logo
FA 12/2023 życie akademickie

Grzegorz Filip

Polonistyka, czyli kim jesteśmy?

Kilka myśli, co nienowe

Polonistyka, czyli kim jesteśmy? 1

Odpowiedź na pytanie co robić jest taka: starać się pisać ciekawe, atrakcyjne, syntetyczne książki i to jest niezależne od tego, co się dzieje na uniwersytetach. Zadaniem humanisty jest pisanie listów do świata, zamykanie ich w butelce i wrzucanie do oceanu.

W ramach Festiwalu Rymkiewiczowskiego „Dziady, upiory, przodkowie” jego organizatorzy zaprosili 9 listopada 2023 do warszawskiego Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza na debatę „Po co nam polonistyka?”. „Zapytamy o to – pisano na plakacie – dlaczego i po co zajmujemy się polonistyką – jak uprawia się ją dziś, a jak uprawiali ją wielcy zmarli badacze polskości – a także o to, kim jest i kim być powinien nauczyciel języka polskiego”. W dyskusji udział wzięli: Krzysztof Koehler, Wawrzyniec Rymkiewicz, Andrzej Waśko i Mateusz Werner.

Spróbuję przytoczyć te opinie i myśli dyskutantów, które mnie pociągnęły, uderzyły, zaskoczyły bądź po prostu uznałem je za warte upowszechnienia. Czasem cytuję, częściej jednak parafrazuję wypowiedzi, skracając je i destylując to, co było dla mnie ważne. A zaczęło się od ostrej reakcji prof. Andrzeja Waśki na plakatowe pytanie o sens istnienia polonistyki.

A. Waśko: Nikt nie pyta, po co jest historia sztuki, muzea, wystawy albo odnowa zabytków. Często natomiast pojawiają się pytania, po co nam literatura. Pewne elementy dziedzictwa narodowego uznaje się za wartość, która powinna być konserwowana i rewaloryzowana, na podstawie oczywistości, z którą nikt nie dyskutuje. Ale nie dotyczy to dziedzictwa literackiego. To pokazuje, jak została przeorana świadomość polskiej inteligencji w ciągu ostatnich 50 lat, jaki dystans czy rodzaj podejrzliwości wypracowano w naszych umysłach w stosunku do tej części dziedzictwa narodowego, która jest najbogatsza i najświetniejsza. Polonistyka musi uzasadniać swoje istnienie w kontekście społecznym, chociaż inne dyscypliny nie muszą, a także w obiegu wewnętrznym, w ramach dyskusji o jej kształcie, która się toczy od końca lat 90. Toczy się wewnętrzny spór pomiędzy partią przebudowy polonistyki, ufundowaną na formule humanistyki, która wychodzi z wielkiego sukcesu a potem rozczarowania do teorii literatury, i starą szkołą filologiczno-historyczno-edytorską.

Tu krakowski historyk literatury odwołał się do prezentacji nowego wydania krytycznego Dziadów, która miała miejsce tuż przed dyskusją. Edycję opracował KUL-owski badacz prof. Wojciech Kruszewski, przedstawiciel owej starej szkoły filologicznej.

Redaktor naczelny „Twórczości” Mateusz Werner był jednak za tym, żeby się skonfrontować z pytaniem, po co jest polonistyka, bo żyjemy w czasach praktycznych, kiedy takich pytań się nie pomija. Szukał przy tym powodów zagubienia wszelkich filologii, znajdując je w globalizacji.

M. Werner: Są dwie polonistyki, jedną zobaczyliśmy przed chwilą w prezentacji prof. Kruszewskiego, ona nie zastanawia się nad tym, po co jest. Jej istnienie emanowało z tej sceny przed chwilą, było oczywistością, której nie sposób odeprzeć. I jest druga polonistyka, która się zagubiła, jest w konfuzji, przeżywa frustrację, zwątpiła w siebie, próbuje odszukać pewność, którą miała do 1989 roku. Studiowałem na polonistyce w okresie przełomu, byłem beneficjentem z jednej strony tej siły istnienia, którą czerpała jeszcze z czasów PRL-u, z drugiej strony korzystałem z wolności słowa, braku cenzury, swobody rozmowy.

