logo
FA 2/2021 Rozmowa forum

Rozmowa z prof. dr. hab. inż. Kazimierzem Furtakiem, ostatnim przewodniczącym Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów

Każdy błąd to o jeden za dużo

Każdy błąd to o jeden za dużo 1

Prof. dr hab. inż. Kazimierz Furtak (ur. w 1951 r.) jest specjalistą w zakresie badania konstrukcji i materiałów, budowy mostów i tuneli, konstrukcji betonowych, wzmacniania i modernizacji konstrukcji mostowych. Jest autorem lub współautorem ponad 300 publikacji (w tym ponad 70 obcojęzycznych). Był kierownikiem lub wykonawcą ośmiu grantów KBN. Jest autorem lub współautorem ponad 200 ekspertyz i ponad 80 zrealizowanych projektów nowych oraz wzmocnień, napraw,
modernizacji i remontów istniejących obiektów – głównie mostowych. Najważniejsze z nich jest współautorstwo projektu mostu zespolonego przez Regalicę w Szczecinie (rozpiętość przęsła 116,25 m), który został nagrodzony w konkursie Dzieło Mostowe Roku. Związany jest z Politechniką Krakowską, gdzie pełnił funkcje m.in. prodziekana i dziekana Wydziału Inżynierii Lądowej Politechniki Krakowskiej, a także prorektora i rektora uczelni. Pracował w przedsiębiorstwach, m.in. w Kieleckim Przedsiębiorstwie Robót Mostowych, w „Transprojekcie” Kraków, „Mostoprojekcie” Kraków i „Mostostalu” Kraków oraz w Pracowni Projektowej Krakowskiego Zarządu Dróg. Ma uprawnienia projektowe i jest rzeczoznawcą Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Komunikacji. Jest członkiem Ukraińskiej Akademii Budownictwa. Należy do Komisji Nauk Technicznych PAU i jest  wiceprzewodniczącym Sekcji Budownictwa Inżynierii Lądowej i Wodnej tej komisji. Już trzecią kadencję przewodniczy Radzie Programowej Infrastruktury Transportowej m. Krakowa. Od 2017 r. pełni funkcję przewodniczącego Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów. Źródło zdjęcia: PK

Przytłaczająca liczba spraw była rozpatrywana bez uchybień, poprawnie. Ocenę wyrazili też samodzielni pracownicy naukowi, wybierając do RDN około 40 procent członków z grona dotychczasowych członków CK. To świadczy o tym, że komisja cieszyła się zaufaniem społeczności akademickiej.

Czy po niemal czterech latach kierowania Centralną Komisją ma pan poczucie spełnienia, niespełnienia, a może po prostu czuje pan ulgę, że to się skończyło?

Byłem na zakończenie tej pracy przygotowany od początku mojego zadania na tym stanowisku. Mam poczucie spełnienia. Jestem przekonany, że daliśmy sobie radę ze wszystkimi trudnościami, które zdarzyły się w tym okresie. To była trudna kadencja. Żadna nie była łatwa, bo to są sprawy ludzkie, nie zawsze proste i klarowne. Ale w ostatnim okresie mieliśmy zmianę ustawy, a wraz z nią zmodyfikowany system postępowań awansowych oraz nową klasyfikację dziedzin i dyscyplin nauki. Obawa przed nowym i nieznanym spowodowała lawinę wniosków awansowych do Centralnej Komisji, zwłaszcza w ostatnim okresie. Taka sytuacja miała miejsce nie po raz pierwszy. Podobne zjawisko obserwowaliśmy także – ale nie na tak dużą skalę – przy poprzedniej zmianie zasad awansów naukowych. Tym razem jednak te dwie zmiany nastąpiły równocześnie, a dołączyła do nich pandemia.

Czy udało się przebrnąć przez masę wniosków, które spadły na komisję?

