logo
FA 2/2021 życie naukowe

Jerzy Marian Brzeziński

Jak to z CK było?

Fot. Stefan Ciechan

Spróbuję skierować uwagę Czytelników na osiągnięcia i zaniechania CK, często niezawinione (tu trzeba „podziękować” ministrom i politykom kolejnych rządów za pokrętne i niedopracowane przepisy prawne). Będzie to moja osobista historia CK.

Centralna Komisja do spraw Tytułu Naukowego i Stopni Naukowych została powołana do życia na mocy ustawy z dnia 12 września 1990 r. o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz o stopniach i tytule w zakresie sztuki. Rozpoczęła działalność 1 stycznia 1991 r., zastępując bezpośrednio Centralną Komisję Kwalifikacyjną dla Pracowników Nauki działającą w latach 1973-1990, powołaną przez prezesa rady ministrów na wniosek ministra właściwego do spraw nauki, szkolnictwa wyższego i techniki. Wedle ustawy z 1990 r. w miejsce dwóch tytułów naukowych, profesora nadzwyczajnego i profesora zwyczajnego, wprowadzono jeden tytuł naukowy profesora.

Projekt nowej ustawy przygotował zespół specjalistów działających pod kierunkiem profesora nauk prawnych i adwokata Huberta Izdebskiego, w późniejszych latach członka CK, a także jej sekretarza w latach 2014-2017. Zaś sama inicjatywa napisania ustawy przywracającej ducha demokracji (w tym wprowadzającej demokratyczne wybory członków CK – uchylenie przepisów ujętych w art. 21 i 22 jednolitego tekstu ustawy z dnia 25 lipca 1985 r. o zmianie ustawy o stopniach naukowych i tytułach naukowych) – wyszła od prof. Henryka Samsonowicza, historyka, ministra edukacji narodowej w gabinecie premiera Tadeusza Mazowieckiego, oraz prof. Janusza Grzelaka, psychologa społecznego, podsekretarza stanu w tym ministerstwie. Komisję tworzyło 220 osób posiadających tytuł profesora. Były one powoływane w trybie tajnych wyborów spośród osób z tytułem profesora, wskazywanych przez rady jednostek organizacyjnych uczelni i instytutów, które posiadały uprawnienia do nadawania stopnia naukowego doktora. Wybory przeprowadzano korespondencyjnie, a czynne prawo wyborcze miały osoby z tytułem naukowym profesora. Mimo późniejszych nowelizacji „ustawy Izdebskiego” zasada demokratycznych wyborów członków CK nie została zarzucona. Podobnie też został powołany pierwszy skład nowego organu, Rady Doskonałości Naukowej, która 1 stycznia 2021 r. zastąpiła CK.

Spróbuję skierować uwagę Czytelników na osiągnięcia i zaniechania CK, często niezawinione (tu trzeba „podziękować” ministrom i politykom kolejnych rządów za pokrętne i niedopracowane przepisy prawne). Będzie to moja osobista historia CK.

Za wysokie progi?

1. Konieczność utrzymania centralnej instytucji (funkcjonującej jako organ kontrolny), zewnętrznej w stosunku do rad wydziałów i rad naukowych nadających stopnie w dziedzinach naukowych i dziedzinach sztuki oraz opiniujących wnioski o nadanie przez Prezydenta RP tytułu profesora – stanowiącej kontynuację CKK (mimo dzielących je, istotnych różnic)

Paradoksalnie, gdy apelujemy o więcej wolności dla uczelni i instytutów badawczych, taka centralna instytucja kontrolna o wysokim stopniu autonomii (zwłaszcza względem ministerstwa mającego zakusy, aby jako jedyna instytucja miało przemożny wpływ na wszystko, co się dzieje w sferze nauki i szkolnictwa wyższego) nadal jest niezbędna. Zwłaszcza w sytuacji, gdy tak łatwo w Polsce – po systematycznym psuciu prawa – uzyskać stopnie naukowe. Dziś stopień doktora można uzyskać w niektórych jednostkach za coś, co kiedyś było dobrą pracą magisterską. Dlatego też uważam, że słuszne było (niestety, to już czas przeszły dokonany) usytuowanie CK przy premierze, a nie przy ministrze. RDN, następczyni CK, już wpadła w sidła MEiN.