Ta druga polonistyka, oficjalna, uniwersytecka, która ustala kanon, listy lektur, przygotowuje pytania na egzamin, jest zagubiona z dwóch powodów. Z powodu lokalnego: w 1989 roku Polacy uwierzyli na swoją zgubę, że są już wolni, w związku z tym pytania Mochnackiego, jakiej literatury Polacy potrzebują, jaką postawę powinien przyjąć pisarz, aby zaakceptowała go wspólnota, wydawały się nieaktualne. To przekonanie najlepiej sformułowała Maria Janion w tekście o końcu paradygmatu romantycznego. Ale jest także drugi powód zagubienia, pozalokalny. Globalizacja spowodowała na całym świecie utratę ważności filologii jako miejsca, w którym skupia się refleksja nad tożsamością kulturową danej zbiorowości na rzecz antropologii kulturowej, która wygryzła na uniwersytecie filologię. W Polsce te dwa procesy nałożyły się na siebie.

Zawód historyka literatury

Kto wie, czy nie mocniej, choć w łagodnych słowach, sformułował przyczyny podziału polonistyki prof. Krzysztof Koehler, historyk literatury staropolskiej z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

K. Koehler: Być może konkursy grantowe nie dowartościowywały badań typowo polonistycznych tylko te idące w kierunku antropologicznym. Dlaczego to robimy? Żyjemy w okresie, kiedy tożsamość wspólnotowa, narodowa stała się z powodu atmosfery czasów, w których żyjemy, przestrzenią podejrzaną, dlatego zajmowanie się literaturą polską było skazane albo na podążanie ścieżką badaczy owadzich nóg (będziemy przygotowywać kolejne edycje i wchodzić coraz głębiej w szczegóły, ale będziemy nieśli ten dawny sposób myślenia o funkcjach i znaczeniu historyków literatury), albo na tych, którzy mówiąc brutalnie wyczuli koniunkturę i też być może z własnych przyczyn ideowych przenosili się na poziom badania kwestii mało literackich a bardziej antropologiczno-kulturowych. Dlatego przeżyliśmy tak wiele zwrotów, to dowód na bezradność kierunku, który myśli o tym, żeby jak najmniej mówić o literaturze, szukać bezpieczniejszych formuł uprawiania zawodu.

Zawód historyka literatury jest w odwrocie, nie uczy się historii w szkołach tak jak kiedyś jej uczono, literatura jest ukazywana poza kontekstem historycznym, w związku z tym zajmowanie się historią literatury jest dzisiaj może nie samobójstwem, ale ścieżką wiodącą do niszy.

*

Tu, przysłuchując się debacie, pomyślałem sobie, że być może warto by bronić niektórych literaturoznawczych zwrotów. Wtedy mianowicie, gdy przychodzi nam badać przejawy kultury popularnej, takie jak na przykład komiks, murale. No ale mam świadomość, że to jednak margines, a główny korpus tekstów współczesnych daje się badać wypracowanymi przez literaturoznawstwo metodami, bez histerycznego poszukiwania zwrotów.

Gdy mówimy o polonistyce, która zajmuje się literaturą polską, nasuwa się w naturalny sposób perspektywa narodowa. Próbował ją w dyskusji poszerzać Mateusz Werner, mówiąc o innych filologiach i ich zagubieniu, natomiast prof. Wawrzyniec Rymkiewicz, filozof kultury z Uniwersytetu Warszawskiego, zaproponował perspektywę społeczną.