Trzeba tę lawinę rozdzielić na kilka różnych „strumyków”. Bardzo szybko udało nam się uporać z wnioskami habilitacyjnymi. Sprawnie zostały wyznaczone komisje habilitacyjne. Potem musieliśmy czekać, bo to rada wydziału, a potem dyscypliny wyznacza recenzenta, sekretarza i członka komisji, CK odpowiada za wyznaczenie przewodniczącego, członka i dwóch recenzentów. To, co robiła komisja, szło szybciej. Trudniej było na uczelniach, gdzie procedury trwały czasami bardzo długo, gdyż były skorelowane z trwającymi w tym samym czasie zmianami strukturalnymi. CK rozpatrywała wnioski, w których postępowania zostały wszczęte do końca kwietnia 2019 r., ale jeszcze w październiku i listopadzie sprawy profesorskie wracały do nas z uczelni. To nie w CK powstawały te opóźnienia, tylko gdzie indziej, choć odium i tak spadło na komisję.

Chce pan powiedzieć, że udało się przeprocedować wszystkie te wnioski?

Jeżeli chodzi o habilitacje – tak. Już dawno. Jeżeli chodzi o profesury – to ten drugi „strumyk” lawiny – trzeba rozróżnić dwa etapy. Pierwszym było powołanie recenzentów, co należało do komisji. Dalsza część procedury odbywała się na uczelniach czy w jednostkach uprawnionych do wnioskowania o tytuł profesora. To one zawierały umowy z recenzentami i kontynuowały procedurę. Jeżeli chodzi o CK, uwinęliśmy się dość szybko z wyznaczaniem recenzentów. Były setki wniosków, a do każdego należało wskazać pięciu recenzentów. Trwało to trochę, ale nie aż tak długo, aby tłumaczyło opóźnienia, które miały miejsce. Nakładały się w tym przypadku odmowy recenzentów, niedotrzymywanie terminów. Sporadycznie dotyczyło to także rzeczoznawców i procedury na uczelniach, które się zmieniły wraz ze zmianą struktury przy wdrażaniu nowej ustawy. Aby minimalizować opóźnienia, Biuro CK organizowało dodatkowe zebrania sekcji. I tak nam się nie udało rozpatrzeć wszystkich wniosków, co wynikało z dużej ich liczby czy późnego dostarczenia ich z uczelni. Są też odwołania, które przecież muszą być procedowane. Zdarzały się rezygnacje recenzentów, czasami dosłownie w ostatniej chwili przed terminem przysłania recenzji. Jest to o tyle dziwne, że według ustawy nie można odmówić recenzowania wniosków awansowych. Recenzenci znajdowali jednak powody. Umowy z recenzentami podpisywali kierownicy jednostek uprawnionych do prowadzenia przewodów. Zatem kierownik jednostki zawiadamia nas o rezygnacji recenzenta, wyznaczamy nowego, a czas płynie. To wydłużyło czas oczekiwania na procedowanie wniosku. Kolejna sprawa to obecność rzeczoznawców, czyli dawnych superrecenzentów, którzy mają referować sprawy na posiedzeniach komisji. Jeśli nie przyjadą, to sprawa odsuwa się na kolejny miesiąc, ale przecież na ten termin są już zaplanowane inne sprawy. Zaczyna się to nawarstwiać i opóźniać. Mało tego, przy negatywnej opinii rzeczoznawcy powoływaliśmy drugiego, żeby jeszcze raz dokładnie przyjrzeć się sprawie i nie popełnić błędu. To zajmuje czas, przeciąga postępowania.

Czy wyznaczając rzeczoznawcę, dają państwo wskazówki, co ma ocenić, czy ma ocenić cały dorobek wnioskodawcy, czy jakieś jego fragmenty lub może przebieg samej procedury?

Tak. Mówi o tym także ustawa i rozporządzenie ministra. Rzeczoznawca ma ocenić całość dorobku oraz przebieg procedury i spełnienie wymogów formalnych. Drugi rzeczoznawca także. Wytyczne są na stronie internetowej, w zleceniu są podawane akty prawne, a mimo to otrzymywaliśmy niekompletne recenzje. Prawo precyzuje, jakie elementy dorobku muszą zostać ocenione przez recenzenta. Oczywiście takie zdarzenia też wydłużają procedury i komplikują procedowanie spraw. Co ciekawe, recenzenci często powołują się na ustawy sprzed lat czy przywołują dawne nazwy ministerstwa. Mogę się tylko domyślać, że wykorzystywali fragmenty swoich starych recenzji – te dotyczące spraw formalnych.

