logo
FA 2/2021 w stronę historii

Piotr Hübner

Jak to z docentami było

Fot. Stefan Ciechan

Pojęcie habilitacji wywodziło się od łacińskiego habilis – „nadający się do czegoś”. W prawie rzymskim było to „nadanie zdolności prawnej” określonego rodzaju. W nauce akademickiej – zdolność bycia profesorem bądź docentem.

W XIX wieku upowszechnił się wzór z Getyngi w postaci privat-dozenta. Było to połączenie pojęcia „privatgelehrte” (uczony) z funkcją określaną jako „docent”. W uczelniach włoskich stosowano określenie libero docente. Jako kryterium zatrudnienia ich przy wykładach przyjęto wyłącznie wiedzę. W systemie stworzonym przez Wilhelma von Humboldta w państwowych uniwersytetach docenci i profesorowie prowadzący collegium privatum zgłaszali temat takiego wykładu do aprobaty ministra w celu umieszczenia informacji w publikowanych spisach zajęć. Udział w nich był opłacany przez studentów w kwesturze. Od tych zajęć odróżniano collegium privatissimum – zajęcia całkowicie prywatne, prowadzone nieodpłatnie we własnych mieszkaniach. Obowiązkiem każdego docenta i profesora było collegium publicum – wykład publiczny z dyscypliny nauki związanej z daną katedrą. Profesor nadzwyczajny prowadził w roku akademickim jeden taki wykład, kończący się egzaminem, a profesor zwyczajny dwa.

Próby habilitowania się na Uniwersytecie Jagiellońskim zakończyły się początkowo niepowodzeniem, natomiast na Uniwersytecie Lwowskim przeprowadzono skuteczne habilitacje już w 1850 roku. W systemie austriackim stosowano w nazewnictwie ustawowym określenie venia docendi, w polskim, po odzyskaniu niepodległości – venia legendi. W XIX wieku utarło się rozróżnienie zmodyfikowane: venia docendi oznaczało prawo wykładania z danego przedmiotu zamkniętego, a venia legendi prawo wykładania na wskazanej katedrze. Adam Wrzosek [pracę Myśli o reformie wydziałów lekarskich (1919) publikował pod pseudonimem Adam Skibiński] definiował: „Tytuł docenta jest to oficjalny tytuł uczonego; docentem zatem powinien być tylko uczony”. Do tego „docenturę należy uważać tylko za okres przejściowy do profesury, przeto od kandydata na docenta należy wymagać warunków podobnych jak od kandydata na katedrę. Podobnych, lecz nie takich samych. Wchodzą tu w grę (…): przygotowanie naukowe (…), zdolności nauczycielskie i charakter”. Przygotowanie naukowe wymaga „prócz pracy habilitacyjnej, wykazania się gruntowną znajomością przedmiotu, który zamierzają wykładać, tudzież znajomością (…) logiki”. Zdolności nauczycielskie to nie „lata praktyki pedagogicznej”, lecz „zapał do nauczania”. Charakter to odpowiednie „warunki moralne”. Wrzosek postulował, by pierwszy rok po habilitacji docenci spędzali w uczelniach zagranicznych w celu nie tyle prowadzenia własnych badań, ile zapoznania się „dokładnie z organizacją pracy naukowej”. Po powrocie czekać ma na docenta „raczej mało wykładów, lecz dobrze opracowanych”, a do tego prowadzenie badań naukowych. Jeżeli w ciągu czterech lat docent nie uzyska profesury nadzwyczajnej, „powinien złożyć tytuł docenta”.