 

W. Rymkiewicz: Argumentacja Marii Janion z lat 90. wyglądała tak, że literatura polska była zaangażowana narodowo, patriotycznie. Teraz Rosjanie sobie poszli, Niemcy są przyjaciółmi, sprawa narodowa jest passe. Czytając Trentowskiego, dostrzegamy, że filozofia polska lat 40. XIX wieku jest ideologią inteligencką. Libelt, który kontynuuje Trentowskiego, wymyśla słowo inteligent. Wszyscy oni, także Cieszkowski, są przekonani, że naród jest czymś do zrobienia, trzeba go stworzyć, ma być wspólnotą wolnych ludzi, przy czym konstrukcja narodu zakłada emancypację społeczną. Polonistyka, poza funkcją narodową, miała zawsze wyraźną funkcję społeczną. Chodziło o to, żeby człowiek wykształcony na uniwersytecie pojechał na wieś, nauczył dzieci dobrze mówić po polsku, bo wtedy staną się nie tylko Polakami i obywatelami, staną się wolnymi ludźmi. Projekt inteligencki był inkluzywny, inteligentem mogło zostać zarówno dziecko szlacheckie jak i chłopskie. Po 1989 roku widzimy proces zanikania, marginalizacji inteligencji. Powstaje szereg zawodów nieinteligenckich, menedżer, specjalista od reklamy. Z drugiej strony Polacy są społeczeństwem awansu, ale mamy do czynienia z awansem bez paradygmatu inteligenckiego. Obserwujemy cofanie się polonistyki, która była, mówiąc po marksistowsku, ideologią i formacją edukacyjną pewnego projektu społecznego.

Ale przecież istnieje zainteresowanie…

I znów mocno zaprotestował Andrzej Waśko, podając przykład umasowienia inicjatywy czytelniczej.

A. Waśko: Nic się nie cofa, nie jest tak, że ta pieśń straciła swoją moc nad ludźmi. To nie jest prawda, że rezultatem procesów globalizacyjnych, cywilizacyjnych, związanych np. z kryzysem czytelnictwa, jest cofanie się naszej narodowej filologii. Od 2014 r. Kancelaria Prezydenta organizuje Narodowe Czytanie. W 2014 roku 91 placówek wzięło w nim udział, w tym roku do czytania Nad Niemnem zgłosiło się ponad 6 tys. podmiotów. Przez kilkadziesiąt lat tak próbowano uzasadniać obcinanie list lektur, że żyjemy w XXI wieku, świat idzie do przodu, w związku z czym nie powinniśmy czytać Dziadów czy Nad Niemnem. Czy nasze społeczeństwo jest inteligenckie, czy nie, to zawsze się znajdzie kilkanaście procent osób zainteresowanych, które żywią takie potrzeby intelektualne, mają potrzebę słuchania tej pieśni i nie mają nic przeciwko temu, żeby ktoś ją zanucił. I to jest szansa, której polonistyka uniwersytecka nie wykorzystuje. Bo otoczenie społeczne wcale o niczym nie przesądziło. Być może działają takie mechanizmy, że dziewczyna, która z małego ośrodka przyjeżdża do Krakowa studiować filologię polską, widzi, że dobrze jest studiować jakiś modny zwrot, bo będzie awansować, jeśli stanie się ekokrytykiem albo zajmie się geopoetyką czy performatyką. To są proste mechanizmy, trzeba myśleć, jak je odwracać. Cała ta antropologia nie jest zresztą bezprzedmiotowa, pytanie tylko, jaką metodą podchodzimy. Opracowanie tych tematów na gruncie polonistyki wymaga dokładnej, sumiennej lektury wielu tekstów, ogarnięcia szerokich kontekstów, przepracowania wielkiej ilości zróżnicowanego materiału, czyli trzeba iść do biblioteki, archiwum, trzeba coś przeczytać z innej dziedziny, może nie wszystko jest po polsku, więc trzeba się nauczyć jakiegoś języka… Zrobić taką antropologię literatury w zgodzie z badaniami empirycznymi klasycznego typu jest bardzo trudno. Tymczasem, jeżeli odrzucimy całą sferę dokumentacji realiów kulturowych, to rozwiązujemy sobie ręce i tworzymy jakieś instalacje retoryczne, które się sprzedaje jako prace na stopień.