Pamiętam, jak odbywały się wybory dwóch kandydatów na przewodniczącego i wybory jego dwóch zastępców w sali Urzędu Rady Ministrów. Przechowuję też w domowym archiwum listy gratulacyjne od kilku premierów w związku z wyborem na członka CK oraz ich podziękowania skierowane do członków po zakończeniu kolejnych kadencji. Pierwszym premierem, który zerwał z tą tradycją i nie zaprosił do siebie członków CK, był Jarosław Kaczyński. Ten nowy obyczaj przejęli kolejni premierzy. I tak już zostało. Ostatni zaś przewodniczący CK powołany był przez premiera bezpośrednio ze składu członków CK, a nie spośród dwóch wybranych i przedstawionych premierowi kandydatów, do czego zobowiązywała wówczas ustawa, która została przez niego złamana. W tym celu potrzebna była ekspresowa nowelizacja ustawy, w której art. 33 ust. 3 otrzymał nowe brzmienie: „3. Prezes Rady Ministrów powołuje przewodniczącego Centralnej Komisji z grona jej członków”. I w ten sposób zapoczątkowana została nowa tradycja, którą – z małą modyfikacją – przejęła najnowsza ustawa (art. 235 ust. 4): to już nie premier (za wysokie progi?), a minister „samorządnie” powołuje i odwołuje przewodniczącego Rady Doskonałości Naukowej. „RDN podlega kontroli ministra […]” (art. 232 ust. 2 ustawy z dnia 20 lipca 2018 r. prawo o szkolnictwie wyższym i nauce).

Nic nie jest wieczne

2. Przekazanie, a później odebranie uprawnienia do ogłaszania wykazu dziedzin nauki i sztuki oraz dyscyplin naukowych i artystycznych przewodniczącemu CK, który działał na mocy stosownej uchwały CK.

Pierwszy taki wykaz ogłoszono w formie obwieszczenia przewodniczącego CK w 1992 r. Był on w późniejszych latach uzupełniany i modyfikowany, bywało że pod presją wywieraną przez przedstawicieli określonej, ich zdaniem niedowartościowanej, dyscypliny naukowej. Jednakże ta kompetencja została CK odebrana. Przejął ją minister NiSW (rozporządzenie minister B. Kudryckiej z dnia 8 sierpnia 2011 r, wydane na mocy rozporządzenia Prezesa Rady Ministrów z dnia 15 marca 2011 r.). Nie jest (i nie było) dla mnie jasne, dlaczego w dziedzinie nauk społecznych wyodrębniono dwie podobne dyscypliny: nauki o bezpieczeństwie i nauki o obronności oraz też podobne dwie dyscypliny: nauki o polityce i nauki o polityce publicznej? Minister, tworząc nowy wykaz, kierowała się też względami pozamerytorycznymi i nie do końca natury naukowej. Przykładowo, na zwróconą przez Konferencję Episkopatu Polski uwagę, że w projekcie nowego wykazu zabrakło nauk o rodzinie, niezwłocznie swój „błąd” naprawiła (o czym napisała w uzasadnieniu) i wprowadziła do wykazu tę nową dyscyplinę naukową, lokując ją w dziedzinie nauk humanistycznych (w sąsiedztwie dziedziny nauk teologicznych – wspólny, według wykazu, z dziedziną nauk humanistycznych obszar wiedzy), a nie – co ma głębokie, merytoryczne uzasadnienie – społecznych (obok pedagogiki, psychologii i socjologii). Nawiasem mówiąc, Sekcja I CK zaopiniowała ten pomysł negatywnie. No cóż, racje polityczne czasami wygrywały z racjami naukowymi.

Kolejne nowelizacje ustawy z 12 września 1990 r. i kolejne rozporządzenia ministra właściwego do spraw szkolnictwa wyższego i nauki, a zwłaszcza przywołane wyżej rozporządzenie z 8 sierpnia 2011 r. oraz najnowsze rozporządzenie ministra J. Gowina z 20 września 2018 r. – idące najgłębiej i demolujące dotychczasową klasyfikację – skutkowały dalszymi zmianami w wykazie dziedzin i dyscyplin, w obrębie których można było przeprowadzać przewody doktorskie i habilitacyjne oraz oceniać wnioski o nadanie przez prezydenta RP tytułu profesora. To ostanie rozporządzenie nie zyskało przychylności dużej części środowiska akademickiego (zob. np. ostatnio opublikowany krytyczny głos prof. Andrzeja Pilca z Instytutu Farmakologii PAN i Collegium Medicum UJ, zamieszczony w numerze 543 „PAUzy Akademickiej” z 4 lutego 2021 r.). Dość swawolne łączenie „starych” dyscyplin w nowe (hybrydowe), a także utrzymanie sztucznego rozdzielenia niektórych dyscyplin (co było efektem namnażania dyscyplin naukowych w poprzednich latach) jest przykładem kierowania się twórcy nowej klasyfikacji względami nie tylko merytorycznymi. Decydowały też naciski na autora klasyfikacji wywierane przez silne uniwersytety, w których dana dyscyplina funkcjonowała jako samodzielna.

