Piotr Kieraciński
Stary dom studencki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza miał zostać wyłączony z eksploatacji ze względu na zły stan techniczny. Uniwersytet zbudował nowy tuż obok Kampusu Morasko. Niestety to około 7 km od centrum miasta, pół godziny jazdy transportem publicznym. Taka lokalizacja nie spodobała się interesariuszom. Postanowili „ocalić” zamkniętą i przygotowaną do sprzedaży „Jowitę”. Okupacja akademika przyciągnęła szybko różnego rodzaju zwolenników radykalnych akcji z innych miast. W starym budynku zaczęła się także dewastacja. Tymczasem w kraju zmieniła się władza. Nowy minister w drugim dniu urzędowania pojechał do Poznania. Spotkał się z protestującymi studentami i władzami uczelni. Zapewnił o możliwości sfinansowania remontu „Jowity” za ok. 100 milionów złotych w ciągu czterech lat. Protest stracił sens.
Problemy z akademikami trwają od lat 90. dwudziestego wieku, ale mają dziś odmienny niż wtedy charakter. Wówczas akademików było za… dużo. Zamiast gnieździć się po czterech w wyeksploatowanych pokojach, starych zdezelowanych meblach i toaletach na korytarzu, studenci woleli mieszkać w wynajętych pokojach czy mieszkaniach, gdzie znaleźli lepsze warunki i akceptowalne ceny. Uważali, że w ten sposób są u siebie, są niezależni. Stare akademiki świeciły pustkami. Sposobem na to miała być poprawa warunków bytowych w domach studenckich. Rozpoczęła się era remontów. W pokojach pojawiły się nowe meble, zaplecze socjalno-bytowe, bezpłatny internet. Zamiast czterech osób, w pokoju mieszkało dwóch studentów, a toaleta była przy pokoju lub jedna na dwa pokoje, a nie na całe piętro. Pojawiły się też bardziej komfortowe akademiki prywatne. Zasiedlili je zamożniejsi studenci, głównie zagraniczni. Przez moment wydawało się, że problem mieszkań dla studentów jest rozwiązany. Tak się jednak nie stało. Mimo radykalnego spadku ich liczby – z prawie dwóch milionów około roku 2005 do miliona dwustu tysięcy w ostatnich latach – mamy problemy z brakiem miejsc w akademikach. Jednym z powodów jest wzrost cen wynajmu mieszkań na wolnym rynku.
Sądzę, że w przypadku „Jowity” mamy do czynienia z czymś jeszcze, do czego nikt się nie przyzna. Fajnie jest mieć tanie lokum w centrum miasta, w najbardziej prestiżowej lokalizacji. I to na koszt podatnika. Wszak domy studenckie są dofinansowane ze środków budżetowych.
W Poznaniu zbudowano swego czasu piękny kampus uniwersytecki na obrzeżach miasta, tak jak w Ameryce. Nowoczesne obiekty zostały sfinansowane ze środków specjalnego rządowego programu inwestycyjnego. Są tam świetne warunki do uprawiania nauki i prowadzenia zajęć dydaktycznych. Jednak po południu, po zakończeniu kształcenia kampus świeci pustkami, bo nie ma tam co robić. Nie zbudowano tam domów studenckich, bo nie wydawały się potrzebne, nie ma też tego wszystkiego, co sprawia, że kampus jest atrakcyjnym miejscem do życia: klubów, sklepów, punktów usługowych, barów i restauracji. Jak bardzo Kampus Morasko różni się np. od kampusu lubelskiego UMCS, naszpikowanego barami, kafejkami, sklepikami, punktami usługowymi, obiektami sportowymi, tętniącego życiem przez cały czas, choć swego czasu także zbudowanego na obrzeżach miasta. W Poznaniu studenci nie chcą mieszkać w jednym z najnowocześniejszych kampusów akademickich, bo nie został on dobrze pomyślany z punktu widzenia funkcji społecznych i kulturalnych. Trudno będzie ten problem rozwiązać, choćby i przez zbudowanie pięciu najnowocześniejszych akademików. Dołożenie publicznego grosza na remont starego gmachu w centrum miasta to tylko zgaszenie drobnego pożaru, ale nie rozwiązanie problemu, który ma Uniwersytet im. Adama Mickiewicza.
Piotr Kieraciński