*

Andrzej Waśko poruszył w ten sposób problem kryzysu uniwersytetu, problem, który rozwinął po chwili redaktor „Twórczości”. Zwrócił także uwagę na rolę elit w tłumieniu dyskursu publicznego.

Polonistyka, czyli kim jesteśmy? 2

A. Werner: Pewne potrzeby duchowe są nieredukowalne. Już na początku lat 70. Leszek Kołakowski odkrył, że od mitu nie da się uciec (potrzeba metafizyczna). To samo dotyczy pytania kim jestem, kim jesteśmy. Polonistyka jest gałęzią wiedzy humanistycznej, która wskazywała na literaturę jako źródło odpowiedzi na to pytanie. Natomiast te potrzeby można stłumić w obszarze dyskursu publicznego. Tak było np. z pytaniem o historię. W latach 90., dopóki nie powstało Muzeum Powstania Warszawskiego, w debacie publicznej dominowało wyrażane na milion sposobów przekonanie, że historia nikogo nie interesuje, że wszyscy myślą o przyszłości. Gdy w pierwszym roku działalności do muzeum przyszło milion ludzi, to fakt ten empirycznie unieważnił tamten dyskurs, który nas hipnotyzował przez piętnaście lat po 1989 roku. To samo dotyczy literatury polskiej. Patrzymy ze zdziwieniem na fenomen filmu Chłopi, który w ciągu pierwszych trzech tygodni obejrzało milion ludzi. Jakiś Reymont? Przecież to ramota! Kogo to interesuje? Można stworzyć pozór, stłumić potrzebę i elity będą to grzecznie powtarzać. Wrócę do pytania o emancypację. To też jest powód, dla którego warto rozszerzyć horyzont myślenia o polonistyce i spojrzeć szerzej, w kontekście globalnym czy międzynarodowym. To co Karol Libelt zrobił z inteligencją, wiąże się z humboldtowskim projektem uniwersytetu. Każda filologia narodowa na uniwersytecie humboldtowskim, czyli takim, w którym nauczyciel akademicki razem ze swoimi uczniami przeżywa przygodę wolności, poszukując prawdy, odgrywała rolę emancypacyjną. Była narzędziem, za pomocą którego nowoczesna wspólnota narodowa wydobywała spoza swojej gromady kolejne jednostki, włączając je w obowiązki obywatelskie, republikańskie, w konkurencji z innymi narodami. Uniwersytety były w XIX w. głównym silnikiem rywalizacji narodowej, np. między Francuzami i Niemcami. W Narodowym Centrum Kultury wydaliśmy w 2017 r. książkę Uniwersytet w ruinie Billa Readingsa, który na początku ery globalizacji pokazywał, jak rozpada się paradygmat uniwersytetu humboldtowskiego. Nauczyciel akademicki, który jest inteligentem i wciągał ludzi do tej pory wykluczonych w orbitę kodu kultury narodowej, teraz zamienia się w hybrydę menedżera i biurokraty. Przychodzi Balcerowicz i mówi do niego: Pan nie jest żadnym inteligentem, pan dostarcza usługę edukacyjną na rynku, nie ma pan etosu ani obowiązków, wycenia pan usługę, dokonuje się transfer wiedzy i pan idzie do domu. To zupełnie inny sposób myślenia o kulturze, obowiązkach inteligenckich. I z tym się mierzymy od trzydziestu lat. To, co się stało z polonistyką, jest pochodną tego, co się stało z uniwersytetem.

Być wiernym tekstowi

Tak redaktor Werner podsumował swoją wypowiedź, a ja się zastanawiałem, czy przyrodnicy lub technicy podobnie przeżywają rozpad paradygmatu uniwersytetu. Tymczasem prof. Koehler zauważył, że uniwersytet to ludzie, autorytety, a polonistyka to także studenci zafascynowani tekstem, lubiący czytać.

