Zbigniew Drozdowicz

Rys. Sławomir Makal
Wybory do parlamentu RP zakończyły się porażką polityków sprawujących władzę przez ostatnich osiem lat. Nie będę jednak podejmował próby odpowiedzi na pytanie, co było sukcesem, a co niepowodzeniem w prowadzonej przez nich polityce krajowej i zagranicznej. Swoje wskazania ograniczę do życia akademickiego. Istotny wpływ na to życie miało w tym czasie zarówno przyjęcie nowych regulacji prawnych dotyczących funkcjonowania nauki i szkolnictwa wyższego, jak i decyzje ministerialne.
Osiem lat to wystarczająco długi okres, aby zrobić zarówno sporo dobrego, jak i złego nie tylko w polityce krajowej, ale także w akademickim życiu. Nie jest ono zresztą samotną wyspą, która pozostaje bez wyraźnych związków z szerszym otoczeniem społecznym oraz z poczynaniami polityków. Aspiracje polityków do dyrygowania tym życiem były szczególnie widoczne w ostatnich kilku latach. Mieli je jednak również w mniejszym lub większym stopniu ich poprzednicy. Co więcej, posiadali takie siły i środki, które pozwalały im z lepszym lub gorszym skutkiem odgrywać taką rolę. Przede wszystkim były to środki finansowe z budżetu państwa, znajdujące się w dyspozycji ministra edukacji i nauki oraz szefów kilku innych ministerstw. W ocenianym okresie zmieniono nazwę przyznawanych uczelniom środków finansowych z „dotacji” na „subwencje” oraz zaniechano ich sztywnego podziału na cele dydaktyczne i badawcze. Ta ostatnia zmiana została zresztą dobrze przyjęta na uczelniach, bowiem pozwoliła nie tylko na bardziej samodzielne gospodarowanie środkami, ale także na unikanie takiej sytuacji, że nie posiadały one już środków finansowych na jedne cele, ale miały je na inne, jednak nie mogły ich wykorzystać, bowiem oznaczałoby to naruszenie obowiązujących regulacji prawnych. Poprawiony został również tzw. algorytm, według którego te środki były dzielone. Nie zmieniało to oczywiście wysokości nakładów na naukę i szkolnictwo wyższe, a te były i są nadal zbyt małe w stosunku do potrzeb.
Warto przypomnieć, że w 2016 r. rząd przyjął Plan na rzecz odpowiedzialnego rozwoju, w którym zakładany był wzrost nakładu na badania naukowe i rozwój (B+R) z ówczesnego 0.8% na 2% PKB. W międzyczasie pojawiło się szereg gruntownych analiz, z których jasno wynikało, co daje wzrost każdego miejsca po przecinku nie tylko nauce w naszym kraju, ale także społeczeństwu. I co? A no to, że mamy koniec 2023 r. i ciągle wiele brakuje do tego wskaźnika. Wprawdzie wzrósł on do nieco ponad 1%, jednak ten wzrost nie przekłada się na wyraźną poprawę kondycji finansowych ani uczelni, ani też ich pracowników. Co więcej, następuje ich wyraźna pauperyzacja. Jeśli miałbym pokusić się o wskazanie przyczyn, to powiedziałbym, że przyczyniała się do tego m.in. polityka ministerialna tzw. wyrównywania szans mniejszych ośrodków akademickich w konfrontacji z większymi. Z twierdzeniem szefostwa naszego resortu, że te pierwsze mają również spore potrzeby finansowe i aspiracje naukowe trudno byłoby polemizować. Skłonny jestem jednak polemizować z twierdzeniem, że zatrudniona jest w nich równie wysoko kwalifikowana i mobilna kadra badawcza co w dużych ośrodkach akademickich. Gdyby tak było, to nic nie stałoby na przeszkodzie, aby któryś z nich stał się polskim Harvardem czy Cambridge lub przynajmniej zmierzał w tym kierunku. Natomiast ujmowanie środków finansowych bardziej znaczącym w badaniach naukowych i w kształceniu studentów i dawanie ich tym słabszym na razie nie oznacza zwiększenia szans na zbliżanie się któregoś z nich chociażby do europejskich akademickich średniaków. Rzecz jasna nie myślę tutaj o takich wskaźnikach jak wzrost liczby osób zatrudnionych w sektorze nauki i szkolnictwa wyższego. Pod tym bowiem względem wypadamy dobrze, jeśli uznać, że zajmowanie piątego miejsca w UE pod względem liczby osób mających status pracownika naukowego jest dobrym miejscem.
