logo
FA 12/2021 życie akademickie

Marek Misiak

Sylwetki na horyzoncie

Sylwetki na horyzoncie 1

Rys. Sławomir Makal

W pracy redaktora publikacji anglojęzycznych świat wydaje się jakby trochę mniejszy. Czasem komputer staje się oknem, które ktoś z drugiej półkuli otwiera i dzieli się czymś osobistym.

Gdy wracam z odwiedzin u mojego najbliższego przyjaciela, często mijam (na rowerze, rzecz jasna) jedną z wrocławskich galerii handlowych. Na jej ścianie wiszą zegary pokazujące czas w najważniejszych stolicach świata i mokry asfalt na chwilę zdaje się odbijać światła Broadwayu czy Ginzy, a nie zwykłe lampy sodowe wrocławskiego Śródmieścia. Nigdy nie byłem poza Europą, ale w pracy redaktora publikacji anglojęzycznych świat wydaje się jakby trochę mniejszy. Czasem komputer staje się oknem, które ktoś z drugiej półkuli otwiera i dzieli się czymś osobistym. Na studiach uczono mnie, że redaktor jest pomocnikiem, asystentem, ba, wręcz sługą (byle nie sługusem) autora. Nikt nie wspomniał jednak o tym, że czasem musi być też jego terapeutą – czy raczej powiernikiem, a nawet spowiednikiem. Choć niekoniecznie redaguję czyjeś prywatne memuary, zdarza się, że zmęczony życiem autor to mnie wybiera na tego, z którym chce podzielić się wątpliwościami natury egzystencjalnej. Obcy, Inny staje się na moment bliski, pojawia się jak sylwetka na horyzoncie.

Głęboka wiedza jest najlepszym środkiem nasennym

Gdy byłem nastolatkiem, przez kilka lat korespondowałem z Japonką w moim wieku, której adres jakimś cudem zawędrował do harcerskiego czasopisma, które prenumerowałem. Do dziś mam własnoręcznie przez nią wykonaną ozdobną kartkę urodzinową z kaligraficznym zapisem jej nazwiska za pomocą katakany (jednego z dwóch japońskich pism sylabicznych). W korespondencji z nią uderzała mnie przede wszystkim niezwykła wrażliwość na piękno przyrody i jej szczegóły – dźwięki, zapachy – tam ponoć częstsza niż u nas. Potrafiła pisać tak plastycznie, że czułem, jakbym siedział z nią na macie tatami na tarasie domu jej rodziców w Jokohamie, słuchał cykad i patrzył, jak światło układa się na jej grubym, czarnym warkoczu.

Wysyłam autorowi z Kioto sprawdzony artykuł. U mnie jest 16.00, u autora 23.00. Po godzinie przychodzi odpowiedź:

Everything is OK. Thank you so much, Mr. Editor. One problem less. I can go to bed now. A long day closes.

How is it now in Kyoto?

Peaceful. The street is empty, I can hear the cicadas and it’s a little foggy.

Gdzieś w Kioto zmęczony japoński lekarz zamyka laptop i kładzie się spać. Gdzieś we Wrocławiu zmęczony polski redaktor zamyka laptop i idzie na spacer z córką.

Po tamtej stronie korekty

Ciemno, prawie noc. W moim kąciku pracy twórczej przy laptopie pali się mała lampka (dobrze że nie świeczka). Za oknem oświetlony latarniami asfalt – asfalt jest jasnoszary, a zatem suchy. Może wyjdę jeszcze pobiegać, jak skończę. Zupełnie pusto, nic nie jedzie, nikt nie przechodzi. Tylko wiatr szarpie gałęziami sosny w ogródku naprzeciwko. Jakbym był w bańce światła i ciepła, gdzie czas nie płynie. Albo to u mnie płynie, a na zewnątrz nie. Szwedzki mistyk Emmanuel Swedenborg twierdził, że spotykał ludzi, którzy nie wiedzieli, że nie żyją. Po prostu czas przestawał dla nich płynąć, a rzeczywistość wokół stopniowo, niezauważalnie traciła kontury. Może dlatego na ulicy nie ma nikogo?

Wysyłam e-mail do autora z Równego (publikuje po angielsku). Po kilku minutach przychodzi odpowiedź:

– Bы живы??!! [To Pan żyje?] (autor preferuje rosyjski)

Aż sprawdziłem sam sobie puls. Serce bije. Napisałem do kogoś na Facebooku. Odpisał. Chyba żyję.

– Да, я живу. Что там происходит? [Tak, żyję. Co tam się dzieje?]