Polonistyka, czyli kim jesteśmy? 3

K. Koehler: My wszyscy pamiętamy inne uniwersytety. Kiedy nie było jeszcze sylabusów i punktacji, uniwersytet stanowiły takie osoby, do których się miało zaufanie jako do liderów intelektualnych, rzetelni badacze. Zaliczali się do nich Jarosław Marek Rymkiewicz, Ryszard Przybylski i środowisko, które w Warszawie budowało niezwykłą zupełnie polonistykę. Tacy ludzie dawali nam szansę, żebyśmy jako adepci weszli na tę ścieżkę. Gdzieś tam jest pytanie o emancypację i szanse, mówi się o kryzysie polonistyki, tak jest faktycznie – młodzież idzie na kulturoznawstwo czy studia antropologiczne. Na polonistykę idą tacy, którzy chcą czytać. Mam zajęcia na pierwszym roku i pytam o motywacje: „A, bo lubię czytać”, odpowiadają. To jesteśmy w domu! Naszym zadaniem jest to, żeby takich ludzi, którzy chcą czytać i o swoim czytaniu rozmawiać, wprowadzać w arkana obcowania z tekstem. To jest elita elit. Jest ich mało. A to jest takie proste! Tekst autora z XVII czy XVIII wieku trzeba przeczytać, opanować warsztat czytania, nauczyć się pewnych zasad pracy i potem takiego człowieka wyuczonego tych technik wpuszcza się w rzeczywistość rozumienia i interpretowania. Uczy się przywiązania do tekstu i bycia mu wiernym. Mimo sytuacji kryzysowej ciągle się pojawiają oczy fascynatów literaturą, nawet mimo szkoły, która z literaturą robi dziwne rzeczy i raczej uczy tego, co czujesz, gdy czytasz. Być może ta elitarność się odwróci, być może ci historycy literatury, którzy uczą warsztatu, też będą mieli uczniów i nie będzie tak źle, jak to sobie wyobrażamy.

*

Optymistycznie brzmiącą wypowiedź Koehlera skontrował Wawrzyniec Rymkiewicz, mówiąc o przejęciu uniwersytetów przez międzynarodowy system korporacji.

W. Rymkiewicz: Literatura w głębokim sensie jest czymś bardzo naturalnym, ponieważ naturalny jest śpiew. Ta nowa sytuacja jest czymś głęboko nienaturalnym. Uniwersytety są dziś nastawione na produkcję niższej kadry korporacyjnej: mobility, flexibility, multitasking. Student, zbierając punkty, przyzwyczaja się do tego, że w firmie nie będzie żadnej hierarchii autorytetu, tylko podliczanie punktów. Są nisze, ale w zasadzie to są instytucje bardzo ukierunkowane. Miejsce polonistyki jest nieprzypadkowe, nie przypadkiem została zmarginalizowana. Obaj z Mateuszem chodziliśmy na zajęcia na polonistyce na początku lat 90. jako młodzi ludzie. Nie rozumieliśmy, co się dzieje i nasi ówcześni nauczyciele także nie rozumieli, służyli wielkim korporacjom. Maria Janion twierdziła, że jest lewicową marksistką. Patrzę na nią dzisiaj jako na apostoła niszczenia polonistyki i wprowadzania turboliberalnych reform na uniwersytetach. Demobilizacja, dekonstrukcja, dekoncentracja polonistyki otwierały drogę rządom międzynarodowych korporacji. Uniwersytet funkcjonuje tak, że trzeba zdobywać punkty, a uczelnie płacą wielomilionowe sumy za publikacje w czasopismach międzynarodowych korporacji, po to żeby uczeni mogli robić kariery. Uniwersytety zostały przejęte przez międzynarodowy system korporacji. Polonistyka to być może ostatnie miejsce, z którego może buchnąć płomień, jedyne i ostatnie.

*

Za chwilę padnie w tej relacji pojęcie, którego nienawidziłem, od kiedy zaczęły się dyskusje o wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej: dostosować się. Nie mówiono wówczas o niczym innym, tylko o konieczności dostosowania. Były w tym: brak szacunku do swojego kraju i jego historii, brak wiary we własne możliwości, samoponiżenie, ojkofobia, naiwność, kapitulacja, nie wiem, co jeszcze.