Czy jakieś sprawy zostały przekazane RDN?

Tak, z dwóch sekcji, tych które dostały najwięcej wniosków, czyli Sekcji I Nauk Humanistycznych i Społecznych oraz Sekcji VI Nauk Technicznych. Kiedyś na drugim miejscu była Sekcja Nauk Medycznych, ale akurat w tej dużej górce pięciu tysięcy sześciuset wniosków spadła ona na trzecie miejsce, czyli zachowała podium. Od pierwszego stycznia 2020 roku równolegle do CK działała RDN. Fizycznie nie mogliśmy zrobić więcej niż dwa spotkania sekcji miesięcznie, bo mieliśmy razem 15 grup: siedem sekcji CK i 8 zespołów RDN. Do RDN przekazaliśmy raptem po kilkanaście wniosków z dwóch wskazanych sekcji, a większość tych niedokończonych spraw wynika ze wskazanych powyżej powodów. Na przykład wniosek z recenzjami spływa z uczelni pod koniec października. U nas już jest kolejka, a zostało niewiele czasu. Coś musiało zostać, tym bardziej że musimy wszystko procedować zgodnie z prawem, bo droga na skróty rodzi odwołania i procesy sądowe. Zwracaliśmy uwagę na przekraczanie terminów, ale tylko tyle mogliśmy zrobić, bo umowy podpisywali kierownicy jednostek. Uczelnie zajęte były wdrażaniem ustawy, na wielu zmieniła się struktura organizacyjna, kompetencje organów. To zawsze powoduje na początku nieco zamieszania.

Wspomniał pan o 5600 wnioskach. Czy tyle decyzji musiało zatwierdzać Prezydium CK?

Nie. Na prezydium stają tylko wnioski profesorskie – to jedna trzecia wniosków – i odwołania od decyzji rad wydziałów czy dyscyplin od spraw habilitacyjnych.

Wniosków odrzuconych jest niewiele. Ich odsetek nie zmienia się zasadniczo od lat. Czy to znaczy, że wnioski były generalnie bardzo dobre, w co trudno uwierzyć, czy też Komisja podeszła dość liberalnie do ich jakości?

Wszystkie wnioski profesorskie musiały stanąć na prezydium CK. Jeśli głosowanie w sekcji wypadło jednomyślnie pozytywnie, to dyskusja nie była długa i prezydium po prostu głosowało pozytywnie. Natomiast wnioski ocenione jako wątpliwe i negatywne zajmowały więcej czasu. Słusznie pan zauważył, że spraw załatwionych odmownie było niewiele, ale za to było sporo wniosków o umorzenie postępowania.

Co to właściwie oznacza, w jakich okolicznościach dochodzi do umorzenia?

Jeżeli ktoś złożył wniosek przedwcześnie, widział, że nie ma szans, to składał wniosek o umorzenie postępowania. Choć umorzenie to co innego niż negatywna opinia, można uznać, że rezultat jest podobny – nie ma tytułu, nie ma nowego profesora. Kiedyś umorzenia były pojedyncze, a po 30 kwietnia 2019 r. tego typu spraw było więcej. Procedowaliśmy tak samo po 30 kwietnia, jak przed 30 kwietnia. Recenzenci na ogół przedstawiali rzetelne recenzje, wydaje mi się, że taryfy ulgowej nie było na żadnym etapie postępowania.

Jak dużo było umorzeń?

Około dziesięciu na jednym posiedzeniu prezydium. Dotyczy to zarówno wniosków profesorskich, jak i habilitacyjnych, bo wszystkie umorzenia leżały w gestii prezydium.

Czy wnioskowano o nie dopiero, gdy kandydat widział negatywne recenzje i nie widział dla siebie szans, zatem chciał uniknąć kompromitacji?

Prawo zezwala to zrobić na każdym etapie i wnioskodawcy korzystali z tego przywileju. Braliśmy pod uwagę fakt, że to jednostki ponoszą koszty postępowań, zatem pozytywna opinia jednostki dotycząca umorzenia była dla nas wskazówką do uwzględnienia wniosku. W przeciwnym razie zapewne moglibyśmy wylądować w sądzie, a po co nam to? Żeby sobie sytuacji nie utrudniać, podchodziliśmy do kwestii umorzeń dość życzliwie. Muszę jednak powiedzieć, że nie wszystkie wnioski o umorzenie zostały rozpatrzone pozytywnie.

