baranowskiego). Liczba procesów w I Rzeczypospolitej sytuowałaby się na tle Europy pośrodku: jest niższa w stosunku do liczby podobnych spraw w Niemczech, Francji czy Szwajcarii i wyższa niż w Hiszpanii czy we Włoszech.
W naszym kraju ofiarami stosów były przeważnie kobiety. W piśmiennictwie XVI i XVII wieku to również głównie płeć żeńską kojarzono z magiczną działalnością. Przy tym należy podkreślić, że o czarownicy w tych stuleciach pisali mężczyźni. Poznajemy więc dość jednostronną wizję świata z uwagi na to, że tylko nieliczne kobiety potrafiły wówczas czytać i pisać, a praktycznie żadne nie podejmowały tematyki wiedźm (pojedyncze wzmianki o babach pojawiają się jedynie w tekstach zakonnic).
Wszelkich możliwych wątków z czarownicami w tle poszukiwałam w tekstach użytkowych i literackich. Wzięłam pod uwagę nie tylko powszechnie uznane arcydzieła, ale też twórczość mniej znaną, nieraz na poły grafomańską. Przy tym bazowałam na bibliografiach naukowych oraz wskazówkach zawartych w publikacjach innych badaczy. Prowadziłam kwerendy (między innymi w Bibliotece Narodowej w Warszawie i Polskim Towarzystwie Ludoznawczym we Wrocławiu). Ponadto analizowałam zasoby repozytoriów cyfrowych. W tym wypadku w odnajdowaniu fragmentów poświęconych wiedźmom pomógł mi program napisany przez mojego męża, Grzegorza Wesołowskiego, identyfikujący synonimy określające kobietę praktykującą magię (takie jak wiedma, baba, latawica, zwodnica czy mierzienica). Każde z takich określeń również niosło ze sobą nieco inne znaczenie, a tym samym wzbogacało portret dawnej czarownicy o kolejne cechy.
Okazało się, że w zdecydowanej większości przypadków wiedźmy były postaciami epizodycznymi albo funkcjonowały nie jako bohaterki, a pewna figura stylistyczna, a nawet… obelga. Przykładowo Jan Andrzej Morsztyn w wierszyku O Marku podkreślał, że tytułowy bohater miał żonę tak brzydką, że robił wszystko, by w nocy nie musieć się „podle przemierzłej ukłaść czarownice”.
Raz wiedźmy były wykwitem wyobraźni autora, innym razem stanowiły zapożyczenie z literatury obcej bądź mitologii grecko-rzymskiej. Zdarzało się i tak, że ktoś w swoim tekście wspominał postacie historyczne oskarżane o uprawianie magii (Zuzannę Orłowską czy Roksolanę) oraz znane mu z życia baby handlujące rzekomymi talizmanami czy wróżące za pieniądze. W piśmiennictwie portretowane były więc i postacie znane z tradycji mitologicznej czy biblijnej, i bohaterki fikcyjne, i te kobiety, które uważały się za wiedźmy bądź świadomie udawały je w prawdziwym życiu w celach zarobkowych.

P. Bruegel Starszy, Czarownica przecinająca niebo na plecach Kozła (fragm.), akwaforta Hieronymusa Cocka, XVI w.
Wpływ na sposób przedstawiania czarownicy miała również biografia autora, jego przynależność do danej grupy społecznej oraz typ uprawianego przez niego piśmiennictwa. Wymienione czynniki znacząco różnicowały sposób przedstawiania żeńskich postaci praktykujących magię. Nieraz zdarzało się, że nawet przedstawiciele tego samego środowiska prezentowali zupełnie odmienne zdanie na temat czarownic, odnosząc się przy tym pośrednio do samych procesów. Szczególnie interesujące jest zestawianie stanowisk osób duchownych. Kaznodzieja królewski i dominikanin Fabian Birkowski głosił surowo: „Skąd rozumieć możesz, iż czarownicy i czarownice śmierci są godne i nie mają miejsca w rzeczachpospolitych”, zaś jezuita Tomasz Młodzianowski jednoznacznie ganił wiarę w możliwość uprawiania magii, przekonując przy tym, że za śmierć bydła, alkoholizm, kłótnie czy choroby odpowiedzialni są nie wiedźmy i diabeł, a sami ludzie. Dowodził: „O! nie czary to są, nie czary, ale złość ludzka i ludzkie grzechy, co do frasunku nawet za życia już nas przywodzą”. W tekstach dawnych czytelnik znajdzie odrażającą i siejącą grozę Kanidyję znaną w naszym kraju z ód Sebastiana Petrycego z Pilzna, a przeszczepioną na grunt Polski z poezji Horacego, ale też piękną uwodzicielską Armidę opisaną w eposie Gofred abo Jeruzalem wyzwolona przez Piotra Kochanowskiego (wybitnej, spolszczonej wersji dzieła Torquata Tassa). Z kolei czytając teksty sowizdrzałów, poznajemy wzbudzającą śmiech i politowanie wiedźmę rzucającą nonsensowne zaklęcia, parodiującą rytuały oraz wyśmiewaną przez samego diabła.
Lektura staropolskiego piśmiennictwa prowadzi również do interesujących obserwacji, w jaki sposób nasi przodkowie przenosili do polskiej literatury czarownice znane z mitologii czy Biblii. Każda z nich pełniła w tekstach określone funkcje. Przykładowo bohaterka Księgi Samuela, wiedźma z Endor, wykorzystywana była w walkach z reformacją. Stanowiła symbol największej herezji i grzechu oraz wystąpienia przeciwko Boskim prawom. Z kolei opisana między innymi w Odysei Homera Kirke stała się w I Rzeczypospolitej uosobieniem pijaństwa i określeniem przydawanym polskim szynkarkom, które podając w karczmach alkohol, zmieniały tym samym metaforycznie zachowania mężczyzn na zwierzęce. Już zaledwie tych kilka przykładów pokazuje, z jak wielowymiarowym portretem wiedźmy w piśmiennictwie dawnym mamy do czynienia.