Takie naciski były też wywierane przez Kościół katolicki, aby utrzymać teologię jako odrębną dziedzinę nauki (sic!). Wywołały one efekt gettyzacji (przestrzegałem przed tym w FA 3/2019). Najbardziej cudacznie to wygląda w RDN. Trzech przedstawicieli tej dziedziny tworzy odrębny Zespół VII Nauk Teologicznych i podejmuje ważkie decyzje. Przypomnijmy, że w długiej historii CK przedstawiciele teologii (katolickiej – trzeba dodać) przyjaźnie funkcjonowali w ramach wielodyscyplinowej Sekcji I Nauk Humanistycznych i Społecznych. Moim zdaniem – z pożytkiem dla teologów. I czy nie trzeba było włączyć teologii (liczba mnoga!) do stosunkowo szerokiej dziedziny nauk humanistycznych? No i zasadnicze pytanie: dlaczego przyjęto za punkt wyjścia przestarzałą – i stworzoną dla celów gospodarki – klasyfikację OECD? Szkoda tylko, że te głosy pojawiły się teraz, a nie na etapie tworzenia rozporządzenia. Ale nic nie jest wieczne i zapewne dojdzie do kolejnej zmiany owej klasyfikacji.

Ofensywa słabych

3. Nadawanie przez CK uprawnień jednostkom organizacyjnym do nadawania stopni w dyscyplinach naukowych i stopni w dyscyplinach artystycznych oraz do popierania uchwał tychże jednostek do nadania przez Prezydenta RP tytułów w dziedzinach nauki i sztuki

Uważam, że nie było dostatecznie silnej woli po stronie CK, aby „ruszyć z posad” kryteria (zwłaszcza te ilościowe, związane z minimami kadrowymi), których spełnienie przez ubiegające się jednostki upoważniałoby je do przeprowadzania przewodów doktorskich i habilitacyjnych oraz opiniowania wniosków o tytuł profesora. Także strona ministerialna tylko pozornie była zainteresowana podniesieniem poziomu wymagań. Podlegała ona naciskom słabszych naukowo (w poszczególnych dyscyplinach), ale liczniejszych uczelni. Niby wszyscy – i ministerstwo, i KRASP – byli zainteresowani podniesieniem poziomu wymagań, a jak przychodziło do podjęcia jakichś decyzji w ministerstwie, zapadała kłopotliwa cisza. Sam brałem udział w przygotowaniu takiego projektu. Nasuwa mi się analogia do postępującej inflacji słabego pieniądza w sytuacji słabej gospodarki. Chciałem z całą mocą powiedzieć, że w 1990 r., gdy wyartykułowano owe kryteria, stan kadrowy polskiej nauki – ograniczając się tylko do liczby doktorów habilitowanych i osób z tytułem naukowym profesora – był nieporównywalnie słabszy (z różnych zresztą powodów – też braku pełnego otwarcia na naukę światową), aniżeli obecnie czy przed kilku laty. No bo, przypomnijmy, wówczas proponowane wartości progowe wynosiły: (a) dla uprawnień doktorskich: 8 pracowników ze stopniem doktora habilitowanego lub tytułem profesora danej dziedziny, a w tym 5 osób z habilitacją z danej dyscypliny; (b) 12 pracowników ze stopniem doktora habilitowanego lub tytułem profesora danej dziedziny – w tym 6 pracowników z tytułem profesora danej dziedziny, a 8 pracowników powinno mieć habilitację z danej dyscypliny. Dla pracowników zaliczonych do minimum kadrowego dana jednostka powinna być podstawowym miejscem pracy. Te osoby powinny też być zatrudnione w jednostce nie krócej niż rok przed złożeniem wniosku. Oczywiście taki wniosek był wnikliwie analizowany przez określoną sekcję i Prezydium CK.

