logo
FA 12/2021 30 lat FNP

Jan Krzysztof Frąckowiak

Twarda walka o pieniądze

Twarda walka o pieniądze  1

Początki Fundacji na rzecz Nauki Polskiej wspomina dr Jan Krzysztof Frąckowiak, fizyk, pracownik Instytutu Podstawowych Problemów Techniki PAN, wieloletni zastępca przewodniczącego Komitetu Badań Naukowych jako podsekretarz, a przejściowo sekretarz stanu, oraz drugi prezes Fundacji.

Z nadania profesora Witolda Karczewskiego, przewodniczącego Komitetu Badań Naukowych, zostałem prezesem Fundacji w początkach jej działalności. Fundację utworzono przyznając jej środki pozostałe po zlikwidowanym Centralnym Funduszu Rozwoju Nauki i Techniki, którego szefem był prof. Jan Janowski, rektor Akademii Górniczo-Hutniczej. To chyba jego przenikliwości i sile politycznej zawdzięczamy fakt powstania Fundacji i zaopatrzenia jej w solidny fundusz założycielski. Mój bezpośredni szef, prof. Karczewski, też zadbał o to, aby Fundacja działała poprawnie.

Na samym początku natknęliśmy się na niespodziewany problem. Przewidywania mówiły, że Urząd Postępu Technicznego i Wdrożeń zniknie, a pieniądze Funduszu pójdą na utworzenie Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Nikt z nas nie wiedział, jak to ma działać, wszyscy myśleli, że to będzie taka nieduża, niebogata fundacja. A tu nagle okazało się, że na kontach Funduszu jest 950 miliardów złotych, wtedy równowartość 100 milionów dolarów. To były bardzo duże pieniądze. Ta informacja spowodowała, żeśmy się zaczęli zastanawiać, jak z tego bezpiecznie (dla publicznych środków na naukę) wybrnąć. Prof. Karczewski wezwał mnie wtedy i zaproponował kierowanie Fundacją. Powiedział: masz godzinę na odpowiedź. Wahałem się, ale wtedy wszyscy byliśmy entuzjastycznie nastawieni do odważnych zmian ustrojowych.

Gdy rozeszła się wieść, że powstała bardzo bogata Fundacja, która ma górę pieniędzy, pojawiły się różne pomysły ich wykorzystania. Ze środka KBN przyszedł pomysł, by zamiast jednej dużej, utworzyć wiele mniejszych fundacji. Natomiast pogląd mój i prof. Karczewskiego był zgodnie i dokładnie przeciwny: uważaliśmy, że należy te pieniądze zatrzymać w jednym, silnym podmiocie, bo ich rozdrobnienie może sprawić, że zostaną rozproszone i źle wydane. Zakładaliśmy, że KBN roztoczy kontrolę nad tym przedsięwzięciem.

Niestety, propozycje podzielenia pieniędzy pojawiły się także ze strony wówczas politycznie najmocniejszej, bo z samej „Solidarności”. „S” zgłosiła się do mnie z apelem o wsparcie upadających, niekoniecznie nowoczesnych przedsiębiorstw – to był wielki problem rządu Jana Krzysztofa Bieleckiego. Politycy z wyższej półki przychodzili do prof. Karczewskiego, ci z niższej do mnie. Walczyliśmy z tymi poglądami, starając się nikogo nie urazić. Brak jednoznacznej, rozsądnej podstawy prawnej był naszym głównym argumentem. To były pomysły na rozdanie pieniędzy (na naukę!) bez gwarancji jakiegokolwiek sukcesu badawczego czy chociażby innowacyjnego.

Moi koledzy z „Solidarności” udali się wtedy po pomoc do swoich kolegów w Parlamencie, prosząc ich o odebranie Fundacji tych 100 milionów dolarów, a przynajmniej ich części. Sejm powołał komisję, która wypracowała wniosek, aby część z tego funduszu, który miał być przekazany Fundacji (bodaj 500 miliardów złotych) przekazać na inne cele. Na szczęście wniosek nie przeszedł w Sejmie.

Ale na tym nie koniec. Pewnego chłodnego, deszczowego dnia około północy jako prezes Fundacji zostałem zaproszony do premiera Krzysztofa Bieleckiego. Byli u niego ludzie z „Solidarności”, w tym bliscy koledzy, razem mieliśmy ustalić jakieś programy, które miałaby sfinansować Fundacja. W dokumentach, które ją tworzyły, była mowa o wspieraniu badań naukowych, wynikach naukowych, obiektywnych ocenach wniosków. Upierałem się zatem, że to trzeba zapisać w regulaminach przyznawania środków. Stanowisko KBN-u było takie, że pieniądze na wartościowe projekty zostaną przyznane, ale o tym, które projekty są wartościowe i mają szanse realizacji, muszą zadecydować niezależni eksperci ze środowiska akademickiego. To ma być działanie na rzecz nauki, a nie pomysł na wypłacenie pensji ze środków Fundacji – bo były i takie propozycje. Nie podpisywałem żadnego dokumentu, który nie zawierał tego zastrzeżenia. Z kilkudziesięciu projektów, które złożono wtedy w Fundacji, dwa oceniono jako rokujące nadzieję. Dwa przedsiębiorstwa otrzymały środki na modernizację swoich produktów. Mam satysfakcję, że te firmy unowocześniły swoją produkcję i nie upadły, co pozostaje pozytywnym efektem wydatkowania środków FNP.

Moim pierwszym zadaniem jako przewodniczącego była obrona Fundacji przed zniszczeniem i to się powiodło, mimo dwóch nieudanych inwestycji. Już w 1992 roku prezesem Fundacji został prof. Maciej Grabski i wtedy weszła ona w pełni (brak politycznych uzależnień!) na właściwe tory: przewodniczył jej teraz wielkiej klasy uczony, całkowicie niezależny od władzy politycznej, podczas gdy mnie można było wyrzucić z pracy z dnia na dzień. System zaczął funkcjonować prawidłowo, groźba wpływu polityki na wydatki praktycznie zniknęła. Korzystaliśmy tutaj także z doświadczeń podobnych organizacji zagranicznych. Przezwyciężenie nacisków „Solidarności” i kilku ministerstw (nie mówiąc o Sejmie) było na pewno ważnym krokiem. Utworzenie FNP działało też dobrze na sam KBN (kto lepiej wydaje pieniądze publiczne?) i resztę środowiska naukowego. Fundacja odegrała również istotną rolę jako pewien wzorzec, nie tylko w skali krajowej, co potwierdzają zagraniczni eksperci zapraszani do audytów. W Brukseli wciąż dobiegają do mnie pozytywne głosy o jej działaniu.

Notował Piotr Kieraciński

Wróć