Lektura tekstów z XVI i XVII wieku dowodzi, że nasi przodkowie nie zawsze wyobrażali sobie wiedźmę tak, jak myślimy o niej dzisiaj. Co prawda czarownica mieszkała w dzikich ostępach, zasiedlała góry, cmentarze, rozdroża, a więc miejsca powszechnie przypisywane tej postaci. W magii nieraz wykorzystywała zaczarowane jabłka znane nam z baśni. Bywała niezwykle urodziwa, jak i straszliwie brzydka, młoda i stara – w zależności od tego, czy miała uwodzić, czy też straszyć – podobnie jak w wytworach współczesnej popkultury.
Jednocześnie zdecydowanie częściej ukazywano ją jako istotę zależną emocjonalnie od mężczyzny (kierowała się często zazdrością, zawiedzioną miłością i chęcią zemsty za wyrządzone krzywdy; czasem pod wpływem ukochanego zmieniała całkowicie swoje poglądy czy wiarę) oraz fizycznie od diabła (głównego pomocnika, kochanka i źródła mocy). Jeśli ukazywano niezależność wiedźmy od demona oraz jej władzę nad nim, to zwykle po to, by podkreślić, z jak silnym wrogiem (silniejszym od szatana!) ludzie zmuszeni są walczyć. Całą odpowiedzialnością za wyrządzone szkody można było wówczas obarczyć czarownicę. Nieraz przy tym pojawiały się głosy takie jak ten Jakuba Kazimierza Haura, autora traktatu gospodarczego Skład albo skarbiec…, który ubolewał, że biedne, naiwne kobiety oddają się diabłu, podczas gdy ten nie tylko im nie pomaga, „ale tylko szyderstwo i pośmiewisko z swoich czyni czarownic”.
Poza zamieszkiwaniem typowych dla bab miejsc, staropolscy autorzy podkreślali, że wiedźmy zasiedlają tereny kojarzone z wrogimi grupami czy nacjami (taka tendencja jest szczególnie zauważalna w XVII, przepełnionym różnorodnymi konfliktami, stuleciu). Czarownica przebywała więc w protestanckich zborach na terenie I Rzeczypospolitej, ale mieszkała też w Szwecji, na Rusi, w Turcji, na Zaporożu. Chętnie latała do Kijowa – co ciekawe, nie na miotle (jak dziś to sobie wyobrażamy), lecz na kijach, a dokładnie na ożogach służących do poprawiania bierwion w piecach. Nieraz powód, dla którego wskazywano poszczególne miejscowości, może zdumiewać współczesnego czytelnika. Przykładowo Maciej Kazimierz Sarbiewski dowodził, że centrum czarostwa jest Wiedeń, sama nazwa miasta miała pochodzić od słowa wiedma.
Staropolskie wiedźmy utożsamiały nieraz ezgotyczne magiczne rośliny z rodzimymi gatunkami porastającymi okolice. W dawnej Polsce mandragorę symbolizował pokrzyk wilcza jagoda, któremu przypisywano wszystkie właściwości słynnej rośliny, w tym korzeń w kształcie ludzkiej sylwetki, krzyk podczas wyrywania z ziemi i wielką moc. Niezmiernie rzadko czarny kot był towarzyszem baby, znacznie częściej otaczała się ona zwierzętami i bestiami kojarzonymi ze śmiercią (jaszczurkami, żabami, insektami, kretami) bądź sferą seksualną i grzechem (kozioł, smok). Nietoperze z kolei często bywały składnikami miłosnych wywarów.
Wymienione wyżej wyróżniki to tylko nieliczne elementy wizerunku naszej czarownicy. W książce piszę chociażby również o bogatym repertuarze rytuałów, zaklęć i rodzajach magii staropolskich wiedźm. Portret tej postaci jest niezwykle złożony i przez to jeszcze bardziej fascynujący.
Zgłębianie piśmiennictwa staropolskiego to niezwykła podróż w świat przekonań naszych przodków. Poznawanie przeszłości umożliwia również bardziej dogłębne zrozumienie tego, co dzieje się wokół nas dzisiaj. Dotychczasowe poszukiwania przekonały mnie, że w XXI wieku tylko nam się wydaje, że wiemy już wszystko. Dawne wieki wciąż kryją w sobie wiele tajemnic, które tylko czekają na odkrycie. Wszystko to zachęca mnie do badania fenomenu wiedźmy także w oświeceniu oraz w początkach XIX wieku, kiedy polscy autorzy z jednej strony stopniowo zwracali się ku racjonalizmowi, ale też byli zafascynowani wierzeniami ludu. W kolejnych stuleciach wyobrażenia mężczyzn wzbogacają literackie portrety wiedźm tworzone przez coraz liczniejsze grono kobiet autorek, co również daje podstawę do prowadzenia interesujących literaturoznawczych analiz i badań komparatystycznych.
Artykuł oparty na badaniach opublikowanych w monografii Wizerunek wiedźmy w piśmiennictwie staropolskim XVI i XVII wieku, Kraków 2023.
Dr Sabina Kowalczyk-Wesołowska, Katedra Literatury Polskiej, Wydział Humanistyczny Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie