logo
FA 2/2022 życie akademickie

Marek Misiak

Język jako przygoda

Język jako przygoda 1

Fot. Stefan Ciechan

Gdy oddaję po angielsku tekst o polskiej historii czy rodzimych realiach, mam wrażenie, jakbym mówił o trochę innym narodzie i kraju. Polskie doświadczenie, polski los przynajmniej na moment wydają się bardziej przekazywalne komuś z innej kultury.

Choć skończyłem świadomie wybrane dwadzieścia lat temu studia polonistyczne, z biegiem lat coraz częściej używałem w sferze zawodowej języków obcych (z początku wyłącznie angielskiego, potem doszedł niemiecki). Od kilku lat zaś żyję w rytmie głównie obcej mowy, nie tylko redaguję w przeważającej mierze po angielsku i niemiecku, nie tylko tłumaczę z tych języków i na tej języki, ale też to głównie w nich czytam, oglądam filmy i seriale czy słucham audiobooków. Nie zacząłem w żadnym razie gardzić polszczyzną, po prostu języki obce to dla mnie pociągająca przygoda i aż dziwnym jest dla mnie, że odkryłem to tak późno. Czy mam zadatki na cenionego anglistę lub germanistę? Nie sądzę. Ale jestem w stanie operować tymi językami na tyle profesjonalnie i świadomie, że mogę bez przeceniania się oferować fachowe usługi, a jednocześnie cieszyć się tym, co robię. Uczę się dwóch kolejnych języków – czeskiego i rosyjskiego. Nie sądzę, bym kiedykolwiek doszedł w nich do poziomu, na jakim znam angielski, nie jestem raczej materiałem na autentycznego poliglotę. Ale samo uczenie się to radość i intelektualna podnieta.

Zdarza się, że gdy mówię o swojej pracy w językach innych niż ojczysty, stykam się ze stereotypami lub zaskakującymi dla mnie skojarzeniami związanymi z różnymi językami. Nie oceniam tego. Po pierwsze dlatego, że niektóre z negatywnych skojarzeń w tej dziedzinie wydają mi się w pełni zrozumiałe. Znam osoby, które z uwagi na rodzinny przekaz pamięci historycznej nie są w stanie usłyszeć np. piękna języka ukraińskiego i osądzanie takiej postawy byłoby z mojej strony przejawem infantylnego poczucia wyższości. Po drugie zaś sam zapewne stereotypowo myślę o różnych kwestiach i mam z nimi banalne skojarzenia, po prostu chodzi o sprawy spoza mojego poletka. Natomiast – choć zabrzmi to pysznie – czuję się od takich stereotypów i skojarzeń wolny. Język obcy to przygoda, wejście w inny sposób myślenia, do metaforycznego domu Innego. Wymaga porzucenia wielu oczywistości. Poniżej moje świadectwo o przygodzie z trzema językami.

Angielski

W dzieciństwie i jako nastolatek uczyłem się British English (BE) i to ta odmiana wydawała mi się zarówno w nieokreślonym sensie „prawdziwsza” (the real thing), jak i przyjemniejsza dla ucha. Ironią losu było więc, że gdy zacząłem redagować i tłumaczyć teksty w tym języku, była to przede wszystkim odmiana amerykańska. Im dłużej jednak zgłębiałem stworzone w USA wydawnictwa poprawnościowe, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że za American English (AE) także idzie potężne dziedzictwo kulturowe, a wyobrażenia wielu Polaków o niestarannej i prostackiej angielszczyźnie Amerykanów nie mają nic wspólnego z pełnym czasem szlachetnej prostoty, a czasem wytwornym językiem tamtejszej literatury czy nauki. Ponieważ nie jestem anglistą, nigdy nie wymagano ode mnie znajomości jakiejś bardzo konkretnej odmiany angielskiego w mowie, jedynie konsekwencji w podstawowych różnicach ortograficznych i fleksyjnych między BE i AE. Im głębiej jednak wchodziłem w tej język, tym jaśniejsze było dla mnie, że – być może z uwagi na skażenie filmami i serialami – najbliższy wydaje mi się tzw. General/Standard American English, w którym mówi wielu amerykańskich aktorów, o ile z uwagi na czas, miejsce lub środowisko akcji nie jest konieczna stylizacja sposobu mówienia.