Ze sfer niezamożnych

W roku 1918 na łamach rocznika „Nauka Polska – Jej Potrzeby, Organizacja i Rozwój” opublikowano memoriał Towarzystwa Docentów UJ W sprawie bytu materjalnego docentów. Punktem wyjścia było stwierdzenie: „Bez materjalnej pomocy na tym polu większość z naszych pracowników czystej nauki nie mogłaby niczego zdziałać, ta bowiem większość rekrutuje się ze sfer niezamożnych, skazanych na codzienną troskę o chleb dla siebie i rodziny najbliższej”. Ten stan dotykał przede wszystkim docentów. Do tego: „Instytucja docentów jest z punktu widzenia organizacji uniwersytetu pomyślana jako rodzaj rezerwuaru sił naukowych, którym w danej chwili można będzie rozporządzać”. Ówcześnie za wykład docent otrzymywał czesne, opłacane przez uczestników wykładu (2,10 korony za godzinę w tygodniu na półrocze). Od czesnego stosowano jednak zwolnienia. W efekcie na UJ powyżej 300 koron w roku ak. 1913/1914 zarabiali tylko docenci prawnicy (25% w semestrze zimowym, 50% w semestrze letnim). Połowa docentów – lekarzy i filozofów – zarabiała poniżej 25 koron. Dopiero gdy docent prowadził wykład w zastępstwie profesora, otrzymywał remunerację w wysokości 300 koron (za godzinę w tygodniu na półrocze). Wskazywano, że „nie dość jest jednak dać środki do życia docentom: muszą oni jeszcze mieć choćby najskromniejszy warsztat do twórczej pracy badawczej”. Wyjściem byłoby – co postulowano – tworzenie poza uniwersytetem „osobnych placówek naukowych” oraz zakładanie fundacji pokrywających koszty udziału docentów w pracowniach uniwersyteckich. Autorem memoriału był Antoni Gałecki, wspomagany przez Władysława Konopczyńskiego. Ten komentował w „Dzienniku” (zapis z 9 III 1918): „Że też te docenty same nie umieją skoncypować nawet pisma o swych potrzebach. Na ankietę odpowiedziała ledwo trzecia część”. Jak widać grupa ta była – z racji „przejściowego” usytuowania – mało zdolna do artykulacji swych interesów.

Na łamach „Przeglądu Akademickiego” (nr 6/1922) wypowiedział się – w artykule Sprawa materialnego wyposażenia docentów – Włodzimierz Antoniewicz. Pisał o docentach habilitowanych, zwanych „prywatnymi”, których ustawa o szkołach akademickich (z 13 VII 1920) zaliczała „w poczet grona profesorskiego”. Pojęcie „wyposażenie” sugerowało, że chodzi o tych docentów, którzy w planie życiowym mają dążenie do tytułu profesora. Według Antoniewicza, monograficzne „wykłady docentów są przeznaczone przedewszystkiem dla specjalizujących się w pewnej dyscyplinie, natomiast wykłady profesorów muszą zawierać przedewszystkiem kursy całokształtne (…) od docentów wyczekuje świat naukowy znacznie bogatszych plonów naukowych, zwłaszcza ilościowych, aniżeli od profesorów, którzy niejednokrotnie kończą swą działalność naukową na pracy, która wprowadziła ich na katedrę uniwersytecką” (to zdanie redakcja opatrzyła w przypisie przeciwstawną opinią). Po zniesieniu czesnego docentom nie przysługiwał ekwiwalent płacowy. Musieli dorabiać w szkołach średnich, lokować się na etacie asystenta, bibliotekarza, archiwisty lub muzealnika. Jedynie praktyka lekarza czy prawnika dawała docentowi zabezpieczenie materialne. W dydaktyce uczelnianej obowiązywał docentów w tygodniu dwugodzinny wykład lub ćwiczenia. Dopiero sześć godzin tygodniowo w formie płatnych wykładów zleconych przynosiło równowartość pensji asystenta, ale ta nie wystarczała na utrzymanie rodziny. Status zastępcy profesora był przyznawany wyjątkowo. Według Antoniewicza, powołanie „docentur etatowych bez możliwości awansu byłoby rażącą niesprawiedliwością (…) staliby się urzędnikami naukowymi, licho płatnymi”. Antoniewicz opowiadał się za stypendiami dla docentów, zwłaszcza na uzupełniające studia zagraniczne. Postulował też oficjalne sporządzanie aktualizowanej ewidencji docentów, zgodnie z propozycją ich lwowskiego stowarzyszenia.

Traumatyczne przeżycie

Zebranie ogólne docentów UJ uchwaliło 29 grudnia 1926 roku memoriał do Ministerstwa WRiOP. Postulowano, by „dla zapewnienia stabilizacji życiowej” docent mógł po trzech latach wnieść „wraz ze sprawozdaniem ze swojej działalności naukowej, pedagogicznej i społecznej podania o uzyskanie stałej remuneracji w wysokości VII lub VI kategorii płac”. Powinni ewentualnie otrzymywać „tytuł profesora bez remuneracji” (w roku 1928 wprowadzono profesurę tytularną). W memoriale proponowano powrót do zwyczaju powoływania „na katedrę ad personam”. Docentom, którzy pełnili równolegle funkcje nauczycieli szkół średnich, należy przyznać – postulowano – „ulgi, co do akademickiej pracy naukowej czy dydaktycznej”.

