logo
FA 2/2021 życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Innowacyjność i konserwatyzm

Rys. Sławomir Makal

W przeszłości łatwiej było powiedzieć, kto jest mistrzem, kto czeladnikiem, a kto jedynie uczniem w akademickim fachu. Dzisiaj wprawdzie również występuje w życiu akademickim hierarchia, jednak tylko formalnie, bowiem realnie zarówno akademikom z niższych szczebli, jak i tym z najwyższego niejednokrotnie czegoś brakuje do doskonałości.

W tych rozważaniach nawiązuję do opublikowanej w minionym roku książki pt. Innowacje i konserwatyzm 2.0. Polskie uczelnie w procesie przemian. W podsumowaniu zamieszczonej w nr 11/2020 FA recenzji wyraziłem opinię, że nie każdy konserwatyzm źle służył uczelniom i nie każda innowacyjność wychodziła im na dobre. Chciałbym tutaj to ogólnikowe twierdzenie skonkretyzować oraz przedstawić jego uzasadnienie. Wyjdę jednak poza polskie realia akademickie, bowiem tytułowy problem ma szerszy charakter.

Kulturowe zmiany

Dzisiaj bez większego trudu można znaleźć osoby skłonne się podpisać pod przekonaniem, że konserwatyzm jest przejawem jakiegoś kulturowego schorzenia. Na takie jego postrzeganie i przedstawianie pracowało wiele pokoleń różnego rodzaju innowatorów. Szczególnie znaczące role odegrali w tym przedstawiciele epoki Oświecenia, którzy mieli udział w wykreowanie świata kulturowych wartości i wielkości, w którym króluje uwolniona od błędów przeszłości rozumność oraz uwolniona z „kajdan” tradycyjnych wierzeń zaradność. Różnie można oczywiście oceniać tę epokę. Nie ulega jednak wątpliwości, że doszło w niej do wielkiej konfrontacji starego świata z nowym. Wiadomo także, że z tej konfrontacji zwycięsko wyszedł ten drugi – wprawdzie ani tak łatwo, ani też tak szybko, jak chcieliby innowatorzy, jednak w końcu udało się im pozbawić konserwatystów znaczących społecznie pozycji. Swoistą „dogrywką” w konfrontacji sił starego z siłami nowego świata były XIX–wieczny antyklerykalizm oraz XX-wieczna demokratyzacja życia społecznego w krajach zachodnich. Rzecz jasna nie przebiegały one bezproblemowo. Co więcej, w tym okresie doszły do głosu siły społeczne, które – jak np. komunizm – pod hasłami budowy nowego, lepszego świata oznaczały powrót do starego świata, w którym rację bytu ma „jedynie słuszna nauka” i „jedynie legalna władza”.

Nie można niestety udzielić jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, co z tego wszystkiego w końcu się narodziło i zakorzeniło we współczesnej kulturze. Wiele bowiem zależy od punktu widzenia. Według zwolenników modernizmu w wielu krajach zachodnich doszedł do głosu kulturowy pluralizm, który oznacza m.in. społeczne przyzwolenie na różnorodności i różnorakości wierzeniowe, obyczajowe itp. Tzw. postmoderniści idą w tym względzie jeszcze dalej, bowiem mówią o „płynnej nowoczesności”, „płynnej prawdziwości”, „płynnej moralności” i wielu innych „płynnościach”, które oznaczają, że to, co jeszcze wczoraj było uznawane za wartość, dzisiaj może stać się mało wartościowe, a jutro tak bezwartościowe, że nie warto o to kruszyć kopii.

Z kolei z punktów widzenia obrońców odchodzącego do przeszłości świata oznacza to kulturową destabilizację, która sprawia, że nawet osobom dobrze wykształconym trudno się zorientować, w jakim kierunku warto podążać. Jeden z takich obrońców – Alasdair MacIntyre – porównuje to do sytuacji statku znajdującego się na wzburzonych wodach oceanu i zagrożonego katastrofą, bowiem brakuje mu zarówno odpowiedniego kapitana, jak i odpowiednich narzędzi nawigacyjnych. Odpowiedzi na pytanie: jak to się przekłada na edukację w nowoczesnym kraju, jakim są Stany Zjednoczone, udzielił m.in. Allan Bloom w dziele pt. Umysł zamknięty. W podtytule zapowiada, że pokaże i wykaże, „jak amerykańskie szkolnictwo wyższe zawiodło demokrację i zubożyło dusze dzisiejszych studentów”.

Te kulturowe „płynności” przekładają się również na kondycję współczesnej nauki. Nie twierdzę, że w każdym przypadku jej szkodzą. Podzielam jednak opinię uczonych, którzy – tak jak np. współautorzy książki pt. Pseudoscience. The Conspiracy Against Science (Cambridge 2018) – uważają, że oznaczają one m.in. otwarcie furtki dla różnego rodzaju pseudonauk.