Jak wiele spraw trafiło do sądów?

Pojedyncze sprawy. Podobnie jest z odwołaniami od uchwał CK. Rekordowy pod tym względem był rok 1993, kiedy było 129 odwołań, a potem rok 2006 – 107. Natomiast w ostatnich latach było od kilkunastu do dwudziestu kilku odwołań do sądów powszechnych. Takie sprawy są nagłaśniane, stąd wrażenie, że jest ich wiele. Dużo więcej, cztery razy więcej, jest odwołań do Centralnej Komisji od uchwał rad jednostek organizacyjnych, np. w 2017 – 95, 2018 – 110, 2019 – 116. Część z nich dotyczy procedury nadawania doktoratów, bowiem w tym przypadku też organem odwoławczym była CK. Jednostki uprawnione do nadawania stopni naukowych różnie są do tego przygotowane pod względem formalnym. Bardzo wiele odwołań – może połowa – związane jest z niedochowaniem procedur. Czasami jest to tylko trik, który ukrywa braki w samym dorobku.

Co zyskuje ten, kto się odwołuje?

Nic albo niewiele. Musi przedstawić tę samą pracę i dorobek. Natomiast sporo dodatkowej pracy dostają jednostka naukowa i CK.

Co zyskuje osoba, która wnioskuje o umorzenie?

Nie ma karencji co do powtórnego składania wniosku. Może zatem lepiej przygotować dokumentację, poprawić pracę. Tu jest coś na rzeczy.

Dużo jest takich przypadków?

Nie. Ale każdy taki wniosek to o tyle za dużo.

CK wciąż cierpi na rozmaite niedostatki, które nawarstwiały się latami: kadrowe, finansowe, zaplecza, informatyczne, prawne. To zapewne także powód, dla którego wiele rzeczy dzieje się wolniej niż powinno. Czy któryś z tych braków udało się zlikwidować?

Z finansowaniem nie jest teraz tak źle. Zdalne posiedzenia są po prostu tańsze.

Ale to znaczy, że problemu nie rozwiązano systemowo, że nie zrobiło tego ministerstwo, tylko pandemia…

Tak, ale dzięki temu udało się rozwiązać pewne problemy. Jeśli chodzi o kadry, udało się zlikwidować umowy śmieciowe. Wreszcie nie ma problemów sprzętowych – jest nowa serwerownia, nowe serwery o dużej pojemności. Zakupiliśmy współczesne programy komputerowe dotyczące wszystkich obszarów działalności CK, a teraz RDN. Dość szybko zaczęliśmy działać zdalnie, gdyż pojawiły się nowe programy i sprzęt. Informatyzacji nie da się załatwić raz na zawsze. W tym obszarze wiele się dzieje, wciąż pojawiają się nowe rozwiązania, a zatem trzeba gonić za rozwojem technologii. Zasadniczo wzmocniliśmy biuro i dział prawny.

O ile więcej osób pracuje w tych działach w stosunku do chwili, gdy obejmował pan funkcję?

Nie przybyło etatów na zatrudnienie dodatkowych pracowników.

Może nie było potrzeby zatrudniania dodatkowych osób?

Była. Ludzie pracowali dłużej, zostawali po godzinach. Trudno było jednak zatrudniać dodatkowe osoby z powodu chwilowego nagłego napływu większej liczby wniosków. Ta górka związana z 30 kwietnia została zniwelowana. Do RDN przejdzie z tego tylko kilkadziesiąt wniosków. Każdy zespół dyscyplinowy sobie z tym poradzi. Rada ma znacznie mniej wniosków do rozpatrzenia niż komisja.

Pytałem pana kiedyś o dokumentację postępowania profesorskiego z Politechniki Rzeszowskiej – dopiero któraś z kolei moja interwencja sprawiła, że te materiały pojawiły się na stronie CK…

Przypadek, o którym pan mówi, nie wynikał z braku rąk do pracy, ale raczej z przeoczenia. Czasami jest więcej pracy i przy tysiącach spraw może się zdarzyć przeoczenie.