Była to wówczas wysoko ustawiona poprzeczka, która – podkreślam to – stanowiła duże utrudnienie dla słabych jednostek. W tamtej, otwierającej nowy, demokratyczny rozdział, ustawie nie chodziło o to, aby zbudować „tysiąc szkół na tysiąclecie”. Chodziło o jakość. Jednakże kolejni ministrowie (i Sejm) nie byli w stanie (nie chcieli?) przeciwstawić się żądaniom słabych naukowo (w danej dyscyplinie czy nawet całej dziedzinie) jednostek. Efektem owych zwielokrotnionych nacisków było niestabilne (dużo zmian: i w ustawie, i w rozporządzeniach wykonawczych ministra) i nie projakościowe prawo – z prawną obudową Rady Doskonałości Naukowej, która zastąpiła CK włącznie, o czym pisałem nieraz, także na łamach „Forum Akademickiego” (zob. zwłaszcza: FA 3/2019, s. 25-28) czy w „Nauce i Szkolnictwie Wyższym” (2/2017, s. 131-156). Mimo znaczącego wzrostu liczby pracowników samodzielnych (w tym z tytułami profesorów) nie tylko nie zwiększono wymaganej minimalnej liczby pracowników zaliczonych do minimum kadrowego jednostki ubiegającej się o prawa doktoryzowania czy habilitowania, ale… kolejnymi aktami prawnymi znacząco obniżano te wartości progowe, wprowadzano dodatkowe ułatwienia (sic!), aż zlikwidowano uwierające minima kadrowe. O ich podwyższaniu nikt już nie mówił.

Tym samym bardzo szeroko, nazbyt szeroko, otwierano drzwi przed słabszymi kadrowo uczelniami. Czy w ten nieprojakościowy sposób chciano zyskać przychylność słabszych uczelni publicznych i niepublicznych (te bardzo się w Polsce rozrosły w stosunku do wielkości populacji w wieku 19-24; mam na myśli współczynnik skolaryzacji brutto) dla polityki resortu? Te zaś zwiększyłyby „produkcję” doktorów i – mimo ułatwień – w znacząco mniejszym stopniu doktorów habilitowanych. Słabi doktorzy habilitowani wprowadzają do obiegu naukowego słabych doktorów, zgodnie z prawem Kopernika-Greshama. Niestety CK nie była dość stanowcza w położeniu tamy inflacyjnym praktykom ministerstwa (chociażby przez utrzymanie status quo), ale też nie zdołała przeforsować własnej, projakościowej propozycji. Nie wyprowadzono przewodów habilitacyjnych poza macierzystą jednostkę kandydata. Mimo powtarzanych apelów o przeprowadzanie postępowań habilitacyjnych oraz opiniowanie wniosków profesorskich poza macierzystą jednostką kandydata propozycja ta nie spotkała się z zainteresowaniem decydentów. Sam brałem udział w pracach małego zespołu roboczego (pracującego dla KRUP), którego celem było położenie tamy owym ułatwieniom. Ministerstwo nie wykazało nim zainteresowania. A i środowisko tylko pozornie popierało te (jednak nazbyt radykalne) zmiany. I nic nie zrobiono.

Moim zdaniem CK starała się postawić (mimo braku wsparcia prawnego) zaporę słabym merytorycznie wnioskom (kadra i jej osiągnięcia: publikacje naukowe, współpraca międzynarodowa, udział w kształceniu kadr naukowych, doświadczenie organizacyjne). Jednak bywało, że powołani przez nią naukowo kompetentni referenci wniosków o przyznanie odpowiednich do prowadzenia przewodów doktorskich i habilitacyjnych patrzyli na nie zbyt łaskawym okiem, akceptując osoby zaliczone do minimum kadrowego, które nie gwarantowały (chociażby z powodu zaawansowanego wieku), przynajmniej przez okres 7-10 lat rozwoju naukowego jednostki, czy skupiając się na jej znaczącej roli w regionie. Zresztą owa przychylność nie rozkładała się równomiernie pośród dyscyplin naukowych. W sytuacji gdy uchwały o nadaniu stopnia doktora habilitowanego nie trafiały do CK w celu ich zatwierdzenia, należało być bardzo wymagającym w przyznawaniu uprawnień. Argumentacja podnoszona we wnioskach – zwłaszcza w odwołaniach od negatywnych decyzji CK – że spełnianie przez jednostkę wymagań ilościowych jest prawnie wystarczające do przyznania uprawnień, nie jest jednak wystarczająca merytorycznie i nie powinna być brana pod uwagę. Jednakże spełnienie słabego wymogu pt. „minimum kadrowe” to tylko punkt wyjścia do dyskusji o jakości dorobku naukowego i doświadczeniach w kształceniu kadry naukowej pracowników jednostki. Liczy się przede wszystkim jakość zatrudnionych w jednostce badaczy: ich dorobek naukowy, doświadczenie w prowadzeniu przewodów (gościnnie) doktorskich i pełnienie roli recenzentów w przewodach awansowych.