Chora innowacyjność

Przywołam dwa przykłady chorej innowacyjności (mógłbym ich jednak podać znacznie więcej). Występują one nie tylko w naszym życiu akademickim. Można nawet powiedzieć, że dotarły do nas na fali zauroczenia zachodnią kulturą. W sposobie ich analizowania i przedstawiania nie będę podążał drogą obraną przez współautorów wspomnianej na wstępie książki, tj. poprzez odwołanie się do zapisów statutowych kilkudziesięciu wybranych polskich uczelni. To, o czym chciałbym powiedzieć, trudno byłoby bowiem zapisać w tego rodzaju regulacjach. Niektóre z nich mają jednak swoje umocowanie prawne w Ustawie 2.0.

Zacznę od przejawu chorej innowacyjności, z której istnienia autorzy i promotorzy tej regulacji zapewne zdawali sobie sprawę. Jednak skala jej występowania jest tak znacząca, że być może uznali, iż nie można w tej kwestii wiele zrobić. W każdym razie w zapisach ustawy trudno znaleźć receptę na to schorzenie. Stanowi je takie urynkowienie nauki, w którym liczą się przede wszystkim wymierne (najlepiej przeliczalne na gotówkę lub dobra materialne) efekty. Dla zwolenników takiego postrzegania nauki mówienie o powołaniu do wiedzy to w gruncie rzeczy staromodne gadanie albo zwyczajne zawracanie głowy. W każdym razie nie rażą ich określenia „kapitał ludzki” czy „komercjalizacja wiedzy”. Problem w tym, że kapitał ten można zbić nie tylko na prowadzeniu autentycznie naukowych badań, lecz także na tym, co jedynie się pod nie podszywa, a z nauką ma niewiele wspólnego. Natomiast tego rodzaju komercjalizacja równie dobrze może oznaczać sprzedawanie tandety, jak i czegoś wartościowego naukowo. Niejednokrotnie zresztą lepiej się sprzedaje pseudowiedza niż autentyczna nauka. Przekonuje o tym m.in. popularność rozmaitych pseudonauk w środkach masowego przekazu.

Pochodną tej chorej innowacyjności jest urynkowienie czasopism naukowych. Rzecz jasna jedne z nich zamieszczają bardziej, inne mniej wartościowe naukowo artykuły. Głównym celem sporej części z nich są finansowe korzyści założycieli i właścicieli. Niektóre zabiegają o nie tak agresywnie, że zyskały miano drapieżnych. Dosyć regularnie przesyłają swoją ofertę wydawniczą m.in. polskim uczonym. Przywołam jako przykład propozycję, którą otrzymałem w ostatnim czasie. Nazwy czasopisma nie wymieniam, żeby nie robić mu reklamy. Powiem jedynie, że po „okazyjnej” cenie (1200 CHF) można w nim opublikować artykuł z zakresu religioznawstwa. Jest to miesięcznik i w jednym jego numerze mieści się kilkadziesiąt artykułów. Jak by nie liczyć, daje to właścicielom spory zysk. Pewne korzyści odnoszą jednak również polscy autorzy. Periodyk znajduje się bowiem na ministerialnej liście czasopism punktowanych i ma przypisane 100 pkt. Rzecz jasna, żeby dostać się na tę listę, trzeba również sporego wysiłku ze strony redaktorów. Mają oni jednak swoje sposoby. Jednym z nich jest założenie wydawniczej „spółdzielni” (występującej niejednokrotnie pod akademickim szyldem) i poprawianie współczynnika wpływu (IF) poprzez przywoływanie w bibliografii swoich lub „zaprzyjaźnionych” czasopism. Udział w tym procederze muszą mieć również autorzy. Zapewne niejeden z nich spotkał się ze strony redakcji z propozycją nie do odrzucenia, tj. dopisania do swojej bibliografii wskazanego przez redakcję artykułu.

Nie twierdzę, że chore jest samo tworzenie tego typu list czy baz publikacji jak Scopus (traktowanych przez niejednego z naszych bibliometrów jako swoista wyrocznia). Twierdzę natomiast, że warto je od czasu do czasu korygować, a także poważnie przyjrzeć się tej bazie, bowiem może ona być omylna (w każdym razie nie uważam, aby dzisiaj mogła uchodzić za okaz zdrowia).