Ta ostatnia kwestia wiąże się bezpośrednio z takim osiągnięciem przegranych w wyborach formacji, jakim było przyjęcie w 2018 r. regulacji prawnej nazywanej Ustawą 2.0 lub Konstytucją dla Nauki, a potocznie „ustawą Gowina”, bowiem ten minister dawał jej nie tylko „twarz”, ale także swoje preferencje. Wprawdzie później stracił on miejsce w gronie politycznych decydentów, jednak regulacja obowiązuje. Wprowadzonych zostało w niej kilka istotnych dla akademickiego życia zmian, takich m.in. jak wykreślenie progu wiekowego 67 lat dla osób ubiegających się o funkcje kierownicze na uczelniach czy przywrócenie kolokwium habilitacyjnego w procedurze osób ubiegających się o stopień doktora habilitowanego. Dobre i to. Problem jest jednak znacznie szerszy. W zapisach dotyczących kadry akademickiej wyraźnie przesunięty został akcent z roli profesorów tytularnych w badaniach naukowych na role doktorów i doktorów habilitowanych w kształceniu studentów. W efekcie otrzymali oni „prezent”, jakim jest możliwość zajmowania uczelnianych etatów bez mocnego angażowania się w prowadzenie badań. Wcześniej takim osobom ze stopniem doktora groziło zwolnienie po przekroczeniu określonego w regulacjach prawnych czasu na uzyskanie stopnia doktora habilitowanego. Dla ułatwienia im wywiązania się z tego obowiązku wprowadzono okres przejściowy, w którym mogli oni skorzystać z bardziej liberalnych wymagań w procedurze habilitacyjnej. Niejeden z nich z tego skorzystał, o czym świadczy swoiste „pospolite ruszenie”, które zgłosiło się po ten stopień naukowy przed 30 kwietnia 2019 r. Wielu tych, którym się udało przebrnąć procedurę, uzyskało później stanowisko profesora uczelnianego. Dzisiaj na niejednym wydziale jest więcej uczelnianych profesorów niż doktorów. Mało kiedy przekłada to się na podwyższenie poziomu prowadzonych badań naukowych i dokumentowania ich wyników m.in. w formie publikacji w znaczących czasopismach i wydawnictwach. Niejeden taki profesor zdaje się być przekonany, że po uzyskaniu stanowiska jest już zwolniony z obowiązku prowadzenia badań naukowych i chciałby w spokoju ducha do emerytury lub nawet jeszcze dłużej konsumować swoją „profesorskość”.
Problem poziomu prowadzonych badań i dokumentowania ich wyników wiąże się bezpośrednio z mającymi miejsce w czasie tych ośmiu lat dwiema parametryzacjami: w 2017 r. wyników badawczych jednostek uczelni i PAN, natomiast w 2022 r. dyscyplin naukowych. Do każdej z nich zgłaszane były przez środowisko akademickie zastrzeżenia. Dotyczyły one m.in. podstawy tych ocen, jaką stanowiła ministerialna lista czasopism naukowych i wydawnictw publikujących recenzowane monografie naukowe. Nie można powiedzieć, że ministerstwo nic w tym zakresie nie zmieniało. Jestem jednak skłonny twierdzić, że zmieniało nie na lepsze, a na dużo gorsze. Potwierdzeniem tego jest pojawienie się na liście czasopism, które punktacją nie ustępują najlepszym na świecie. Problem nie tylko w tym, że nie pojawiają się w nich publikacje znaczących na świecie uczonych, ale także w tym, że ci, którzy w nich publikują, są znani i cenieni najwyżej na krajowym „podwórku”, a czasami jedynie w najbliższym akademickim otoczeniu. Problem również w tym, że na liście z wysoką punktacją pojawiały się czasopisma, które chętnie oferowały swoje łamy, ale za spore pieniądze, i niejeden z naszych uczonych skorzystał z tej oferty, w znaczącym stopniu zwiększając dochody tych czasopism, ale uszczuplając fundusze swojego pracodawcy.
Wygrana opozycyjnych formacji miała wielu „ojców”, a przegrana sprawujących władzę pozostawiła na placu boju niejedną „sierotę”, tj. tych, którzy korzystali z łaskawości władzy. Ich sytuacja jest jednak dosyć mocno zróżnicowana. W najgorszej są zapewne ci, którzy postawili „wszystkie pieniądze” na wspieranie tych formacji i ich przegrane są również ich wielką przegraną. Takich w środowisku akademickim nie jest aż tak wielu jak np. w sądownictwie. Są oni jednak na tyle liczni, aby powiedzieć o nich chociażby kilka słów. Niektórzy z nich byli zresztą wskazywani w kampanii wyborczej przez opozycję, żeby tylko tytułem przykładu przypomnieć przyznawanie przez szefostwo naszego resortu różnego rodzaju fundacjom i centrom środków finansowych, których wysokość nijak się miała do uzyskiwanych w ich działalności efektów. Jeśli formacje zwycięskie w tych wyborach dotrzymają w jakiejś mierze obietnicę, że to, co zostało dane przez ich poprzedników, nie zostanie odebrane, to niektóre z nich być może przetrwają kilka „zimnych” lat, ale raczej nie będzie to triumfalne „żeglowanie” po wielkich wodach. Być może w gronie szczęśliwców znajdą się niektóre nowe instytucje, które w statutach mają wpisaną godną wsparcia przez nowe władze polityczne działalność prospołeczną. Jeśli jednak nawet dostaną one swoje szanse na jej realizację, to jednak raczej już nie siłami tych nominatów, których nawet lider największej z przegranych w wyborach formacji nazwał „tłustymi kotami”. Są wśród nich takie, które mają w swoich statutach wpisaną działalność gospodarczą. Jeśli przetrwają one w niezmienionym składzie personalnym, to ten personel będzie musiał się jednak wykazać ponadprzeciętnymi umiejętnościami menedżerskimi, bowiem na taryfę ulgową ze strony nowych politycznych decydentów raczej nie powinien liczyć.
