logo
FA 2/2021 życie akademickie

Marek Misiak

Porządek musi być

Porządek musi być 1

Rys. Sławomir Makal

Skąd autorzy mieliby wiedzieć wszystko to, co dla nas, redaktorów w tym konkretnym wydawnictwie, przywykłych do konkretnych konwencji edytorskich, jest oczywiste? Może po prostu dla danego autora oczywiste jest coś zupełnie innego?

Z pewnością każdy lub prawie każdy czytelnik spotkał kiedyś ludzi, którym perwersyjną przyjemność sprawia, gdy rzeczywistość potwierdza ich pesymistyczny obraz świata. Wypaleni zawodowo nauczyciele z jakąś niepokojącą, mroczną satysfakcją pokazują mierne prace uczniów na dowód, z kim muszą pracować. Taką postawę można też przyjąć w moim zawodzie. Zdarzają się redaktorzy i korektorzy, dla których każde kolejne zadanie to także kolejne potwierdzenie, jak niekompetentni i niedouczeni są ludzie, z którymi muszą mieć do czynienia. Można by tak rozpoczynać dzień pracy – włączać komputer i wchodzić do systemu zarządzania tekstami z westchnieniem: „Kolejna męki stacja. Całe życie z wariatami…”. Aż nagle olśnienie: skąd autorzy mieliby wiedzieć wszystko to, co dla nas, redaktorów w tym konkretnym wydawnictwie, przywykłych do konkretnych konwencji edytorskich, jest oczywiste? Może po prostu dla danego autora oczywiste jest coś zupełnie innego? Jeśli wpisaliśmy coś do zamieszczonej na naszej stronie www instrukcji, a autorzy nadal robią po swojemu, to skoro strona ma przejrzysty układ i jest zredagowana w zrozumiałej angielszczyźnie, wina leży po stronie autorów (choć błędem jest pomawianie ich od razu o niekompetencję lub – co gorsza – złą wolę). Jeżeli nie wpisaliśmy, sami jesteśmy sobie winni.

W pracy redaktora w wydawnictwie naukowym przygotowującego książki i czasopisma o takim charakterze kluczowe są cztery rodzaje dokumentów: 1) konwencja wydawnicza, 2) instrukcja dla autorów, 3) checklisty do materiałów różnego typu i 4) dokumenty określające procedury postępowania przy podejrzeniu nadużyć. Pierwszy dokument ma charakter wewnętrzny – to zasady, jakimi obowiązani są kierować się redaktorzy i korektorzy w danym wydawnictwie przy opracowywaniu tekstów. Regulują one kwestie interpunkcyjne związane z różnymi konwencjami zapisu (np. jednostek), umowne zasady edytorskie (np. zastosowanie kursywy, sposób wyodrębnienia cytatów, stosowanie skrótów), a czasem także kwestie stylistyczne (np. bezosobowość tekstów naukowych, preferencję określonych sformułowań). W jednym wydawnictwie może rzecz jasna funkcjonować kilka konwencji – np. inna do książek, a inna do czasopism, a czasem odmienne konwencje do różnych periodyków; naturalne jest także, że konwencje do publikacji w różnych językach będą mniej lub bardziej odmienne.

Znaczenie konwencji (a w razie ich braku – w miarę szczegółowych wytycznych dla redagujących) rośnie, gdy dane wydawnictwo korzysta z usług redaktorów lub korektorów z zewnątrz. Jeśli osoby często niemające ze sobą osobistego kontaktu nie będą przestrzegać tych samych zasad, opracowane materiały trzeba będzie raz jeszcze ujednolicać po przesłaniu ich do wydawnictwa. Zdarza się nierzadko, że zwłaszcza bardziej doświadczeni redaktorzy mogą mieć swoje przyzwyczajenia i można rozpoznać, kto pracował nad którym tekstem (np. po preferowanych rozwiązaniach stylistycznych), ale różnice nie powinny być duże. Przy opracowywaniu samodzielnej publikacji książkowej wydawanej poza jakąkolwiek serią redaktor prowadzący może pozwolić sobie na – pokazywaną często w filmach i serialach – indywidualną współpracę z autorem, ale w czasopiśmie naukowym możliwości pójścia na ustępstwa są mocno ograniczone.