Zdrowy konserwatyzm

Przykładów zdrowego konserwatyzmu w życiu akademickim również mógłbym podać wiele. Oczywiście jedne z nich mają większy, natomiast inne mniejszy wpływ na realizowanie przez społeczność akademicką jej misji. Nie bagatelizowałbym jednak ani pierwszych, ani drugich. Do tych ostatnich należy m.in. akademicki rytualizm – wyrażający się m.in. we wkładanych na uroczyste okazje togach i biretach oraz w wygłaszanych po łacinie okazjonalnych przemówieniach. Ma to nie tylko swoisty urok, przyczynia się także do integracji środowiska. Jednak urokiem ani nawet integracją akademicka nauka i dydaktyka się nie wyżywią (jeśli tak można powiedzieć o tym, co stanowi siłę napędową prowadzonych badań naukowych i kształcenia studentów). Znacznie większą moc sprawczą dostrzegam w pragnieniu osiągnięcia znaczącego sukcesu naukowego i zajmowania coraz wyższej pozycji w akademickiej hierarchii. Rzecz jasna dobrze byłoby, aby to drugie stanowiło pochodną pierwszego. O to nie było łatwo w przeszłości ani nie jest obecnie. Jednak dawniej mimo wszystko łatwiej było powiedzieć, kto jest mistrzem, kto czeladnikiem, a kto jedynie uczniem w akademickim fachu. Dzisiaj wprawdzie również występuje w życiu akademickim hierarchia, w której formalnie na najniższym szczeblu znajduje się magister, na wyższym doktor, jeszcze wyższym doktor habilitowany, a na najwyższym profesor. Jednak tylko formalnie, bowiem realnie zarówno akademikom z niższych szczebli, jak i tym z najwyższego niejednokrotnie czegoś brakuje do doskonałości.

Sporo do myślenia wszystkim myślącym o uzdrowieniu życia akademickiego w Polsce powinna dać opinia prof. Macieja Żylicza (byłego opiniodawcy trafiających do prezydenta wniosków o nadanie profesorskiego tytułu), że niejeden kandydat na profesora miał tak mizerny dorobek naukowy, iż nie powinien otrzymać nawet stopnia doktora; a mimo to otrzymywał tytuł profesora. Jest to możliwe jedynie w czasach „płynnej nowoczesności”, w której niczego nie traktuje się dosłownie i serio. Być może należałoby zacząć od próby generalnej zmiany tej postawy lub przynajmniej od ograniczenia możliwości jej demonstrowania.

Trzeba przyznać, że współautorzy i promotorzy Ustawy 2.0 obrali właśnie ten kierunek działania. Wyrazem tego są m.in. zapisy, w których się mówi o obowiązku powoływania czterech (a nie, jak to miało miejsce wcześniej, trzech) recenzentów w procedurze habilitacyjnej oraz o przywróceniu w naukach humanistycznych i społecznych kolokwium habilitacyjnego, a także paragrafy, w których mowa o obowiązku powoływania pięciu (a nie, jak to miało miejsce wcześniej, czterech) recenzentów w procedurze o nadanie tytułu profesorskiego. Przy czym w obu przypadkach żaden z recenzentów nie może być z tej samej uczelni, co kandydat do stopnia lub tytułu. W tym nurcie mieści się również powołanie Rady Doskonałości Naukowej (w miejsce Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów) i „wskazywanie kandydatów na recenzentów w liczbie stanowiącej co najmniej trzykrotność liczby recenzentów wyznaczonych przez RDN w danej sprawie”; „recenzenci ci są wyznaczani po przeprowadzeniu losowania spośród kandydatów, o których mowa w ust. 1”. Jak by nie liczyć, wychodzi na to, że kandydatów na recenzentów powinno być co najmniej 15. Dzisiaj nie można jeszcze przesądzić, czy uzdrowi to procedury awansowe. Można jednak powiedzieć (opierając się na liczbie oddalonych wniosków o tytuł profesora), że jest to jakiś postęp.

Sugerowałbym jednak pójście znacznie dalej i nieograniczanie się ani do procedur awansowych, ani do formułowania takich kryteriów oceny wartości osiągnięć naukowych jak publikowanie w punktowanych wydawnictwach i czasopismach z ministerialnej listy. Moim zdaniem, obszarem wymagającym uzdrowienia jest również opiniowanie wniosków grantowych. Przejawami choroby są w nich sytuacje, gdy opiniodawcami wniosków zostają osoby, których osiągnięcia nie są znane szerszemu gronu uczonych lub kiedy do komisji w procedurach awansowych powołuje się uczonych o skromniejszych osiągnięciach niż dokonania kandydatów do awansu. Jeśli nawet nie są oni recenzentami, to uczestniczą w działaniach komisji, a ich głos w decyzji o nadanie lub oddalenie wniosku liczy się tak samo jak głos recenzentów.

Uważam, że podjęcie takich kroków jest konieczne. Nie mam jednak wątpliwości, że będzie to trudne zadanie. W ostatnich latach mieliśmy do czynienia ze swoistym „wysypem” doktorów habilitowanych i wielu z nich będzie zapewne chciało zaznaczyć swoją obecność w procedurach awansowych. Nie twierdzę, że nie ma wśród nich prawdziwych specjalistów w swej dziedzinie. Mam jednak wątpliwości, czy stanowią oni zdecydowaną większość.

Wróć