logo
FA 12/2024 felietony

Piotr Müldner-Nieckowski

Naukowe koszmary

Naukowe koszmary 1

Źródło: pixabay

Jest u nas sporo książek o błędach popełnianych przez ludzi godnych podobno bezgranicznego zaufania, którzy zawiedli na całej linii.

Polecam moje ukochane pozycje, dzięki którym mogę się pastwić (w myślach) nad idiotami nauki. Oto kilka przykładowych tytułów. Martin Gardner: Pseudonauka i pseudouczeni (PWN, 1966). Karl Popper: Logika odkrycia naukowego (Aletheia, 2002) i tegoż: Wiedza obiektywna. Ewolucyjna teoria epistemologiczna (PWN, 2002). Stephen Weir: Najgorsze decyzje w historii świata (Publicat, 2008). Lydia Kang, Nate Pedersen: Szarlatani. Najgorsze pomysły w dziejach medycyny (Wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2019). Jonathan J. Moore: Przerażające choroby i zabójcze terapie, czyli historia medycyny, jakiej nie znałeś (Znak Horyzont 2020). John D. Barrow: Nowe teorie wszystkiego. W poszukiwaniu ostatecznego wyjaśnienia (Copernicus Center Press, 2018). Massimo Pigliucci: Bujda na resorach. Jak odróżnić naukę od bredni (PWN, 2019). Giles Milton: Absurdalne fakty z historii. Mózg Lenina, zwłoki Chaplina i ostatni dodo (Hi:story, 2023). Pere Grima: Absolutna pewność i inne fikcje. Tajniki statystyki (RBA Coleccionables, 2023). I wiele innych…

Skutki skretynienia naukowego bywają katastrofalne, bo wszyscy naukowcom (i telewizji) wierzą, a nawet nagradzają Noblami i innymi wyróżnieniami, które dają miejsce w historii. A potem się okazuje coś koszmarnego.

Bardzo ważne pozycje moim zdaniem dotyczą medycyny, a ściśle jej historii, wzlotów i upadków. Przez 55 lat byłem czynnym lekarzem i zbyt często padałem ofiarą kłamstw, pomyłek tak zwanej nauki czy haniebnych nacisków biznesu z nią związanego. Nigdy nie zapomnę, że gdybym na egzaminie specjalizacyjnym z gastroenterologii w latach 70. powiedział, że choroba wrzodowa żołądka i dwunastnicy jest bakteryjna, wyleciałbym nie tylko z pałą w protokole, ale kopniakiem za hańbienie dobrego imienia szefa specjalizacji. Nie minęło parę lat i nastąpiła zmiana. Krańcowa. Gdyby taki specjalizant, tym razem już mój podopieczny, zapomniał o bakteriach i na kolokwium powiedział, że choroba wrzodowa jest skutkiem nadkwasoty, niedojadania, złego trybu życia i steranych nerwów, też by wyleciał przez okno z pałą, naganą i kpinami (co za debili kształcą w tych klinikach!).

No tak. W latach 70. dwaj patolodzy australijscy Barry J. Marshall i J. Robin Warren po raz kolejny w historii odkryli bakterię Helicobacter pylori (w XX wieku były już chyba trzy takie odkrycia, w które nikt nie uwierzył), ale musieli czekać do roku 1983, żeby jakieś czasopismo zdecydowało się opublikować ich artykuł. Firmy farmaceutyczne, które naprodukowały miliony ton leków przeciwwrzodowych według starej doktryny, „odradzały” badaczom i czasopismu druk. Przeciągnęło się to aż do roku 2000. Co prawda niektórzy już proponowali antybiotykoterapię choroby wrzodowej, a tu i ówdzie przypominano, że w żołądku są bakterie wywołujące uszkodzenia błony śluzowej. Mówiono zgodnie z prawdą, że przecież jeszcze w 1889 roku pisał o tym na przykład Polak Walery Jaworski, który sugerował, że mikroorganizmy te mogą być związane z chorobą wrzodową. Takich odkrywców było więcej, ale uważano ich za wrogów pacjentów i farmacji.

Nie chcę tu wspominać o przelaniu morza krwi na całym świecie, o milionach operacji chirurgicznych z powodu niewiary w mądrość dobrych obserwatorów i myślących terapeutów, wreszcie o dobijaniu chorych, którzy mogliby żyć długie lata…

Drugim przerażającym przykładem, który od zawsze niszczył mi dobre samopoczucie, jest sprawa lobotomii, czyli chirurgicznego niszczenia lub wycinania płata czołowego mózgu, słowem robienia z mózgu galaretki za pomocą wprowadzanego przez dziurkę w czaszce specjalnego wiatraczka.

Uważano, że w ten sposób można wyleczyć różne choroby i niedomagania psychiczne. Zaczęło się jeszcze w XIX w., kiedy szwajcarski psychiatra Gottlieb Burckhardt wyciął kawałek mózgu kilku chorym na schizofrenię. Uzyskał efekt żywej lalki. Lobotomię, czyli wariant tej operacji, wynalazł portugalski profesor neurologii António Egas Moniz w 1935 r. Jak podają artykuły przeglądowe z lat 1947-1958, pacjenci, przeważnie schizofrenicy, po wykonaniu lobotomii cierpieli z powodu zmian osobowości (w 91% przypadków lobotomii), w tym ujawniania się skłonności kryminalnych i „morderczych” (45%), padaczki (12%), a także krwotoków śródczaszkowych, ropni mózgu, otępienia. Nieudana była głośna, wykonana przez znanego neurochirurga amerykańskiego Waltera J. Freemana lobotomia u siostry prezydenta USA Johna Kennedy’ego, Rosemary, u której nastąpiła całkowita zmiana osobowości i niesprawność wymagająca stałej przy niej obecności osoby drugiej. Do końca lat 60. w USA przeprowadzono około 60 tys. lobotomii. Warto wspomnieć, że był to w USA także czas nagminnego wycinania zdrowego wyrostka robaczkowego zaraz po urodzeniu każdego dziecka. Dziś wiemy, że wyrostek jest potrzebny organizmowi choćby jako gruczoł, a także wspiera on funkcjonowanie układu odpornościowego; chyba że wystąpi jego zapalenie, wtedy operacja jest konieczna.

W Polsce w latach 1947-1951 wykonano 176 lobotomii i z powodu zniechęcających wyników dość szybko jej zakazano. Niestety Portugalczyk António Caetano de Abreu Freire Egas Moniz w 1949 otrzymał nagrodę Nobla „za odkrycie terapeutycznej wartości lobotomii w pewnych psychozach”, co okryło hańbą także szwedzką instytucję nagród.

e-mail: lpj@lpj.pl

Wróć