Usprawnienie procesu obróbki

Instrukcje dla autorów także mogą się różnić w zależności od typu i języka publikacji. Na ogół wynikają z konwencji wydawniczej – jeśli została opracowana w formie pojedynczego dokumentu, bo nie ma takiego obowiązku i niektóre wydawnictwa, zwłaszcza mniejsze, obywają się bez niej, poprzestając na mniej sformalizowanych spisach obowiązujących reguł oraz na doświadczeniu i pamięci redaktorów. Rolą instrukcji dla autorów jest przede wszystkim usprawnienie procesu obróbki artykułu. Jeśli teksty są przygotowane we w miarę zestandaryzowany sposób, to redaktor nie musi już ujednolicać wielu ich elementów, gdyż zrobili to autorzy. Dotyczy to m.in. stosowanych jednostek miar i sposobów ich zapisu, transkrypcji z innych alfabetów, maksymalnej (a czasem także minimalnej) objętości abstraktu i całego artykułu, struktury artykułów różnego typu (podział na część wstępną, omówienie rezultatów badań, dyskusję itp.), a także bibliografii i oznaczania w tekście odnośników do niej. Gdyby redaktor musiał np. sam dokonywać konwersji przypisów harwardzkich na klasyczne, mogłoby to zająć więcej czasu niż praca nad samym tekstem. Instrukcje precyzują też ważne kwestie techniczne, np. formaty zapisu, w których należy przesyłać teksty, tabele i pliki graficzne. Tu niewłaściwy format może, zwłaszcza w przypadku ilustracji, w ogóle uniemożliwić ich wykorzystanie, a korespondencja z autorem na ten temat także wydłuży prace nad artykułem lub książką.

Kluczowe jest umieszczenie instrukcji na stronie internetowej czasopisma w taki sposób, by autor nie mógł jej przeoczyć, oraz zredagowanie jej w możliwie niechaotyczny sposób. Warto ten dokument traktować poważnie, gdyż uporczywe lub rażące lekceważenie zawartych w nim wymogów może spowodować odrzucenie tekstu, zwłaszcza artykułu do czasopisma. Konieczność poświęcenia danemu materiałowi znacznie więcej czasu niż innym tekstom zdezorganizowałaby pracę zespołu redakcyjnego i doprowadziło do opóźnień w przygotowaniu innych projektów.

Checklisty dla autorów artykułów nadsyłanych do czasopism naukowych są w polskich warunkach pomysłem stosunkowo nowym, zaś w krajach anglosaskich stosowane były co najmniej od lat siedemdziesiątych. Jak sama nazwa wskazuje (nie doczekała się ona dobrego polskiego odpowiednika), są to listy wymogów z okienkami do postawienia tzw. ptaszków odhaczających przy sprawdzaniu tekstu. W przeciwieństwie do instrukcji dla autorów dotyczą jednak nie kwestii edytorskich, lecz wymagań bardziej merytorycznych, stawianych pracom określonego typu. Spotkać można zatem osobne checklisty do prac z różnych dziedzin nauki, a w obrębie tych dziedzin osobne np. do prac eksperymentalnych, artykułów opisujących badania prowadzone na ludziach lub zwierzętach i prac poglądowych. Wiele czasopism wymusza sprawdzanie nadsyłanych materiałów za pomocą tego narzędzia już przez autorów, żądając przy składaniu manuskryptu wskazania pasującej checklisty i dostosowania się do wskazanych w niej wymogów. Weryfikacją zgodności z checklistą często zajmują się redaktorzy merytoryczni (a czasem recenzenci), redaktor językowy może nie posiadać odpowiednich kwalifikacji do merytorycznej kontroli tekstu. Listy takie nie są rzecz jasna dokumentami poufnymi, udostępnia się je w internecie, wydawnictwa mogą je też przysłać w formie plików Word lub PDF na prośbę autora.