To tłumacząc i redagując po angielsku zacząłem być wrażliwy na subtelności językowe, które dla native speakerów oraz anglistów są oczywiste, choćby dobór słownictwa, aby komunikat nie brzmiał zbyt potocznie czy wręcz slangowo, ale też nie przeradzał się w wielosłowie. Moim zdaniem problem z angielskim w oczach Polaków polega na tym, że granica między normą wzorcową a użytkową, która w języku ojczystym jest wciąż dla wielu wykształconych osób wyraźnie wyczuwalna, po angielsku zupełnie się rozmywa. Tak jakby angielski był wyłącznie językiem przerzucających się grepsami postaci z filmów, ewentualnie narzędziem komunikacji biznesowej i towarzyskiej. Wraz z nową drogą zawodową odkryłem zatem bogactwo amerykańskiej literatury, którą mimo studiów filologicznych znałem dość fragmentarycznie. Tu nie chodzi już o samą przyjemność czytania w oryginale, ale poznawanie bogactwa AE w wykonaniu mistrzów tego języka. Mam wrażenie, że kultura USA nie budzi w wielu osobach ukierunkowanego zainteresowania, gdyż wydaje się praktycznie na całym świecie wszechobecna i przez to oczywista. Tak nie jest, nie mamy nawet pełnego obrazu amerykańskiego kina (z serialami jest lepiej, ale jest szereg platform streamingowych dostępnych tylko w USA), a o tamtejszej literaturze pięknej (a szczególnie poezji) wiemy bardzo niewiele. Lojalnie ostrzegam: życia nie starczy, żeby wyczerpać to morze.

Im głębiej wchodzę w angielski, tym z jednej strony staje się on bliższy (zdarza mi się nawet śnić w tym języku), z drugiej zaś bardziej obcy. Otwiera się jakby nowy poziom w grze – angielski na tyle zaawansowany, że pojawiają się sformułowania i konstrukcje wyglądające tak obco, że mam wrażenie, że dopiero zaczynam się uczyć tego języka. Pęcznieje biblioteczka: poradniki poprawnościowe, stylebooki znanych wydawnictw, podręczniki do specjalistycznych odmian języka. Najtrudniejsze, ale i kluczowe na tym etapie pracy z językiem obcym jest przyjęcie do wiadomości, że nigdy nie opanuje się go w takim samym stopniu, jak profesjonaliści-native speakerzy (np. doświadczeni redaktorzy z amerykańskich wydawnictw). Nie oznacza to jednak, że muszę znaleźć sobie inny zawód, po prostu gdzieś istnieją granice mojej kompetencji. Jak tłumaczył mi kiedyś dawny publicysta „Forum Akademickiego”, a prywatnie mój ojciec, dr Paweł Misiak: na pierwszym roku studiów młody adept danej dziedziny jest przerażony ogromem materiału; na trzecim jest przekonany, że prawie wszystko już rozumie i świat stanął przed nim otworem; na piątym roku nie jest już tego taki pewien; a gdzieś w połowie doktoratu dociera do niego, jak niewiele tak naprawdę wie.

Szczególne znaczenie ma dla mnie przekładanie polskich tekstów na angielski, mam wówczas świadomość, że niejako otwieram myśl danego autora na świat, nawet jeśli chodzi tylko o abstrakt czy streszczenie dłuższego wywodu. Gdy oddaję po angielsku tekst o polskiej historii czy rodzimych realiach, mam wrażenie, jakbym mówił o trochę innym narodzie i kraju. Polskie doświadczenie, polski los przynajmniej na moment wydają się bardziej przekazywalne komuś z innej kultury. Dlatego staram się poszerzać nieco wyjściowy materiał o objaśnienia czy bardziej rozbudowane sformułowania wskazujące czytelnikowi, który może słabiej znać kontekst, z czym ma do czynienia. Czasem wystarczy np. dodać w nawiasie, że pierogi ruskie to filled dumplings made by wrapping unleavened dough around a savoury or sweet filling and cooking in boiling water i sytuacja od razu robi się bardziej klarowna.