Polonistyka, czyli kim jesteśmy? 4

A. Waśko: Pamiętam konferencję w Jachrance w latach 90. poświęconą reformie studiów polonistycznych i docenta Mariana Płacheckiego z Łodzi, który mówił: wybijcie sobie z głowy tę polonistykę, to rzemiosło, tego Pigonia, Kleinera, bo teraz polonistyka będzie kształciła sekretarki i musicie się dostosować, żeby zaspokoić potrzeby rynku. Więc wszystko to było jakoś zaplanowane. Nie jest tak, że na polonistyce nie powstają interesujące prace. Nie jest to tylko nowy paradygmat i pogoń za zwrotami. Klasyczna historia literatury zeszła z piedestału na zaplecze i jest w wąskim, elitarnym obiegu, ale to może wcale nie jest takie złe. Jeśli coś ma wartość, to ma także moc odradzania się i reprodukcji. Jeśli nasza dyscyplina ma przetrwać tę rewolucję, o której mówiliśmy, to trzeba spełnić jeden warunek, przypomnieć sobie, że pisarstwo historycznoliterackie jest gatunkiem pisarstwa, może użytkowego, ale jednak pisarstwa, które należy do szeroko rozumianej dziedziny literatury. Trzeba dokładać starań, żeby pisać w taki sposób, żeby to było pożyteczne, ale też w jakimś sensie przyjemne. Tego nas uczy jako nasz mistrz, takiego zwrotu od szkolarstwa do pisarstwa, Jarosław Marek Rymkiewicz. Juliusz Słowacki pyta o godzinę, Aleksander Fredro jest w złym humorze, Żmut nie byłyby czytane, gdyby JMR nie był świetnym pisarzem. Odpowiedź na pytanie co robić, jest taka: starać się pisać ciekawe, atrakcyjne, syntetyczne książki i to jest niezależne od tego, co się dzieje na uniwersytetach. Zadaniem humanisty jest pisanie listów do świata, zamykanie ich w butelce i wrzucanie do oceanu.

Listy w butelce

Ładne, pomyślałem. Wyławialiśmy te butelki z Fredrą, Słowackim i Mickiewiczem w środku, będąc na studiach i zaraz po. To było inne pisanie, polonistyczna sztywnota prychała: esseistyka! Prychali, ale czytali. Myślę, że czegoś się z książek Rymkiewicza nauczyli. Wracajmy do debaty, do autoagresji i słów wstydliwych.

A. Werner: W słowie polonistyka kryje się słowo Polska, polskość. To nie tylko sama umiejętność pisania i czytania, lecz także pisanie po polsku o Polsce, czytanie po polsku o Polsce i myślenie o tym, co to znaczy dla nas, którzy jesteśmy tu razem ze sobą i doświadczamy tego samego. W świecie globalizacji pojętej jako utrata suwerenności ekonomicznej państw narodowych, gdy większość przepływów finansowych nie jest kontrolowana przez państwa, uniwersytety tak samo się odmiejscawiają, Cambridge jest w Dubaju i Kapsztadzie. Tam filologia angielska nie jest potrzebna, tam jest potrzebna antropologia kulturowa, która będzie relatywizować kultury, pokazywać, że wszystkie mają w sobie coś ciekawego, a nie zastanawiać się, na czym polega wartość tej jednej, którą w tym Cambridge studiowały kolejne pokolenia Anglosasów. Żyjemy w czasach, w których refleksja nad polskością staje się czymś wstydliwym i nic dziwnego, że polonistyka, która ma w nazwie zaszyte to wstydliwe słowo, próbuje się usprawiedliwić przed opinią publiczną autoagresją, atakując swoją własną misję, pokazując dystans do niej, stając się swoją odwrotnością, własnym przeciwieństwem.

*

Znów mamy uciekać? – pomyślałem, gdy usłyszałem to, co za chwilę zacytuję. Po to budowaliśmy instytucje, by je opuszczać i obok budować nowe? Może i tak. Może bardziej niż konserwatywne istotne jest to, co republikańskie?