Chociaż docent był funkcjonariuszem szkoły akademickiej, nie miał uprawnień pracownika i nie zajmował stanowiska służbowego. Mógł być pracownikiem jedynie, gdy równolegle zajmował stanowisko pomocniczego pracownika nauki, co było często spotykaną praktyką. W ten sposób podtrzymywano więź z potencjalnym kandydatem na profesora. Podobnemu celowi służyło wprowadzenie dla docentów z pięcioletnim stażem możliwości ubiegania się o tytuł profesora tytularnego (od 6 III 1928).

Habilitacja była traumatycznym przeżyciem. Jak cytuje Piotr Biliński (Władysław Konopczyński 1880-1952. Człowiek i dzieło – list do Ludwika Finkla z 21 XI 1910): „podczas colloquium rozmaicie można traktować kandydata, rozmaite można doń stosować wymagania i nawet nie ma takiego uczonego, któremu by na jakimś punkcie nie udało się zarzucić ignorancji – ale w te rzeczy nie mogę się wdawać. Jeżeli profesorowie krakowscy życzą sobie, bym z nimi pracował, to mnie przyjmą, jak nie to nie; na to nic nie poradzę”. Do tego jeszcze dostrzegał: „Wydział równoległych docentur sobie nie życzy” (list do Stanisława Krzyżanowskiego z 21 IX 1910), czyli obowiązywała zasada rozgraniczania habilitacji. Mogły i musiały być prowadzone według ustalonej przez dany wydział kolejności. Pytania zadawane podczas colloquium były zwyczajowo komunikowane osobiście kandydatowi. Zwyczajowo wykład habilitacyjny miał trwać godzinę akademicką (45 minut), dość często skracano jednak czas wykładu przebiegającego pomyślnie (do około 30 minut). Precyzowano, iż praca habilitacyjna ma „wnosić istotny postęp w nauce i świadczyć o samodzielności naukowego myślenia autora oraz znajomości literatury przedmiotu. Za pracę habilitacyjną nie może być uznana rozprawa doktorska lub jej przeróbka”. Liczbę tematów przedstawianych przez kandydata do wykładu ograniczono do dwóch. Wybrany przez radę wydziału wykład „ma na celu stwierdzenie posiadania przez kandydata umiejętności zwięzłego i jasnego przedstawienia zagadnień naukowych”.

Nieodpłatne wykłady

W tle był casus opóźnienia habilitacji na UJ przeprowadzanej przez Stanisława Kota, aktywnego działacza ludowego. Obyczaje wymagały uzyskania „zaproszenia do habilitacji” od profesora wykładającego dany przedmiot, mimo iż występował wtedy konflikt interesów. Zapraszający nie miał oficjalnego statusu w procedurze habilitacyjnej. Choć kandydat mógł osobiście złożyć wniosek u dziekana o uruchomienie procedur, zwyczajowo czynił to, po uzgodnieniach z kolegami, zapraszający. Można w tych obyczajach widzieć kontynuację dawnej procedury otwierającej dostęp do zamkniętego grona korporacyjnego, jednak już nie na poziomie doktoratu, a habilitacji. Prawo wykładania wygasało, gdy habilitowany w ciągu roku akademickiego nie wygłosił ani jednego wykładu (od 1 IX 1933 w ciągu dwóch kolejnych lat akademickich). Minister WRiOP miał prawo urlopowania habilitowanego, co utrzymywało jego uprawnienia. Od 14 lipca 1937 roku rada wydziału (a w uczelni jednowydziałowej rada profesorów) mogły za równorzędne z wykładem uznać kierowanie ćwiczeniami i pracami badawczymi przez habilitowanego, co zapobiegało utracie uprawnień. Między 1 września 1933 a 13 lipca 1937 roku prawo wykładania wygasało, gdy docent osiągnął 65 rok życia.