Niemiecki

Większość Polaków przed pięćdziesiątką jako pierwszego języka obcego uczyła się mało fleksyjnego angielskiego, który trudności zaczyna sprawiać dopiero na wyższych poziomach zaawansowania, gdzie istotne staje się operowanie czasami oraz kwestie stylistyczne. Na jego tle niemiecki, którego uczyłem się jako drugiego języka obcego, irytował rozbudowaną odmianą zaimków, przymiotników i czasowników, a także mało intuicyjnym szykiem zdania. Jednak jego naukę mogę porównać do wspinaczki na strome zbocze, za którym rozciągają się piękne, malownicze hale – nadal nachylone, ale podejście w pięknym otoczeniu jest już czystą przyjemnością. Ten język wymaga nie tylko zdolności, ale też koncentracji, dyscypliny i systematyczności, pracy nie tylko nad nauką języka, ale też nad sobą.

Wspomniany płaskowyż to przyjemność z dekonstruowania złożonych słów i zwrotów frazeologicznych, często operujących zaskakującymi skojarzeniami. My wąchamy kwiatki od spodu, po niemiecku można zaś przyglądać się rzodkiewkom od dołu (die Radischen von unten betrachten/ansehen). Litość i łaska są opisywane tym samym słowem – die Gnade. Samobójstwo to nie tylko der Selbstmord (mord na samym sobie), ale też bardziej poetycko wolna śmierć (der Freitod), eutanazja zaś to śmierć z litości/łaski (der Gnadetod). A skoro już jesteśmy przy tak mrocznych klimatach: śmierć jest po niemiecku rodzaju męskiego, zatem ikonografia z nią związana także jest męska. W pieśni Schuberta Śmierć i dziewczyna (Der Tod und das Mädchen) dialog śmierci z dziewczyną ma w sobie dużo z uwodzenia, gdyż umierająca jest kobietą, a śmierć mężczyzną.

Redagowanie tekstów po niemiecku rozpocząłem od materiałów na temat turystyki w Polsce lub ogólniej – promujących jakieś warte odwiedzenie miejsce w naszym kraju. Często chodzi o tereny, które do 1945 roku należały do Niemiec i przygoda wiąże się nie tylko z samym językiem, ale także z zanurzeniem się w inne realia historyczne i kulturowe mimo przebywania (w wyobraźni) w tym samym miejscu. Trzeba zatem z jednej strony nie zacierać polskości danego obszaru, z drugiej zaś uszanować niemieckiego czytelnika i jego oczekiwania, dlatego np. jestem zwolennikiem konsekwentnego stosowania podwójnego nazewnictwa. Często można w ten sposób podkreślić ciągłość, gdy polska nazwa jest tłumaczeniem niemieckiej (Hirschberg – Jelenia Góra) albo jej fonetycznym oddaniem (Neurode – Nowa Ruda). Niemiecka nazwa może też podsuwać nowe, inspirujące skojarzenia (Riesengebirge, dosł. Góry Olbrzymie – Karkonosze).

