logo
FA 2/2023 życie akademickie

Marek Misiak

Opowieści z pogranicza

Opowieści z pogranicza 1

Rys. Sławomir Makal

Zgoda na umieszczenie na łamach periodyku naukowego artykułu bez poprawek redaktora-lingwisty oznaczałaby działanie na szkodę nie tylko czasopisma, ale przede wszystkim samych autorów, gdyż ich tekst zniknąłby z danej bazy razem z czasopismem, w którym został opublikowany.

Gdyby miał kiedyś powstać film o pracy redaktora publikacji naukowych – zwłaszcza anglojęzycznych czasopism – tytuł można by zapożyczyć z popularnego w latach sześćdziesiątych i wznowionego trzydzieści lat później amerykańskiego serialu science fiction The Outer Limits (w Polsce pokazywanego jako Poza granicami). Nie chodzi tu o granice ludzkiego pojęcia, cykl „Publikuj lub giń” nie służy temu, abym poprzez ironizowanie dawał wyraz swoim zawodowym frustracjom. Autorzy w kontaktach z redakcją najczęściej całkowicie nieświadomie i w dobrej wierze przekraczają granice tego, co możliwe. Błędne przekonania nie biorą się u nich znikąd, rynek czasopism naukowych jest tak bogaty, że nie ma chyba praktyk całkowicie niespotykanych. Spełnienie niektórych oczekiwań jest nierealne ze względów technicznych, w innych przypadkach kolidowałoby to z profesjonalizmem w pracy redaktora lub mogło obniżyć poziom językowy czasopisma. Warto podkreślić jedno: jeśli redaktor odmawia spełnienia jakiejś prośby, jego wyjaśnienia należy traktować jako prawdę, a nie zasłonę dymną dla złej woli lub lenistwa. W czasopiśmie naukowym przygotowywanym według międzynarodowych standardów i z zastosowaniem wypracowanych w branży dobrych praktyk od życzliwości i dobrej woli redaktora zależy stosunkowo niewiele. I taka jest właśnie idea, aby możliwie zredukować uznaniowość, aby zabieganie o czyjąś życzliwość czy proszenie nie było konieczne.

Dla mnie samego oczywiste jest przychylanie się do prośby, jeśli tylko nie stoi to w sprzeczności z obowiązującymi regułami. Objawia się to głównie przesuwaniem terminów nadesłania prac, poprawek lub recenzji, ale także szukaniem rozwiązań, gdy problem jest mniej standardowy. Granicę życzliwości wyznacza – oprócz polityki wydawniczej czasopisma i etyki zawodowej – przede wszystkim obciążenie pracą po stronie redaktora. Są sytuacje, w których pójście autorowi na rękę byłoby teoretycznie możliwe, ale gdy przez moje ręce przechodzi miesięcznie kilkadziesiąt artykułów, traktowanie twórców, np. co trzeciego z nich, wyjątkowo spowodowałoby, że moją pracę szybko ogarnąłby chaos. Z punktu widzenia autora jego sytuacja zawsze jest wyjątkowa, z perspektywy redaktora wyjątków faktycznie domagających się specjalnego potraktowania jest niewiele, gdyż niemożliwe do spełnienia oczekiwania badaczy zgłaszających artykuły do czasopism naukowych można podzielić na kilka ogólnych kategorii.