Kłopoty z drukiem sprawiły, że w końcu 1923 roku Ministerstwo WRiOP wydało okólnik zezwalający na zastępcze przedstawienie odpowiedniej radzie wydziału wydrukowanego streszczenia pracy. Przyznano też habilitantowi prawo zgłoszenia tylko jednego tematu wykładu habilitacyjnego (od 1 IX 1936 dwóch tematów). Kazimierz Twardowski ujawnił w liście do Romana Ingardena (z 10 II 1924) dodatkowe uwarunkowania, wynikające ze zwyczajowo ustalanej „polityki fakulteckiej”. Zakładała między innymi: „uważałbym za rzecz niewskazaną, aby Pańska habilitacja weszła na porządek obrad fakultetu, zanim nie będzie załatwiona pewna inna sprawa” (III Katedry Filozofii dla Kazimierz Ajdukiewicza). Dodawał: „Byłoby rzeczą dobrą, aby Pan mógł wykład wypowiedzieć z pamięci, przy pomocy jedynie notatek, a nie odczytywał go z rękopisu”.

W roku ak. 1929/1930 było w państwowych szkołach akademickich 253 docentów (do tego 22 profesorów tytularnych). W roku ak. 1934/1935 na UW aż 59 docentów (na 161 ogółem) musiało nieodpłatnie prowadzić wykłady, by nie stracić veniam legendi. Prace zlecone w wymiarze pensum dydaktycznego przynosiły miesięcznie 320 zł (godzina wykładu – 50 zł, godzina ćwiczeń – 35 zł). Docent na etacie adiunkta zarabiał około 400 zł, a jako zastępca profesora około 500 zł (co stanowiło połowę pensji profesora).

Tysiąc habilitacji

Na UJ prowadziło zajęcia 102 docentów, w tym 58 na Wydziale Filozoficznym; na UW – 155, w tym 59 na Wydziale Lekarskim, 41 na Wydziale Humanistycznym i 34 na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym; na UJK – 97, w tym 31 na Wydziale Lekarskim, 30 na Wydziale Humanistycznym i 21 na Wydziale Prawa; na USB – 32; na UP – 61; na WWP – 18. Bardziej unormowana etatowo była sytuacja na pozostałych typach uczelni. Na Politechnice Lwowskiej prowadziło zajęcia 15 docentów; na PW – 31, w tym 17 na Wydziale Chemicznym; na Akademii Górniczej – 5; na SGH – 11; na SGGW – 19. Coraz częściej stosowaną praktyką było obsadzanie docentów na etatach pomocniczych pracowników nauki – przykładowo w roku 1938/1939 na 154 docentów UW aż 43 zatrudniano na takich etatach, a na USB – na 29 docentów zatrudniano jako etatowych pomocniczych pracowników nauki 18.

Liczba habilitacji była znacząca – w latach 1919-1939 na UJ i UW habilitowało się po 240 osób. Ogółem habilitowało się w szkołach akademickich około tysiąca osób. Habilitowany nie otrzymywał żadnego dyplomu, nie odbywała się też uroczysta promocja. Jedynie minister mógł – na wniosek rady wydziału – cofnąć prawo wykładania.

W debacie na temat nowelizacji przedwojennej ustawy o szkołach akademickich Senat UJ przekazał Radzie Rektorów uwagi (5 XII 1946). Docentom etatowym zamierzano przyznać miejsca w radzie wydziału, tak jednak, by nie zmajoryzowali profesorów. Miał się też pojawić w niej delegat docentów nieetatowych. Wszyscy docenci zyskaliby udział w zebraniach ogólnych profesorów. Docenci nieetatowi mogliby – za zgodą uczelni macierzystej – realizować pensum w innej szkole akademickiej. Przewidziano możliwość kontrolowania przez senat „aktywności naukowej profesorów, habilitowanych zastępców profesorów, jak i docentów etatowych”. Odrębny projekt sporządzili profesorowie UJ Konstanty Grzybowski i Anatol Listowski we wrześniu 1946 roku, co aprobowało „zebranie docentów UJ”. Projektowano, by Zebranie Ogólne Docentów (już jako organ ustawowy) wybierało delegatów do senatu (zajmowaliby najwyżej połowę miejsc). Na początku czerwca 1945 roku Ministerstwo Oświaty przedstawiło projekt mianowania szeregu docentów profesorami nadzwyczajnymi ad personam „bez tworzenia dla nich oddzielnych katedr”. Senat UJ sporządził do lipca tego roku – na podstawie opinii rad wydziałowych – listę 67 kandydatów z grona docentów UJ i 25 z grona docentów UJK. Dominowały ilościowo wnioski z Wydziału Filozoficznego UJ.