Polonistyka, czyli kim jesteśmy? 5

W. Rymkiewicz: Filozofia przestaje być filozofią, polonistyka przestaje być polonistyką. Trzeba wymyślić jakieś formy organizacyjno-instytucjonalne poza murami uniwersytetu. Na uniwersytetach rutyna, punkty, studenci przymuszani do nauki. Jak można zmuszać kogokolwiek do uczenia się filozofii? Filozofia i polonistyka, nauki wolnych ludzi, muszą opuścić uniwersytety.

K. Koehler: Mocna teza, ale historycznie sprawdzona. Tak się zaczynał renesans. Humanizm renesansowy zaczynał się na pograniczu czy obok ówczesnego uniwersytetu. Akademia nie była miejscem, gdzie humaniści odbywali spotkania, uczyli Cycerona, Arystotelesa. Robili to w kursach koło akademii zdominowanej wówczas przez późną scholastykę. Jest więc w tym natura, która powraca. Ja powracam do idei, o której wspominał Andrzej Waśko. Filologia jest pasją, fascynacją aktem czytania i rozumienia siebie w czytaniu. Poza postulatem Andrzeja, żeby pisać ciekawe książki, i Wawrzyńca, żeby się wynosić poza uczelnię, są jeszcze ważne osoby. Oddajmy hołd Rymkiewiczowi, z jego zupełnie innym pisaniem niż np. pisanie Henryka Markiewicza, otwierającym horyzonty. Więc to nie tylko warsztat literacki czy dobre opanowanie sztuki pisania tekstów, chodzi o odwagę intelektualną, osobowość…

*

Ciekawe były pytania z sali, krytyczne. Jeden głos tylko z braku miejsca przytoczę. Należał do warszawskiej polonistki szkolnej, Agnieszki Czachowskiej: Pytanie, po co nam polonistyka, jest pytaniem, po co nam Polska. Dzisiaj bardzo wiele osób uważających się za należące do elit zadaje to pytanie w formie o wiele bardziej wulgarnej niż na plakacie. Jeśli będziemy wiedzieli po co nam Polska, to nie będziemy mieli powodów, by dyskutować po co nam polonistyka.

Na pytanie nauczycielki odpowiedział…

W. Rymkiewicz: Zasadniczym błędem polonistyki już w PRL-u było przekształcenie się w naukę w duchu Henryka Markiewicza czy strukturalistów z IBL-u. Stracono z oczu centralne zadanie polonistyki, którym jest wychowywanie nauczycieli polskiego, ponieważ nauczyciel polskiego w szkole może naprawdę zmienić życie człowieka. Może go nauczyć czytać literaturę, obudzić do niej miłość. To jest prawdziwe zadanie polonistyki. Po co nam Polska? Wśród różnych słów, które zostały odrzucone, splugawione, najważniejszym jest słowo mesjanizm. Dlaczego? Mówiąc społecznie, klasowo, to była ideologia inteligencka, która miała do tego formułę religijną. Religijna idea społeczna. Najkrócej: chodziło o samodzielność, samoistność. To jest celem człowieka. Każdy, czy to Polak, czy Brytyjczyk, czy Hindus w Kalkucie, z własną tradycją, własnym językiem szuka swojej niezależności, samodzielności. Po to jest nam Polska, żebyśmy byli samoistni i samodzielni, żebyśmy byli wolni.

*

Tyle Wawrzyniec Rymkiewicz. Dyskusja o Polsce i polonistyce, w chwili gdy atakowana jest z dużą siłą nasza suwerenność, podważany sens utrzymania suwerenności, to dobry pomysł, tkwią w nim odwaga i mądrość. Trwała dłużej, słuchałem do końca, potem jeszcze rozmawialiśmy o tych sprawach z przyjaciółmi. Odniosłem wrażenie, że wiemy, co robić. Więcej, że zawsze to robiliśmy. Może tylko trzeba by zdwoić wysiłki?

Zdjęcia ze strony https://festiwalrymkiewiczowski.pl/galeria-debata-2/

Wróć