Nie wiem, na ile silna jest wśród Polaków niechęć do tego języka wynikająca bezpośrednio ze skojarzeń historycznych, ja sam nigdy nie spotkałem się z takim podejściem, nawet wśród najstarszego pokolenia, pamiętającego II wojnę światową. Częste jest natomiast, nawet wśród osób młodszych ode mnie, powtarzanie, że „trzeba znać język wroga”. Nie obruszam się wówczas, zdaję sobie sprawę, że to żart, tyle że w moich uszach tak już zwietrzały, że kompletnie nieśmieszny. Potrafię natomiast zaskoczyć znajomych i nieznajomych zaprzeczeniem, że jest to język twardy i nieprzyjemny dla ucha. Faktycznie może tak brzmieć, gdy ktoś słyszał jedynie wykrzykiwane w nim komendy w filmach wojennych albo zetknął się tylko z tymi jego odmianami (spotykanymi częściej w północnych Niemczech), które istotnie mają twardsze brzmienie niż wzorcowy język niemiecki (Standardhochdeutsch). Natomiast literacki język niemiecki i większość odmian regionalnych ma delikatniejsze brzmienie. Najlepszym tego dowodem jest dla mnie samego fakt, że wada wymowy, na którą cierpię, popularnie zwana „francuskim R”, pomaga mi w prawidłowej wymowie, gdyż we wzorcowym niemieckim twarde R pojawia się rzadko – język ten pełen jest miękkich, szumiących i szeleszczących głosek.

Czeski

Tego języka dopiero się uczę, ale zdarza się, że pracuję na krótszych tekstach lub fragmentach w nim napisanych, zazwyczaj podczas weryfikacji tłumaczeń. Tu przygoda polega na przesunięciu: to także język zachodniosłowiański, a zatem jest podobnie jak po polsku, ale jednak nie tak samo, a różnice stają się głębsze, im lepiej chce się rozumieć. Czeski to obcy język jak każdy inny i wymaga nauki jak każdy inny. Może Polakom idzie ona trochę szybciej, ale niekoniecznie, gdyż łatwiej ulec iluzji dobrego rozumienia i mylić elementy podobnie brzmiące, ale oznaczające coś zupełnie innego. Dlatego staram się zachować wzmożoną czujność – czeszczyzna wymaga szacunku. W języku tym urzeka mnie wynikająca z walki o jego czystość, przede wszystkim w II połowie XIX wieku i w okresie międzywojennym, radykalna słowiańskość, objawiająca się także w znanych wielu Polakom wyrazach (hudba, divadlo), ale także odmienne niż w polszczyźnie krzyżowanie się wpływów wschodniosłowiańskich, grecko-łacińskich czy niemieckich. Nie wiem dlaczego, ale czeski nigdy mnie nie śmieszył. Może zbyt dużo czytałem i słyszałem w nim treści, które bynajmniej nie były zabawne? Tak naprawdę żaden język mnie nie odrzuca. Włoski wydaje mi się równie poważny jak niemiecki, rosyjski kojarzy się z kinem Tarkowskiego i poezją Achmatowej, a nie z przymusem czy komunizmem, a języki skandynawskie potrafią brzmieć i dostojnie, i romantycznie. I tylko czasu na naukę już brak.

Moim stricte prywatnym doświadczeniem jest pisanie wierszy – próba wyrażania intymnych aspektów mnie samego – w obcych językach. Obca mowa ma nie być wyłącznie narzędziem racjonalnej komunikacji, ma umożliwić nazwanie czegoś we mnie: spostrzeżenia, doznania, stanu ducha, lęku. Czasem nieoczekiwanie okazuje się, że uchwycenie czegoś – może niekoniecznie ujęcie istoty, ale przynajmniej dotknięcie – jest łatwiejsze w obcym języku niż w ojczystym. Język wypowiedzi staje się z jednej strony sposobem na skontaktowanie się z samym sobą, z drugiej swego rodzaju tarczą, dzięki której pewne prawdy nie brzmią tak boleśnie. To, co jestem w stanie wyrazić w danym języku, może być niezgodne z powszechnymi skojarzeniami z daną mową: po angielsku piszę o harmonii, po niemiecku o bliskości, ale i lęku przed śmiercią, po czesku o melancholii i samotności, po włosku i rosyjsku o chwilach zatrzymanych w czasie. Język obcy może być przygodą, także w samopoznaniu.

Wróć