Zapytam jeszcze o jawność recenzji.

Po zakończeniu procesu powinny być jawne.

A nie od początku?

Mnie by to nie przeszkadzało, ale jaki byłby tego cel? Prawdopodobnie wzrosłaby liczba próśb o umorzenie, a to nie jest dobry kierunek. W tym zakresie trzeba zmienić przepisy.

Jak pan ocenia zmianę prawa i nowe zasady postępowań awansowych?

Nie ma idealnego prawa. Mamy sporo uwag do ustawy i przy nowelizacji powinny one zostać uwzględnione. Jeden z przykładów spraw, które udało się w międzyczasie załatwić dzięki ministrowi Wojciechowi Murdzkowi i Bartłomiejowi Banaszakowi, dyrektorowi Departamentu Nauki w ministerstwie: obowiązywała zasada, że protokół z posiedzenia komisji habilitacyjnej mają podpisać wszyscy osobiście w jednakowy sposób (albo wszyscy podpisują odręcznie, albo elektronicznie). Te dokumenty zatem krążyły, podpisy były zbierane. Zmiana polega na tym, że teraz podpis składa przewodniczący. To duża oszczędność czasu. Zwracaliśmy uwagę na wiele rzeczy jeszcze podczas procedowania ustawy. Nie wszystkie nasze propozycje się przebiły. Wraz z profesorem Grzegorzem Węgrzynem, przewodniczącym RDN, podjęliśmy kolejne starania, aby pewne błędy naprawić przy najbliższej okazji.

Proszę wskazać choćby najważniejsze?

Na przykład immunitet dla recenzentów, którzy boją się pisać negatywne opinie, bo są skarżeni do sądów. Wnioskowaliśmy o przywrócenie możliwości zawieszania i odbierania uprawnień ze względu na łamanie zasad. Teraz nie ma takiej możliwości. Do tej pory było tak, że jeżeli jednostka straciła kadrę potrzebną do uprawnień, to pisała do CK wniosek o czas na uzupełnienie kadry. Teraz, po ewaluacji, jednostka, która uzyska kategorię dzięki kilku znakomicie publikującym badaczom, zachowuje je, nawet jeśli autorzy sukcesu przenieśli się gdzieś indziej. Do kolejnej ewaluacji jest spokój. Z pewnością tak być nie powinno. Nie ma, i obawiam się, że nie będzie, żadnej możliwości odbierania uprawnień ze względu na nierzetelne postępowanie jednostek czy rad dyscyplin. Nie ma teraz nawet ramowych zasad prowadzenia postępowania awansowego. Efekt jest taki, że uczelnie się gubią w tym wszystkim, każdy robi po swojemu. Centralna Komisja musiała odmawiać zatwierdzania regulaminów postępowań awansowych nawet zacnym uczelniom. Ale RDN nie ma nawet tego prawa. Zatem w ustawie powinien się pojawić jakiś schemat prowadzenia postępowań awansowych obowiązujący wszystkich. Jest napisane, że jeżeli dwie recenzje dorobku habilitacyjnego są negatywne, to wniosek nie może być rozpatrzony pozytywnie. Ale głosowania na posiedzeniu komisji habilitacyjnej i na posiedzeniu rady jednostki są tajne, a ich wyniki bywają pozytywne wbrew konkluzjom recenzentów. Co zrobić w takiej sytuacji? Wystąpiliśmy, aby w takich przypadkach decyzja była negatywna z mocy ustawy. Po co dalej procedować takie wnioski?

Czy także wtedy, gdy jest pięć recenzji pozytywnych, nie może być negatywnego głosowania?

Mówiłem o sprawie proceduralnej dotyczącej habilitacji. To zapis ustawowy decydował o wyniku negatywnym. Profesury to co innego. W ustawie nie ma żadnego zapisu dotyczącego wyniku postępowania w zależności od konkluzji w recenzjach. Dlatego nie można przerywać procedury przed jej zakończeniem. Wyjątkiem może być prośba osoby zainteresowanej o umorzenie postępowania.