Problemem szerszym – bo nie tylko personalnym, ale także instytucjonalnym – jest podniesienie do rangi akademii tych uczelni, które wcześniej miały status wyższych szkół zawodowych, oraz podniesienie do rangi uniwersytetów tych, które wcześniej występowały pod szyldem akademii. Jest to również pochodną zliberalizowania w tym zakresie ustawowych wymagań. Dzisiaj trudno jest powiedzieć, jaka będzie przyszłość tych, które mają już dobry szyld, ale jeszcze im brakuje dobrej kadry badawczej i dydaktycznej. Ponoć Napoleon miał pytać swoich marszałków i generałów o to, czy mają szczęście i czy mają armaty. Można powiedzieć, że uczelnie z takimi brakami szczęście już miały, bowiem „załapały się” na liberalne przepisy prawne dotyczące używania nazw „akademia” i „uniwersytet”. Teraz czas na „armaty”. W akademickim życiu stanowią je nie ci, którzy „spieszą się” tak powoli w badania naukowych, że jakoś nie można się doczekać ich co bardziej znaczących wyników, lecz ci, którzy osiągają je w takim czasie, że budzi to u jednych uznanie, a u innych być może nawet zastanowienie, czy nie poszukać sobie mniej stresującego miejsca niż uczelnia czy instytut badawczy. W gronie ulubieńców przegranych w ostatniej batalii parlamentarnej znalazły się nie tylko niektóre uczelnie świeckie, ale także kościelne. Nie chciałbym tutaj ich wymieniać. Problem nie sprowadza się jednak do jednej z toruńskich uczelni. Można generalnie powiedzieć, że im większym wzięciem cieszyły się one przed parlamentarną zmianą, tym trudniej im będzie stawiać czoło w nowych realiach politycznych. Mam jednak nadzieję, że nie powrócimy do tych czasów, w których między religijnością i nienaukowością stawiano znak równości. Nie jestem osobą religijną. Jednak z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że na uczelniach kościelnych zatrudniony jest niejeden uczony, u którego „prof.” przed nazwiskiem nie jest jedynie ozdobnikiem, lecz również wskazaniem uzyskania wysokich kwalifikacji naukowych.
Sugestie te traktuję jako głos w dyskusji nad zmianami w akademickim życiu, które w moim przekonaniu są niezbędne do poprawienia jego naukowej i dydaktycznej kondycji. Pierwsza z nich dotyczy efektywności tych dyskusji. Jakąś przestrogą może być organizowanie przez władze ministerialne przed przyjęciem Ustawy 2.0 spotkań ze społecznością akademicką, na których wprawdzie przedstawiano autentyczne problemy akademickiego życia, a nawet zgłaszano różne propozycje ich rozwiązywania, jednak gdy przyszło co do czego, to się okazało, że władze biorą pod uwagę jedynie te z nich, które są zgodne z ich poglądami oraz poglądami ich najbliższych doradców. Druga moja sugestia dotyczy krytyków poczynań władz ministerialnych, którzy uważają, że najlepiej byłoby „zrównać z ziemią” przynajmniej niektóre ich dokonania i zaproponować w to miejsce coś zupełnie innego. Takie propozycje dotyczą m.in. ministerialnej listy czasopism i wydawnictw. Rzecz jasna listy te można zmienić, a nawet jednym ministerialnym rozporządzeniem zlikwidować. Pojawia się jednak pytanie: co to oznaczałoby dla kolejnej parametryzacji osiągnięć naukowych? Raczej poza dyskusją jest to, że nie można mieć wielkiego zaufania do wyników parametryzacji ogłoszonych w 2022 r. Ich następstwem jest bowiem m.in. uzyskanie uprawnień do doktoryzowania i habilitowania przez szereg rad naukowych, których członkami są m.in. osoby o wątpliwych kompetencjach naukowych. Można oczekiwać, że ministerialna lista czasopism z 17 lipca 2023 r. będzie skutkowała kolejnymi anomaliami. Sugerowałbym zatem anulowanie tej listy (włącznie z uzupełnieniami z 3 listopada b.r.) i skorygowanie poprzedniej w taki sposób, aby miało to przełożenie na faktyczny poziom zamieszczanych w nich publikacji. Taka korekta wymaga jednak wypracowania lepszych od poprzednich zasad oceniania tego poziomu. Na to potrzeba czasu, a najbliższa parametryzacja już za rok. Sugerowałbym zatem przedłużenie terminu. Trzeba jednak pilnie podjąć prace nad lepszymi zasadami parametryzacji osiągnięć naukowych i przedstawić ich wyniki w takim terminie, który da szanse na prowadzenie przez uczelnie i instytuty badawcze odpowiedniej polityki kadrowej i finansowej.
Wróć