Józef Pieter wspominał (Czasy i ludzie tom II, 2004), że gdy habilitował się na Uniwersytecie Poznańskim w trudnych realiach powojennych (8 XI 1945), Rada Wydziału Humanistycznego uznała za pracę habilitacyjną „całokształt poważnego i twórczego dorobku naukowego doktora J. Pietera”. Rektor UP – zarazem egzaminator – miesiąc wcześniej „ułatwił mi przygotowanie się do kolokwium zestawem trzech tematów psychologicznych, jako »prawdopodobnych przedmiotów rozmowy« i mego ewentualnego wykładu habilitacyjnego”. Po kolokwium, „które trwało półtorej godziny Rada Wydziału zwolniła mnie z wykładu i jednomyślnie przyznała tytuł docenta Uniwersytetu Poznańskiego”. Pieter, który mieszkał w Katowicach, gdzie był dyrektorem Instytutu Pedagogicznego, nie był w stanie spełnić obowiązku wykładania (bezpłatnego) na Uniwersytecie Poznańskim. Bezskutecznie ubiegał się o przeniesienie habilitacji i wykładów na Uniwersytet Jagielloński. Odmówiono mu pod pretekstem, że Wydział Filozoficzny UJ prowadzi psychologię pedagogiczną, a nie psychologię, z której Pieter się habilitował. Pieter wyjaśniał: „Chodziło o formalność, a nie o etat na UJ (…). W każdym razie habilitacja na Uniwersytecie Poznańskim otworzyła mi drogę na uniwersytety. Co najmniej zaś drogę do ewentualnych starań czy przetargów o katedrę uniwersytecką (…). Jako docent habilitowany i ze sporym dorobkiem naukowym miałem dobre widoki na otrzymanie katedry i nominacji na profesora nadzwyczajnego. Wszak wielu inżynierom bez doktoratu i habilitacji, ponadto również niektórych doktorom bez habilitacji przyznawano wówczas katedry ze stopniem naukowym profesora nadzwyczajnego”. Mimo braku wykładów – gdy dekretem prezydenckim z 16 maja 1949 roku mianowano Pietera profesorem nadzwyczajnym w katedrze psychologii rozwojowej na Wydziale Humanistycznym UŁ – określono go w nominacji jako „docenta Uniwersytetu Poznańskiego”.

Habilitacja centralna

Podczas „Odprawy Profesorów członków PPR i PPS w KC PPR w dniu 8 VI 1948 roku” Włodzimierz Michajłow przedstawił rozwiązania przygotowywane w przepisach wykonawczych. Przewidywano – tam gdzie prawo do przeprowadzania habilitacji istniało – „prowizoria o tymczasowości (…) z propozycją składania w pewnym określonym terminie wniosków o nadanie stałego prawa habilitacji”. Według tego decydenta, „chodzi o podniesienie poziomu naukowego prac habilitacyjnych (…) będą one oceniane nie przez poszczególnych recenzoristów [sic!], ale odpowiedzialna za prace habilitacyjne będzie komisja, w skład której mogą wchodzić w niektórych wypadkach nie tylko uczeni, ale również wybitni praktycy z tego zakresu (…) przepisy przewidują publiczne wykłady habilitacyjne (…) przy habilitacji centralnej rolę wydziału odpowiedniego spełnia sekcja powołana przez Radę Główną. I komisja zostaje powołana przez tę sekcję. Jest w nowych przepisach prawo wkroczenia w każdej fazie przewodu habilitacyjnego i przeniesienia jej na żądanie kandydata (…) do Ministerstwa i Rady Głównej”. Jak ustalił Witold Jan Chmielewski [Stanisław Skrzeszewski wobec nauki w świetle własnych notatek, listów i pism (1944-1950), 2014], sprawa habilitacji centralnej budziła wątpliwości wśród decydentów – Władysława Bieńkowskiego i Włodzimierza Michajłowa. Skrzeszewski zanotował (14 IV 1948): „Jestem zwolennikiem wprowadzenia [jej] z kilku przedmiotów, mających najbardziej polityczne znaczenie i politycznie najgorzej obsadzonych (np. ekonomia, może socjologia, pedagogika, filozofia, historia literatury polskiej)”.

Ten tradycyjny system dopuszczania do profesury został zniesiony w 1951 roku po wprowadzeniu sowieckiej nomenklatury, odnoszącej się do kształcenia aspirantów, zdobywania stopni kandydata i doktora nauk.

Wróć