W 2013 roku zmarł red. Marek Misiak, ceniony dziennikarz ekonomiczny (urodził się w 1933 roku, równo pięćdziesiąt lat wcześniej niż ja). Cyrylicki kolega znalazł przypadkiem w sieci jego nekrolog, nie popatrzył na datę śmierci i pomyślał, że to ja, a e-mail z życzeniami świątecznymi wziął za automatycznie rozsyłany newsletter, zaplanowany z dużym wyprzedzeniem. Podczas dalszej wymiany korespondencji zeznał, że zapalił nawet za mnie świecę w Soborze Zmartwychwstania Pańskiego w Równem.

Nigdy osobiście mnie nie spotkał, a zadał sobie ten trud (nie jest wierzący i w cerkwi ostatnio był kilka lat temu z podobnego powodu). Poczułem się duchowo zaopiekowany.

Litery, które wstrząsnęły światem

Jedna litera potrafi wywołać dłuższy spór, zahaczający o problematykę historyczną, etniczną, językową i wręcz ideową. Jakiś czas temu redagowałem anglojęzyczny tekst, w którym kilka razy pojawiała się nazwa drugiego co do wielkości miasta na Ukrainie. Po polsku jego nazwa to Charków; wersja ukraińska i rosyjska się różnią – po ukraińsku to Харків (wym. Charkiw), a po rosyjsku Харьков (wym. Char’kow – apostrof oznacza miękki znak). Różnica ta oddawana jest także w angielskiej transkrypcji: odpowiednio Kharkiv i Kharkov. Oficjalna nazwa jest jednakże tylko jedna, ta ukraińska. Znajduje to odzwierciedlenie w nazwach różnych instytucji – lotniska, opery itp. – które po angielsku zawierają nazwę miasta zawsze w ukraińskiej wersji. Podobna sytuacja dotyczy zresztą kilku innych miast na Ukrainie. Najlepszy przykład to Iwano-Frankiwsk (ukr. Іва́но-Франкі́вськ), który po rosyjsku nazywa się Iwano-Frankowsk (Ивано-Франковск). Na tej samej zasadzie Lwów to po ukraińsku Львів (ang. Lviv), a po rosyjsku Львов (ang. Lvov). Różnica między Charkowem a Iwano-Frankiwskiem po polsku polega na tym, że polska nazwa Charkowa brzmiała i brzmi tak samo, natomiast używanie w oficjalnych tekstach formy Iwano-Frankowsk w odniesieniu do współcześnie istniejącego miasta od 2010 roku nie jest już poprawne. Jeśli tekst dotyczy wcześniejszego okresu, dobrze byłoby wskazać, że obecnie miasto nosi tylko jedną oficjalną nazwę. Do 1939 roku miasto nosiło zresztą polską nazwę Stanisławów, a od 1939 do 1962 Stanisław (ukr. Станісла́в, ros. Станисла́в).

Recenzentem tekstu był rosyjski naukowiec z Petersburga, który z uporem poprawiał Kharkiv na Kharkov. Ukraiński autor, mieszkaniec Charkowa – żeby było śmieszniej rosyjskojęzyczny – zmieniał z powrotem na Kharkiv. Usiłowałem tłumaczyć członkowi rzeczywistemu Akademii Nauk Federacji Rosyjskiej, że nazwa, którą pamięta z młodości, już nie jest aktualna, ale siła pamięci siedemdziesięciopięcioletniego akademika była przemożna. Przewiązywał pomidory w ogródku na daczy i odsyłał wciąż tę samą poprawkę. W końcu poddałem się i poprosiłem o pomoc znajomą Rosjankę, która biegle włada także ukraińskim. Udało jej się przekonać Płatona Kiryłowicza, żeby ustąpił. Wieczorem przyszedł e-mail – po polsku. Za zgodą Płatona Kiryłowicza zachowuję oryginalną pisownię.

– Marku Pawłowiczu, wybaczcie mnie, staremu człowiekowi. Upór u młodych to męstwo, śmiałość, ale u starych – prosto upór. Sprawdziłem na Wikipedii – aż tak stary nie jestem. Prawda – Kharkiv.

W kosmosie nikt nie usłyszy twego śpiewu

Ponieważ od pewnego czasu redaguję teksty o tematyce astronomicznej, musiałem nawiązać kontakt z kimś, kto będzie w stanie od czasu do czasu pomóc mi w zrozumieniu zawiłości anglojęzycznych źródeł. Moją konsultantką jest młoda badaczka zatrudniona w jednym z obserwatoriów w Kalifornii. Któregoś dnia wysyłam jej pytanie na komunikatorze (u mnie jest dziesiąta rano, u niej pierwsza w nocy). Liczyłem na odpowiedź, gdy u mnie będzie już wieczór, tymczasem przyszła praktycznie od razu. A zaraz potem:

– Marcus… I can’t sleep.