W posiedzeniach sekcji był wyznaczany rzeczoznawca, który referował sprawę – miał do dyspozycji recenzje i całą dokumentację. Członkowie sekcji mogli wiedzieć więcej niż pokazywały wyniki recenzji. Pytał pan o pięć recenzji. Są recenzje na trójkę z minusem. Niby poprawne pod względem zakresu, ale płytkie. W zasadzie niewiele wnoszą do poznania habilitanta czy kandydata do tytułu profesora. Bywało też tak, że cały czas krytyka, krytyka, a na koniec pozytywny wniosek lub odwrotnie. Rzeczoznawca mógł przedstawić wątpliwości wyrażone w recenzjach, podsumować zarzuty i plusy dorobku. W nowej rzeczywistości prawnej zespoły Rady Doskonałości Naukowej nie mają zagwarantowanego rzeczoznawcy. Efekt jest taki, że każdy musi czytać wszystkie recenzje i zapoznać się z dorobkiem kandydata do stopnia czy tytułu, co jest kłopotliwe, wymaga znacznie więcej czasu niż powinien na każdą sprawę przeznaczyć członek RDN.

To teraz bez lukru, cukru i pudru: jak pan ocenia działalność komisji, jej członków, sekcji? Może być z odrobiną autokrytycyzmu…

Nie lukrowałem ani nie cukrowałem czy pudrowałem. Nieprawidłowości wystąpiły, ale nie było ich wiele. Ktoś może powiedzieć: to i tak za dużo. Tak, ale proszę wskazać instytucję, w której nie popełniono ani jednego błędu. Proszę wskazać człowieka, który choć raz się nie pomylił. Natomiast przytłaczająca liczba spraw była rozpatrywana bez uchybień, poprawnie. Ocenę wyrazili też samodzielni pracownicy naukowi, wybierając do RDN około 40 procent członków z grona dotychczasowych członków CK. To świadczy o tym, że komisja cieszyła się zaufaniem społeczności akademickiej. A przecież nie wszyscy mogli się ubiegać po raz kolejny o wybór, bo wyeliminował ich wiek. Część członków CK wyeliminowała nowa lista dyscyplin, których jest teraz mniej, a w RDN mogą być tylko trzy osoby na jedną dyscyplinę. Przypomnę, że w CK liczba reprezentantów dyscypliny była proporcjonalna do liczebności jej kadry.

Jak pan ocenia możliwość ubiegania się o członkostwo w RDN wszystkich samodzielnych pracowników naukowych, a nie tylko profesorów tytularnych?

Uważam, że wszyscy samodzielni powinni mieć czynne prawo wyborcze, ale mam wątpliwości, czy także bierne. W ten sposób w przypadku wniosków profesorskich będą sędziami we własnej sprawie albo będą opiniowali wnioski o profesurę, choć sami jej nie posiadają. Nie przekonuje mnie to, że wtedy są oni wyłączani z głosowania. Ono się odbywa w gronie osób, które znają się z pracy w zespole, gdzie powstają i działają różne nieformalne, trudno wyczuwalne i definiowalne relacje międzyludzkie. W podświadomości może pojawić się refleksja: następnym razem będą głosować w mojej sprawie. Poprzednie rozwiązanie – w którym bierne prawo wyborcze mają tylko profesorowie tytularni – było lepsze.

Co by pan poradził prof. Grzegorzowi Węgrzynowi?

Z Grzegorzem Węgrzynem kontaktujemy się często, wymieniamy uwagi. Prof. Węgrzyn był w przedostatniej kadencji wiceprzewodniczącym komisji, a w ostatniej przewodniczącym Sekcji Nauk Biologicznych, Leśnych i Weterynaryjnych; z tego tytułu był członkiem Prezydium CK, a zatem dobrze zna CK, dobrze orientuje się w problematyce procedur awansowych, praktyce i teorii. Poza tym spotykamy się na bieżąco, analizując sytuację, rozmawiając, dyskutując, przygotowując dokumenty i wystąpienia, zatem to będzie płynne przejście i chyba nie potrzebuje żadnych rad, a moje opinie zna od dawna i zawsze może na nie liczyć.

Rozmawiał Piotr Kieraciński

Wróć