Pokaż mi swoje piśmiennictwo, a powiem ci, kim jesteś

Istnieją dwa najpopularniejsze sposoby odsyłania w tekście do innych publikacji: system tradycyjny i harwardzki. W tym drugim trudniej o błąd, gdyż kolejność powoływania poszczególnych pozycji z listy piśmiennictwa w artykule nie znajduje odzwierciedlenia w kolejności tych samych pozycji na liście, na tej ostatniej są one ułożone alfabetycznie, ewentualne powtórzenia są zatem łatwe do wykrycia. Wiele czasopism stosuje jednak system tradycyjny, czyli numery w tekście (w indeksie górnym lub w nawiasach) odsyłające do listy ułożonej w tej samej kolejności, co powołania w tekście. W tej metodzie obowiązują trzy żelazne zasady. Po pierwsze, każda pozycja może pojawiać się na liście tylko raz, jeśli jest powoływana w tekście kilka razy, za każdym razem odsyła do niej ten sam numer. Po drugie, kolejność pojawiania się poszczególnych numerów w tekście musi odpowiadać naturalnemu porządkowi liczb, możliwe są powtórzenia, ale nie dowolność. Może być zatem tak, że powoływane są pozycje od 1 do 10, a potem 6, 3 i 1, ale pozycja 31 nie może się pojawić, zanim choć raz nie zostaną powołane pozycje od 1 do 30. Po trzecie, w numeracji powołań w manuskrypcie nie może być żadnych luk, trzeba powołać wszystkie pozycje z listy, jeśli nie w samym tekście, to przynajmniej w tabelach lub podpisach do rycin. Również w systemie harwardzkim trzeba powołać wszystkie pozycje z listy, tym różni się lista piśmiennictwa od bibliografii załącznikowej, która może zawierać także, głównie lub nawet wyłącznie publikacje niewzmiankowane w tekście. Stykałem się już jednak z autorami, którzy nie rozumieli, dlaczego pozycje na liście piśmiennictwa nie mogą się powtarzać, wspominali w tekście (a jeszcze częściej w tabelach) pozycje nieujęte na liście, albo też powoływali pozycje z listy w losowej kolejności lub z lukami i nie widzieli w tym żadnego problemu.

Nie tak się umawialiśmy

Długo zastanawiałem się, jaka jest najdziwniejsza sytuacja, z jaką zetknąłem się w kontaktach z autorami. Zdarzają się prośby mocno nietypowe, ale to zazwyczaj jednorazowe sytuacje, podobne nigdy już się nie powtarzają, nie ma zatem sensu ani ich opisywać, ani wyciągać na ich podstawie żadnych ogólniejszych wniosków. Jest jednak podejście, które powtórzyło się już kilka razy i nie przestaje mnie zadziwiać. Zdarzają się bowiem badacze, którzy po otrzymaniu zredagowanego i złożonego artykułu do korekty autorskiej, czyli tzw. galley proofa, zwanego też szczotką, stwierdzali, że tekst został zmieniony i przysyłali ponownie plik w Wordzie z żądaniem złożenia go w tej postaci. Po krótkiej wymianie korespondencji okazuje się, że byli przekonani, że wersja zaakceptowana do publikacji przez recenzentów była już wersją ostateczną, w której nic się nie zmieni i która przejdzie już tylko przez skład. Wyglądało na to, że byli nieświadomi, iż w profesjonalnie prowadzonych czasopismach naukowych przeprowadza się także redakcję językową (a przynajmniej powinno tak być), i to rzecz jasna po zakończeniu recenzji, gdyż redagowane są tylko teksty przyjęte do publikacji. Recenzenci nie sprawdzają zazwyczaj szaty językowej, gdyż nie należy to do ich obowiązków. Artykuł może być napisany angielszczyzną rojącą się od błędów i nieporadnych konstrukcji, ale jeśli jest merytorycznie poprawny i spójny (scientifically sound), nie wzbudzi zastrzeżeń recenzentów. Może się nawet zdarzyć, że przez recenzję przejdzie artykuł, którego struktura nie spełnia standardów danego czasopisma. Liczące się na rynku tytuły współpracują nierzadko z setkami lub nawet tysiącami peer reviewers i nierealnym jest, żeby każdy z tych specjalistów znał wytyczne każdego czasopisma, dla którego recenzuje. Szanujące się czasopismo naukowe nie może jednak opublikować manuskryptu w takiej formie, dlatego wkracza redaktor i zarówno usuwa usterki językowe, jak i strukturalne (częstym błędem są np. rezultaty opisywane już w ramach wskazania celów badawczych danego studium). Następnie zaś przesyła złożony artykuł do autorów nie w celu jego akceptacji, ale ustosunkowania się przez badaczy do jego pytań i wątpliwości oraz skontrolowania, czy wprowadzone zmiany nie zniekształcają treści tekstu. Autorzy mogą i powinni prostować ewentualne przeinaczenia, mają też prawo nie zgadzać się na niektóre poprawki i jeśli umieją uargumentować taką niezgodę, redaktor nie powinien się z nimi spierać. Niemożliwe jest jednak odrzucenie poprawek en bloc i powrót do tekstu sprzed poprawek językowych. Pisałem już o tym, ale warto wspominać o tym regularnie: redakcja językowa to nie wymysł żyjących w swoim świecie filologów, ale wymóg większości liczących się baz publikacji naukowych, z bazami Scopus i Web of Science na czele. Zgoda na umieszczenie na łamach periodyku naukowego artykułu bez poprawek redaktora-lingwisty oznaczałaby działanie na szkodę nie tylko czasopisma, ale przede wszystkim samych autorów, gdyż ich tekst zniknąłby z danej bazy razem z czasopismem, w którym został opublikowany.

