Zbigniew Drozdowicz

Rys. Sławomir Makal
Konferencje naukowe należą do stałych i ważnych elementów akademickiego życia. Dla ich uczestników istotne znaczenie mają niejednokrotnie nie tylko pożytki naukowe, ale także towarzyskie i turystyczne. Są konferencje wyróżniające się poziomem naukowym wystąpień uczestników, ale oferta tzw. imprez towarzyszących jest nader skromna. Są również takie, na których mało kto ma coś ciekawego do powiedzenia, ale organizatorzy potrafili zadbać o owe imprezy.
Nie mam aż tak wielkiego doświadczenia konferencyjnego, aby z pełnym przekonaniem odpowiedzieć na pytanie, jak wyglądają proporcje między pierwszym i drugim rodzajem konferencji organizowanych w innych krajach. Brałem jednak udział w niejednej z nich, „zaliczając” przy okazji kilka kontynentów i kilkanaście krajów. Rzecz jasna, miały one różną naukowo rangę i różną liczbę uczestników. Przynajmniej teoretycznie najwyższą powinny mieć organizowane cyklicznie międzynarodowe kongresy naukowe. Brałem udział w kilkunastu takich spotkaniach. To, że obowiązuje na nich swoisty rytualizm, wie praktycznie każdy uczestnik. Wyraża się on nie tylko w obdarowywaniu już na wstępie konferencyjnymi gadżetami (takimi jak torby czy plakietki), ale także w rozpoczynaniu tych spotkań wykładem otwarcia. Czasami wygłaszany jest on przez uczonych szeroko znanych na świecie. Na odbytym w 1998 roku w Bostonie światowym kongresie filozoficznym można było wysłuchać wykładu jednego z najbardziej wpływowych współczesnych filozofów Willarda Quine’a.
Brałem również udział w zagranicznych kongresach, na których wykłady otwarcia wygłaszały osoby zapewne dobrze znane organizatorom, ale raczej nie większości ich uczestników. Zaliczam do nich odbyty w 2018 roku w Pekinie światowy kongres filozoficzny. Skłonny jestem wprawdzie podpisać się pod twierdzeniem „klasyka”, że „Chińczycy trzymają się mocno”, jednak w tym przypadku wyrażało się to głównie w imponującym rozmiarami Centrum Kongresowym (stanowiącym zresztą pozostałość po odbytych w tym mieście igrzyskach olimpijskich). W miarę atrakcyjna była również oferta imprez towarzyszących. Skorzystałem jedynie ze zwiedzania chińskiego muru, ale lista atrakcji była dłuższa. Znacznie gorzej wyglądała organizacja sekcji problemowych. Odbywały się one w boksach usytuowanych w garażach obiektu, w których słychać było sąsiednie wystąpienia. Imponujący jest natomiast kampus organizatora tego kongresu, Uniwersytetu Pekińskiego. Jego część historyczna przekonuje, że mimo zawirowań politycznych w tym kraju obroniła się nie tylko dawna infrastruktura budowlana (w tym obiektu, w którym znajduje się Instytut Filozofii), ale także otoczenie przyrodnicze. Tyle tylko że nie tam odbywały się kongresowe obrady; a szkoda, bo zapewne zyskałyby na akademickim klimacie.
Jeśli miałbym sformułować generalizującą ocenę zagranicznych kongresów i konferencji, to powiedziałbym, że lepiej wypada ich organizacja w krajach, które mogą się wykazać długą tradycją akademicką, takich m.in. jak Francja, Włochy czy Hiszpania. Brałem wielokrotnie udział w organizowanych tam konferencjach i jestem przekonany, że uczestnicy rzadko kiedy mogli mieć zastrzeżenia do organizatorów. Inna sprawa, że we Francji najlepiej jest mówić po francusku (nie tylko zresztą na konferencjach). Brałem również udział w światowym kongresie filozofii francuskojęzycznej zorganizowanym kilka lat temu w Rio de Janeiro przez brazylijską Akademię Nauk. Odbywał się on na terenie Wyższej Szkoły Wojskowej. Usytuowana jest ona bowiem w dzielnicy Copacabana, kilka kroków od robiącej spore wrażenie góry o nazwie Głowa Cukru i w sąsiedztwie plaży nad oceanem. Problem był natomiast w tym, że organizatorzy zaproponowali posiłki w mało atrakcyjnej lokalowo i żywieniowo kantynie wojskowej. Skorzystałem z jej oferty tylko raz i podobnie zrobiło wielu innych uczestników. Największym zaskoczeniem mogła być jednak zwyczajowa uroczysta kolacja. Odbywała się w restauracji luksusowego hotelu i składała z wielu różnych dań. Na koniec okazało się jednak, że organizatorzy wprawdzie zadbali o zaproszenie na nią wszystkich uczestników kongresu, ale „zapomnieli” ich uprzedzić, że będą musieli za nią zapłacić z własnej kieszeni. O stronie naukowej kongresu mogę powiedzieć, że miała miejsce, a najbardziej dociekliwe pytania do mojego wystąpienia postawione zostały przez uczestniczkę dyskusji z Chin.