Z niepokojem czekam na przyznanie – na podstawie wyniku ewaluacji dyscyplin naukowych uprawianych w uczelniach (wszak to senaty uczelni są podmiotami doktoryzującymi i habilitującymi), instytutach badawczych i instytutach PAN – w wyniku przeprowadzonej w 2022 r. (czy na pewno?) ewaluacji uprawnień do prowadzenia przewodów doktorskich i habilitacyjnych. Wystarczy kategoria B+. A doświadczenie w kształceniu kadry naukowej? A pozycja naukowa samodzielnych pracowników (z habilitacją)? Przecież – co nietrudno sobie wyobrazić – na kategorię B+ czy nawet A mogą zapracować sami dobrze publikujący adiunkci. Ewentualnie z niewielkim wsparciem pracowników samodzielnych. I to de facto adiunkci zdecydują o przyznaniu jednostce uprawnień. Nie uważam też za dobre rozwiązanie oderwania wniosków profesorskich od uczelni i instytutów (oczywiście kandydaci powinni składać wnioski poprzez zewnętrzne względem miejsca zatrudnienia uczelnie i instytuty) i bezpośredniego poprowadzenia wniosków przez RDN. I dlaczego to RDN wskazuje zewnętrzny podmiot doktoryzujący i habilitujący? I gdzie ta doskonałość?

CK powinna też – w sytuacji odebrania jej prawa zatwierdzania uchwał rad jednostek dotyczących nadawania stopnia doktora habilitowanego – w większym, aniżeli to czyniła, stopniu okresowo weryfikować trzymanie naukowych standardów przez uprawnione jednostki (uczelnie i instytuty) na odpowiednio wysokim poziomie. Wiem, że CK dysponowała skromnym funduszem, a dyrektor i pracownicy Biura Centralnej Komisji „stawali na głowie”, żeby profesjonalnie i z poświęceniem, w mało komfortowych warunkach pracy sprostać zwiększanym z kadencji na kadencję zadaniom. I należą się im za to słowa podziękowania.

Siła przyzwyczajenia

Przytoczę trzy znaczące przykłady obniżania poziomu naukowego w systemie awansów naukowych, których źródłem było złe, pośpiesznie uchwalane prawo.

Przykład 1: 27 lipca 2005 r. uchwalono ustawę Prawo o szkolnictwie wyższym, która zmieniała z 6 na 3 liczbę profesorów w minimum kadrowym jednostki ubiegającej się o uprawnienia habilitacyjne. Teraz to jest bez znaczenia, ale przez piętnaście lat to ułatwienie sprzyjało słabym kadrowo jednostkom.

Przykład 2: W ustawie z 18 marca 2011 r. wprowadzono słynny art. 21a, na mocy którego do tworzącego minimum kadrowe grona osób ze stopniem doktora habilitowanego dołączono także osoby, które na mocy jednoosobowej (sic!) decyzji administracyjnej rektora uczelni, dyrektora instytutu PAN czy dyrektora instytutu badawczego nabierały uprawnień równoważnych z uprawnieniami doktora habilitowanego. Ustawa dawała CK tylko cztery miesiące na zakwestionowanie tej decyzji. Po ich upływie decyzja rektora czy dyrektora stawała się nieodwołalnie prawomocna. Ponadto rektor mógł wnieść skargę na decyzję CK do sądu administracyjnego. CK wielokrotnie i skutecznie kwestionowała podejmowane przez rektorów i dyrektorów merytorycznie nieuzasadnione decyzje nominacyjne. To także dowodziło niezbędności tej instytucji.