Primus inter pares

Jeśli artykuł ma kilku autorów, ich status jest różny. Tradycyjnie wyróżnia się pierwszego i korespondencyjnego autora (może to być, ale nie musi ta sama osoba), czasem znaczenie ma też to, kto jest ostatnim autorem. Najważniejsze to zdawać sobie sprawę, że podobnie jak np. prezydent RP, są to urzędy jednoosobowe. W znanych mi czasopismach naukowych nie jest możliwe, aby było dwóch pierwszych lub dwóch korespondencyjnych autorów, na pierwszej lub ostatniej stronie artykułu jako adres kontaktowy może figurować e-mail tylko jednej osoby. Nieraz zdarza się jednak, iż autorzy stwierdzają, że tekst ma dwóch pierwszych autorów (co-first authors) lub dwóch autorów do korespondencji (co-corresponding authors). Rozumiem, że jest to istotne dla rozliczania grantów i ewaluacji dorobku naukowego, bycie pierwszym lub korespondencyjnym autorem często jest w takich sytuacjach wyżej punktowane. Niestety nie jest to argument za obejściem reguł, gdyż jeśli dwóch pierwszych autorów, to dlaczego nie trzech lub więcej? Czasem jest to ograniczenie czysto techniczne, systemy informatyczne używane do zarządzania manuskryptami w wielu redakcjach zazwyczaj nie dają możliwości przypisania roli pierwszego oraz korespondencyjnego autora więcej niż jednej osobie, a jeśli chce się panować nad dużą liczbą redagowanych i publikowanych tekstów, dane w systemie muszą odzwierciedlać stan faktyczny. Umawianie się z autorami na przeróbki nieujęte w systemie grozi szybkim popadnięciem w chaos i błędy.

Niewidzialna ręka

Na koniec chciałbym podjąć nieco ryzykowny temat i wspomnieć o pewnej ogólnej postawie, którą obserwuję niestety u autorów coraz częściej, a która kłóci się dla mnie – będą to mocne słowa – z istotą bycia naukowcem, badaczem, odkrywcą. Rdzeniem tego etosu wydaje mi się szukanie rozwiązań, zarówno problemów badawczych, jak i trudności napotykanych po drodze. Tymczasem regularnie stykam się z autorami, którzy napotkawszy na jakąś trudność w złożeniu artykułu do czasopisma lub w przerabianiu go według uwag recenzentów, redaktorów statystycznych czy redaktorów, nawet nie próbują znaleźć rozwiązania problemu, tylko poprzestają na dwóch czynnościach: 1) piszą do redakcji z prośbą lub żądaniem rozwiązania danej trudności przez redaktorów; 2) oczekują, że wobec napotkania danej trudności zostaną potraktowani ulgowo i zwolnieni z określonego wymogu. Ujmę to tak: pomaganie komuś i wyręczanie kogoś, czyli wykonywanie jego obowiązków za niego, to dwie różne rzeczy. Wielu trudności redaktorzy za autorów nie pokonają, a wielu innych nie powinni pokonywać, gdyż leży to po stronie autorów. Nauczenie się radzenia sobie z nimi leży właśnie w interesie tych autorów, gdyż te same problemy będą powracać przy zgłaszaniu kolejnych artykułów w innych czasopismach.