– Bad dreams?

– No, just plain sleeplessness. I’m sitting with my tablet in the desert and looking at the sky. It’s very quiet, peaceful.

– Is the wind cold?

– No, just a little cool, pleasant.

[chwila przerwy]

– You know, sometimes I feel very lonely.

– Read this poem aloud.

„The woods are lovely, dark and deep,

But I have promises to keep,

And miles to go before I sleep,

And miles to go before I sleep” (to ostatnia zwrotka Przystając pod lasem w śnieżny wieczór Roberta Frosta).

[dłuższa przerwa]

– I did that. It was like the sky was talking back.

Uchyliłem okno. U mnie też lekki chłodny wiatr, ale chyba nie ten sam. Dziesięć tysięcy kilometrów stąd satelity szpiegowskie widzą na kalifornijskiej pustyni mały punkcik. Melancholijna Amerykanka patrzy w niebo.

Peron 9 i 3/4

Czasem mam wrażenie, że kimś bardziej obcym niż autorzy z egzotycznych krajów jestem dla siebie ja sam z dzieciństwa i młodości. Redaguję głównie teksty naukowe i choć sam nigdy nie pracowałem naukowo, w ramach pracy wracam w miejsca, które kształtowały moją wyobraźnię, gdy byłem dzieckiem.

Zawsze miałem wrażenie, że Politechnika Wrocławska to państwo w państwie, struktura tak skomplikowana, że w jej obrębie mogą funkcjonować swego rodzaju „kieszenie” w rzeczywistości: laboratoria/pracownie, o których wszyscy już zapomnieli i gdzie prowadzi się eksperymenty przeczące prawom fizyki; portiernie, które niczego już nie strzegą, ale wciąż zmieniają się portierzy; pomieszczenia, w których buczą maszyny niewiadomego przeznaczenia. Jakiś czas temu umówiłem się z autorem w jednym ze starszych budynków PWr. Krążyłem po długich, szarych korytarzach; rzędy drzwi z nic mi niemówiącymi oznaczeniami, a pomiędzy nimi metalowe szafy pozamykane na kłódki – zapewne śpi tam nocna zmiana, którą portier wypuszcza, gdy zajdzie słońce. Kojarzyło mi się to z dzieciństwem, gdy z tatą odwiedzałem różne budynki tej właśnie uczelni i wyobrażałem sobie, że on i jego koledzy dawno już wyprzedzili Amerykanów i prowadzą tu eksperymenty ze światami równoległymi i podróżami w czasie oraz rozmawiają z Przybyszami. W końcu w jednym z pomieszczeń znalazłem samotnego badacza pochylonego nad stacjonarnym komputerem na oko tak starym, że niegdyś biała obudowa kineskopowego monitora poszarzała od wrośniętego brudu. Ekran jarzył się bursztynowo tabelkami BIOS-a, nie widziałem takiego, odkąd byłem dzieckiem.

– Nie wie pan może, gdzie znajdę doktora X?

– Z której pan jest strefy? – odparł, nie odrywając wzroku od ekranu.

– W jakim sensie „strefy”?

– Czasowej. Tu jest rok 1988, XXI wiek zaczyna się piętro wyżej.

– Rozumiem… A rok 2021?

– Nie wiem, nigdy tam nie byłem.

Gdy wyszedłem z powrotem na korytarz, zdjął mnie lęk. A gdybym przekroczył próg tego pomieszczenia i utkwił w 1988 roku? I spotkał samego siebie jako pięcioletniego brzdąca, którego tata zabierał ze sobą do pracy? W ścianie zobaczyłem drzwi, pchnąłem je i wyszedłem na zasypany liśćmi wewnętrzny parking. Sprawiał wrażenie nieużywanego od lat. A jeśli faktycznie to jest inny czas albo jakaś Międzystrefa, jak z Nagiego lunchu Williama S. Burroughsa? Po chwili jednak zobaczyłem samochód, stojący wprawdzie na czterech kapciach, ale stanowczo za nowy jak na lata 80. czy 90. Nie jest źle, nawet jeśli przeskoczyłem gdzieś w czasie, to co najwyżej o rok, dwa do przodu lub do tyłu. Jakoś sobie poradzę.

Wróć