Standardy etyczne w publikowaniu naukowym

Instrukcje dla autorów i checklisty mogą także zawierać wymogi o charakterze etycznym. W opracowaniach tego typu dotyczących prac medycznych częsty jest np. wymóg zadeklarowania przeprowadzenia wszystkich badań w zgodzie z deklaracją helsińską i innymi tego typu dokumentami oraz wskazania, czy na badania wyraziła zgodę odpowiednia komisja bioetyczna (względnie dlaczego taka zgoda lub zgodność z deklaracją helsińską nie była wymagana). Dochodzimy tu zatem do ostatniego typu dokumentów – tych wskazujących na standardy etyczne w publikowaniu naukowym. Etycznego prowadzenia badań redaktor nie jest rzecz jasna w stanie skontrolować; ponadto problem ten w minimalnym stopniu dotyczy np. humanistyki. Natomiast kwestie związane z autorstwem i oryginalnością pracy, własnością intelektualną i zgłaszaniem zastrzeżeń do już opublikowanych prac są wspólne wszystkim dziedzinom wiedzy. Szereg organizacji wypracowało dokumenty pozwalające ustandaryzować procedury w wydawnictwach w razie podejrzenia np. zduplikowanej publikacji, guest authorship lub plagiatu.

W mojej pracy korzystam z reguł COPE (Code of Publication Ethics) ujętych w formę flowchartów. Dają mi one pewność, że stosuję rozwiązania przyjęte w branży, także za granicą. Intuicyjne działanie mogłoby zaprowadzić mnie na manowce. Dobrym przykładem są prośby o dodanie lub usunięcie autorów już w trakcie zaawansowanych prac redakcyjnych czy nawet po publikacji. Niektórym mniej doświadczonym redaktorom nie zadźwięczy wówczas żaden brzęczyk alarmowy i po prostu dopiszą lub usuną autora artykułu. Tymczasem wymóg nadesłania pisemnej zgody pozostałych współautorów i podania powodu modyfikacji pozwala zmniejszyć ryzyko, że redakcja została wykorzystana do popełnienia mniej lub bardziej poważnego nadużycia. Wdrożenie reguł opracowanych przez doświadczonych specjalistów i ujętych w przejrzyste i dostępne w sieci dokumenty pozwala uniknąć zarzutów o uznaniowość w postępowaniu w niejasnych sytuacjach. W lwiej części przypadków okazuje się zresztą, że nie chodziło o nic zdrożnego – w najgorszym razie o brak odpowiedniej komunikacji w zespole przygotowującym artykuł. Jeśli autor zna już reguły COPE, nie będzie zdziwiony, że redaktor zadaje mu pewne pytania. Szansa na to, że będzie to odbierał jako przesłuchanie lub pomówienia, jest wyraźnie mniejsza.

Przejrzystość reguł i opieranie się na dokumentach dostępnych obu stronom pozwala – paradoksalnie – na czysto ludzką pomoc autorowi, zwłaszcza niedoświadczonemu. Nigdy nie poprzestaję na lodowatym mailu z linkiem do PDF-a z odnośnym dokumentem, lecz staram się pokazać, że trzymamy się pewnych reguł dla wspólnego dobra i że nic złego się nie dzieje, a błądzić jest rzeczą ludzką i mnie też zdarza się popełniać błędy. Miałem kiedyś do czynienia z autorką z Iranu, która po ujawnieniu się pewnego problemu z manuskryptem wpadła w literalną panikę. Znajdowała się u początku kariery, a od tego artykułu mogły zależeć jej dalsze losy jako naukowca. Była tak przerażona, że doszła do przekonania, że gdyby jej przełożeni dowiedzieli się o problemie, byłaby „done” (skończona), choć obiektywnie nie wyglądał on poważnie. Wspólnie omówiliśmy odnośny diagram COPE i autorka całkowicie się uspokoiła. Okazało się, że poinformowanie przełożonego jest dopiero jednym z dalszych kroków, podejmowanych tylko wtedy, gdy autor odmawia współpracy lub ewidentnie mataczy. I tak, dzięki suchemu flowchartowi, usłyszałem w słuchawce perlisty śmiech Iranki. Śmiech ulgi.

Wróć