Piotr Müldner-Nieckowski
Język polski ma wymagania stylistyczne, z którymi czasem naprawdę trudno sobie poradzić. Jednym z nich jest wymóg unikania powtórzeń, czyli niepożądana redundancja. Pomocą bywa słownik. Najlepszy w historii Słownik synonimów opublikowało w 1993 r. troje znakomitych językoznawców (germanistów i polonistów) Andrzej Dąbrówka, Ewa Geller i Ryszard Turczyn.
Rzecz miała wiele wydań, ich nakład łącznie, z tego co wiem, przekroczył milion egzemplarzy. Słownik jest zbudowany w taki sposób, że większą jego część stanowi alfabetyczny indeks wyrazów języka polskiego, a drugą, tzw. gniazdową, ponumerowane grupy wyrazów, zestawiane według znaczeń wspólnych, wiążących.
Kiedy szukamy synonimu (odpowiednika) na przykład wyrazu „zacisze”, to w indeksie znajdujemy go z numerem 349b. Po odszukaniu gniazda numer 349 (nazwa tego gniazda to „miejsce”) i w nim grupy „b” odczytujemy zawartość, czyli odpowiedniki: „MIEJSCOWOŚĆ, zakątek, ustronie, zacisze, cichy kąt, kąt, okolica…” i tak dalej jeszcze 35 jednostek, z których szukający może sobie dobrać do tekstu najwłaściwszą. Jeśli nawet jej nie znajdzie, to odczytywany wykaz i tak uruchamia pamięć i pozwala we własnej głowie dobrać coś odpowiedniego. Tak to działa.
Słownik ten jest nie tylko pomocą dla piszących, ale także narzędziem dydaktycznym. Uczy bowiem rozpoznawania indywidualnych zasobów słownikowych, nabytych w czasie używania języka. Wspaniała książka. Prosi się, aby ją uzupełnić nowym słownictwem lub wręcz napisać od nowa, ponieważ nasz język dość znacznie się zmienił. No, ale autorzy mają już o 30 lat więcej.
O ile w języku ogólnym w krótkich tekstach i w odniesieniu do pojedynczych wyrazów przeważnie dajemy sobie z redundancją radę nawet bez słownika, o tyle w tekstach dłuższych problem narasta tak dalece, że spowalnia pisanie. W naukach zwłaszcza technicznych i medycznych, niezwykle bogatych w terminologię, ze względu między innymi na bezpieczeństwo ludzi, za wszelką cenę unika się synonimów, ponieważ prawdziwych „duplikatów semantycznych” jest niezwykle mało, a wszelkie zastępniki mogą wprowadzać znaczenia (sensy) niebezpieczne. W technice mogą powodować dobieranie „synonimicznych” parametrów, materiałów i metod, których zastosowanie może się źle kończyć dla produktu. A niech produktem będzie most, w którym na podstawie użycia nazwy synonimicznej (podobnej znaczeniowo) zastosuje się niewłaściwe sposoby budowania i materiały i pewnego dnia tak stworzony most się zawali. Co wtedy?
W medycynie zagrożenie może być jeszcze większe. Nauczyciele lekarzy w celach szkoleniowych przytaczają studentom potworną anegdotę z odcinaniem kończyny: „– Panie doktorze, którą nogę odcinamy? – Chorą. I usunięto tę, która wydawała się chora, bo była spuchnięta, a nie tę, w której rozwijał się nowotwór, ale na oko sprawiała wrażenie zdrowej. Miało być: prawą!”. Nie można się opierać na tym, co się komuś wydaje. Język w medycynie musi określać ze stuprocentową dokładnością.
W tekstach naukowych walka z synonimią nie tyle nie jest możliwa, ile po prostu często nie ma sensu. Przykre uczucie czytelnika spotykającego powtarzanie się nazw i innych terminów daje się do pewnego stopnia redukować za pomocą abrewiologii, to znaczy skrótów typowo stosowanych w danej dziedzinie (są nawet słowniki skrótów stosowanych w naukach lekarskich, biologicznych, technicznych itp.) albo stworzonych na użytek danego tekstu i wymienionych na początku utworu, tak aby czytający nie miał z tym problemu. Skróty mniej rażą niż redundancja.
W tekstach dziennikarskich czy literackich wielu dzisiejszych autorów w ogóle sobie z redundancją nie daje rady. Szczególnie rażą teksty sportowe, w których na siłę tworzone zastępniki jakiejś nazwy, na przykład nazwiska sportowca, brzmią jeszcze gorzej niż gdyby to nazwisko było po prostu powtarzane, bo nie ma innego sposobu na nazywanie zawodnika. Biorę do ręki dzisiejszą gazetę sportową i wyławiam artykuł o wspaniałej tenisistce Idze Świątek.
A w nim mamy wyrażenia normalne: „Iga”, „Iga Świątek”, „Świątek”, „nasza Iga”, od biedy jeszcze: „nasza dwudziestolatka”, „Polka”.
Potem jednak zaczyna się walka z nimi i powstaje seria synonimów nieznośnych: „zawodniczka urodzona w Raszynie”, „raszynianka”, „raszynianka spod Warszawy”, „tenisistka z Raszyna”, „podopieczna pana Tomasza”, „podopieczna Tomasza Wiktorowskiego”, „tenisistka trenowana przez Wiktorowskiego”, „podopieczna Darii Abramowicz”, „współpracująca z Darią Abramowicz zawodniczka” „polska tenisistka”, „tenisistka z Polski”, „liderka rankingu”, „najbardziej rozpoznawalna tenisistka świata”, „zwyciężczyni Rolanda Garrosa”, „trzykrotnie najlepsza w Roland Garros”, „olimpijka z Tokio”, „zawodniczka, która zdobyła trzy szlemy”, „najlepsza w Nowym Jorku w 2022 roku”, „która wygrała US Open w 2022”, „najlepsza na świecie”, „numer jeden na świecie”, „jedynka światowa”, „światowa jedynka”, „która wygrała dwa szlemy”, „która w ostatnim turnieju roku pokonała Sabalenkę”, „córka olimpijczyka Świątka”, „córka znanego wioślarza”, „córka pana Tomasza”, „córka pana Świątka”, „córka dawnego reprezentanta Polski w wioślarstwie”, „siostra Agaty Świątek”. Wszystkie są w analizowanym tekście zastępnikami wyrażenia Iga Świątek. Są wstawiane niemal mechanicznie, bez uwzględnienia znaczeń dodatkowych, które niezręcznie wnoszą do zdania.
Czasem trzeba się jednak godzić z tym, że używanie synonimów na siłę bywa pisarsko jeszcze gorsze niż rezygnacja z walki z redundancją.
e-mail: lpj@lpj.pl