logo
FA 2/2021 informacje i komentarze

Dariusz Galasiński

Dyscyplinarna nuda

Gdy starałem się o tytuł naukowy, rada naukowa, do której zwróciłem się z wnioskiem w tej sprawie, właściwie nie zajęła się moim dorobkiem. Dużo ważniejsze dla członków rady było to, do jakiej dyscypliny należy go przypisać. Rada bowiem uznała, że skoro nie zajmuję się za bardzo strukturą języka (jakimiś grupami spółgłoskowymi czy innymi formantami), to lingwistą chyba jednak nie jestem. Kimże zatem jestem? Może psychologiem, a może jednak antropologiem, kto wie, a może kulturoznawcą? I tak to rada radziła przez kilkanaście miesięcy (sic!), konkludując wreszcie, że nie poprze mojego wniosku, bo jakże tak popierać wniosek nieczysty dyscyplinarnie. Po odwołaniu ktoś wpadł na genialny pomysł, że przecież profesura jest w dziedzinie, a nie w dyscyplinie, więc dyscypliny określać nie trzeba. Tak to uzyskałem tytuł naukowy.

Mój pech dyscyplinarny nie skończył się tutaj. Kilka lat później minister Barbara Kudrycka postanowiła przemianować psychologię z nauki humanistycznej na społeczną. Wątpię, by psychologia na tym zyskała, jednak dla mnie oznaczało to, że moja habilitacja z językoznawstwa przestała się liczyć w minimum kadrowym psychologii. W ten sposób stałem się niechętnym członkiem jakżeż elitarnego klubu posiadaczy dwu habilitacji. Ba, ja nawet dwa kolokwia habilitacyjne przetrwałem.

Skoro się już wyżaliłem, mogę przejść do sedna sprawy. Powiem wprost i na tyle dosadnie, na ile mam odwagę. Otóż uważam, że skupienie polskiej nauki na dyscyplinie, ta wręcz obsesja dyscyplinarna, jest tyleż nonsensowne, co przeciwużyteczne.

Co rusz czytamy w recenzjach awansowych, że może i dorobek jest, ale nie w dyscyplinie, w której działa recenzent. Recenzenci rozważają, czy napisać recenzję pozytywną, bo przecież należy bronić czystości dyscypliny. Recenzent w jednym z moich postępowań awansowych napisał, że takich badań, jakie prowadzę, w przedmiotowej dyscyplinie się nie prowadzi i napisał, jak naprawdę powinny wyglądać moje badania. Konkludował negatywnie, choć w recenzji w ogóle nie kwestionował dorobku. Mój dorobek tylko nie pasował do recenzenckiej wizji dyscypliny.

Doszliśmy do takiego absurdu, że Prawo o szkolnictwie wyższym stanowi, iż recenzentem w postępowaniu w sprawie nadania tytułu profesora może być osoba posiadająca profesurę i dorobek w zakresie danej dziedziny. Ustawodawcy nie interesuje, czy recenzent się zna na tym, co robi profesorant; grunt, że dyscyplinarnie wszystko się zgadza. Warto dodać, że to właśnie dzięki takim przepisom są w Polsce profesorowie, którzy uczestniczyli w kilkuset postępowaniach awansowych! To ludzie, którzy mają potężny i niczym nieuzasadniony wpływ na obraz całych dyscyplin w Polsce.

Ja z kolei napisałem jakieś kilkanaście recenzji profesorskich w postępowaniach na czterech kontynentach. Z punktu widzenia nauki polskiej wydaje się wręcz nieprawdopodobne, że nikt nigdy nie zapytał mnie o to, jakie studia skończyłem czy do jakiej dyscypliny zalicza się mój dorobek.

To nie wszystko. O status dyscypliny w nauce polskiej można wnioskować. I tak to parę lat temu Komitet Nauk Pedagogicznych PAN wypowiedział się przeciwko uznaniu logopedii za dyscyplinę. Jednym z argumentów było, uwaga, że skoro nie ma instytutów i katedr logopedii, to nie ma też takiej dyscypliny (mam nadzieję, że czytelnicy dostrzegają tu misternie zarysowane błędne koło). Pedagodzy stwierdzili, że logopedzi na dyscyplinę nie zasługują.

Można się zastanawiać, co jest bardziej absurdalne – wniosek o stworzenie dyscypliny czy argumentacja przeciwko tejże dyscyplinie. Jednak po chwili namysłu, przychodzi refleksja, że własna dyscyplina to przecież władza, a oddanie choćby piędzi dyscyplinarnej ziemi, to właśnie o tę piędź władzy mniej.

A teraz wyobraźmy sobie, że polska nauka dołącza do reszty świata i uznaje, że lista dyscyplin to nie ministerialne imprimatur w sprawie tego, jakie stopnie można uzyskiwać, ale zwykły (i daleki od ideału) opis tego, co się dzieje w nauce. Że recenzentem jest się dlatego, bo się ma coś do powiedzenia na temat dorobku kandydata (w Polsce to niemożliwe, ale ja, lingwista, recenzowałem prace psychiatry!). Proszę sobie wyobrazić, że minister nauki nie powołuje dyscyplin, nie zamyka ich, ba, może nawet w ogóle się na ich temat nie wypowiada. Dlaczego? Bo nie ma na ich temat nic do powiedzenia. Wnioski awansowe oceniają ci, którzy się na nich znają, a wnioskodawców nie ocenia się po przynależności, ale podług ich dorobku. Wnioski grantowe ocenia się według jakości zarysowanych badań, a nie według tego, czy czystości dyscypliny nie mącą. Rozmarzyłem się.

Międzynarodowa nudna codzienność to brak zainteresowania dyscypliną. Ponudźmy się z nimi.

Dariusz Galasiński

Wróć