Ekstremalne przykłady takich sytuacji to oczekiwanie, że pracownicy redakcji będą za autorów przerabiać artykuł w celu obniżenia współczynnika podobieństwa do opublikowanych już tekstów lub że będą rysować za nich wykresy i grafy. Odmianą takiego podejścia jest, w przypadku zgłaszania przez redaktora językowego wątpliwości co do zrozumiałości niektórych zdań w artykule, omawianie tematyki kwestionowanych fragmentów zamiast przeformułowywania ich i oczekiwanie, że na podstawie tych wyjaśnień redaktor sam przerobi tekst. Jednak redaktorzy językowi nie są specjalistami w danej dziedzinie nauki i takie próby doprowadzą co najwyżej do wytworzenia kolejnych błędów. Najczęściej natomiast przywoływana tu postawa (Dear Editor, could you please assist?) objawia się przy trudnościach natury informatycznej. Zdarza się, że na moje biurko trafiają artykuły niespełniające nawet podstawowych wymogów zawartych w instrukcji dla autorów umieszczonej na stronie WWW czasopisma. Gdy zwracam na to uwagę autorom, ci z rozbrajającą szczerością odpowiadają, że na ich komputerze strona się nie otwiera, nie są zatem świadomi, że w ogóle jest jakaś instrukcja. Mam świadomość, że w różnych rejonach świata stosowane są różne narzędzia informatyczne (przeglądarki, systemy operacyjne, zabezpieczenia antywirusowe i inne) i że chyba tylko strony takie jak Facebook czy Wikipedia otwierają się wszędzie i na każdym sprzęcie. Jednak obowiązkiem autora jest znać wymogi danego czasopisma, a problemów z dostępem do strony WWW czy systemu zgłaszania manuskryptów nie rozwiąże za niego zdalnie redaktor, gdyż jest to całkowicie poza jego możliwościami.

Jeśli autorowi zależy na nadesłaniu artykułu do danego czasopisma, powinien tak długo szukać rozwiązania, aż je znajdzie (inne oprogramowanie, inny komputer, konsultacja z fachowcem z obszaru IT). Pomijam tu półśrodki w postaci wysyłania instrukcji w formie pliku PDF, zawarte w niej linki nadal nie będą działać na komputerze autora, jeśli nie działa na nim główna strona WWW czasopisma. Improwizowane alternatywne rozwiązania tworzą tylko kolejne błędy i problemy, i to często w postępie wręcz geometrycznym. Jeśli zatem redaktor odmawia w takiej sytuacji i wskazuje, że piłeczka jest po stronie autorów, nie wynika to z nieżyczliwości czy nieużycia, ale ze świadomości, że trudności pojawiających się na tak bazowym poziomie nie da się ominąć, a pomoc ze strony redakcji jest niemożliwa.

Zadaniem redaktora jest pomagać autorom, ci ostatni jednak muszą dać sobie pomóc. Jeśli nie przyjmują do wiadomości obowiązujących w ogóle przy publikowaniu naukowym lub w danym czasopiśmie reguł, względnie oczekują, że wystarczy poprosić o pomoc i biernie czekać, nie pozwalają na rozwiązanie problemu i ostatecznie sami ponoszą odpowiedzialność za odrzucenie manuskryptu lub jego utknięcie w fazie redakcji (tzw. editorial hell). Nie chodzi tu o wskazywanie winnych, ale o działanie we własnym interesie ze świadomością podziału zadań: autor dąży do poznania prawdy naukowej, redaktor umożliwia zaprezentowanie jej w szacie językowej i edytorskiej licującej ze znaczeniem prezentowanych odkryć i koncepcji.

Wróć