Przykład 3: Ustawa z 27 lipca 2005 r. r. zabierała CK prawo zatwierdzania uchwały rady jednostki o nadaniu kandydatowi stopnia doktora habilitowanego (art. 251 wprowadził tę zmianę do art. 19 ust. 1 nowelizowanej ustawy z 14 marca 2003 r.). Uchwała rady jednostki stawała się prawomocna w momencie ogłoszenia. To – co dokumentują roczne sprawozdania z działalności CK (zob. też artykuł H. Izdebskiego Centralna Komisja… zamieszczony w książce przywołanej na końcu mego artykułu) – wywołało lawinowy wzrost przeprowadzanych przez jednostki naukowe habilitacji. Nie muszę chyba nic dodawać na temat ich poziomu naukowego czy artystycznego. Art. 19 kolejnej nowelizacji z 2011 r podtrzymał odebranie tego prawa CK. Podobny wysyp niestety w dużej części słabych wniosków o nadanie tytułu profesora czy przeprowadzenie przewodów habilitacyjnych – jak się mówiło: po staremu – miał miejsce na styku ustawy z 2003 r. (z późniejszymi zmianami) i ustawy z dnia 20 lipca 2018 r. prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, zafundowanej środowisku przez ministra Jarosława Gowina. Sprzyjał temu trwający prawie dwa lata okres przejściowy (art. 176 ust. 1 ustawy z dnia 3 lipca 2018 r.): od 1 października 2018 r. do 30 czerwca 2020 r. Chyba przez nieuwagę – zważywszy na ogólny trend wspierania lichoty – ustawodawca nie zniósł kontroli CK nad uchwałami rad jednostek w sprawach poparcia wniosków o nadanie przez Prezydenta RP kandydatom tytułu profesora. Słabi naukowo kandydaci bali się przedkładania swoich wniosków Radzie Doskonałości Naukowej. Bali się też swoistej loterii – losowego wyboru pięciu recenzentów, spośród piętnastu zaproponowanych przez odpowiedni zespół RDN. Skąd wziąć aż tylu kandydatów na recenzentów (na dodatek trzeba wyeliminować osoby wchodzące w konflikt interesów) do oceny dorobku kandydata z wąskiej dyscypliny naukowej? Nie zawsze można się odwołać do recenzentów zagranicznych (np. w klasycznej humanistyce).

Nie sądzę, aby możliwe było ustawowe odwrócenie tego szkodliwego dla nauki i szkolnictwa wyższego trendu. Środowisko już zdążyło się przyzwyczaić do wprowadzonych ułatwień. Proponuję, aby w kolejnej nowelizacji ustawy (a taka nas niechybnie czeka) zapisać: (1) obowiązek przeprowadzania habilitacji poza jednostką zatrudniającą kandydata (teraz, według mnie, występuje ewidentny konflikt interesów) oraz (2) aby to RDN wskazywała podmiot habilitujący.

* * *

Byłem członkiem CK od 1991 r. do 2020 r. Przez okres trzech kadencji wybierano mnie na stanowisko przewodniczącego Sekcji I Nauk Humanistycznych i Społecznych i z tego tytułu byłem członkiem Prezydium CK (lata: 1997-1999; 2000-2002; 2003-2006). Dobrze wspominam pracę w CK, a w szczególności w Sekcji I. Panowała w niej przyjazna, koleżeńska atmosfera. Jednak nie wpływało to na obniżenie poziomu naukowego dyskusji nad poszczególnymi wnioskami. Zdarzało się, że były one bardzo ostre. Wielodyscyplinowy charakter Sekcji I sprzyjał utrwalaniu wśród jej członkiń i członków postaw tolerancji i pluralizmu metodologicznego w podejściu do oceny dorobku naukowego kandydatów, oceny dojrzałości naukowej i doświadczenia danej jednostki naukowej ubiegającej się o prawo nadawania stopni naukowych. W skład Sekcji I wchodzili początkowo przedstawiciele czterech dziedzin nauki (nauki humanistyczne, prawne, wojskowe i teologiczne) obejmujących łącznie dwadzieścia dyscyplin naukowych. Później z dziedziny nauk humanistycznych wyodrębniła się dodatkowa, nowa dziedzina: nauki społeczne. I doszły nowe dyscypliny.

Wiele się przez te lata nauczyłem. I – co dla mnie było bardzo ważne – nie poznałbym tyle wspaniałych osób, gdybym funkcjonował wyłącznie w swojej psychologicznej grupie naukowej. Trudno przecenić ich wpływ na postrzeganie przeze mnie różnorodności praktyk badawczych, charakteryzujących te, tak czasami odmienne od „mojej” psychologii, dyscypliny naukowe.

Zalecana lektura: Źródłem najpełniejszej wiedzy o CK jest wydana przez jej biuro książka Centralna Komisja do spraw Stopni i Tytułów (1991–2020), Warszawa 2020.

Prof. dr hab. Jerzy Marian Brzeziński, Wydział Psychologii i Kognitywistyki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza

Wróć