Jak na tych zagranicznych kongresach i mniejszej rangi naukowych spotkaniach radzą sobie Polacy? Na podstawie moich obserwacji skłonny jestem twierdzić, że nie gorzej niż uczestnicy z innych krajów. Rzecz jasna pod warunkiem, że nie tylko znają konferencyjne języki, ale także miejscowe obyczaje konferencyjne i zanadto nie przejmują się niedociągnięciami organizacyjnymi. Czasami jednak potrzebna była również spora wyrozumiałość organizatorów wobec uczestników konferencji. Niektórzy z nich bowiem wprawdzie widnieli w programie, ale gdy przychodziła godzina wystąpienia, to okazywało się, że albo o nim zapomnieli, albo po prostu uznali, że nie warto tym sobie zawracać głowy. Brałem udział również w konferencji w Budapeszcie, na której jeden z polskich uczestników wygłosił wprawdzie swój referat, tyle tylko że w żaden sposób nie mieścił się on w konferencyjnej tematyce. Być może pomylił konferencje, a może wychodził z założenia, że tym samym referatem można „obsłużyć” kilka różnych konferencji (był to profesor starszego pokolenia o bardzo znanym nazwisku).
Nie prowadzę ewidencji krajowych konferencji, na których wygłaszałem referat. Mogę jednak powiedzieć, że było ich co najmniej kilkadziesiąt. Szczególnie wiele z nich przypada na drugą połowę lat 90. minionego stulecia i ostatnich kilkanaście lat. W jakiejś mierze związane jest to ze statusem belwederskiego profesora (ta akademicka grupa otrzymuje zwykle najwięcej zaproszeń). W grę wchodziły i wchodzą jednak również inne względy, w tym towarzyskie. Mimo wielu zgromadzonych na tej podstawie obserwacji i doświadczeń trudno byłoby mi jednak sformułować generalizującą ocenę zarówno poziomu naukowego tych spotkań, jak i sprawności ich organizatorów. Nie podtrzymałbym jednak wcześniej sformułowanego twierdzenia, że im dłuższą tradycją mogą się wykazać uczelnie, na których się one odbywają, tym organizacja jest lepsza. Brałem całkiem niedawno udział w międzynarodowym kongresie zorganizowanym na najstarszej polskiej uczelni. Nie będę wymieniał nazwy kongresu, aby nie robić przykrości organizatorom. Mogę tylko powiedzieć, że bardzo się starali. Jednak nie wszystko im wyszło tak dobrze, jak można było oczekiwać na tak szacownej uczelni; i raczej wyjść nie mogło w sytuacji, gdy nieliczni organizatorzy zmagali się z wieloma różnymi problemami (łącznie z obsługą zdalnych wystąpień). Brałem również udział w spotkaniach naukowych organizowanych przez mniejsze uczelnie (np. w Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni) i mogę powiedzieć, że niejednokrotnie ich organizatorom niewiele można było zarzucić. Rzecz jasna sporo tutaj zależy nie tylko, a nawet nie tyle od pozycji uczelni na polskiej mapie akademickiej, ale od podejścia organizatorów i ich uczelnianego otoczenia.
Różnie to wyglądało w przywołanych wyżej przykładach, a także na wielu konferencjach odbywających się pod różnymi nazwami i z różną liczbą uczestników. Stwierdzenie, że mamy dzisiaj do czynienia ze swoistym „wysypem” takich spotkań nie będzie żadną przesadą. A to, że ich ilość nie idzie w parze z jakością, jest raczej oczywiste. Jak zresztą mogłoby być inaczej w sytuacji, gdy wiele z nich organizowanych jest nie tyle po to, aby dać okazję uczestnikom do zaprezentowania najnowszych wyników badań, lecz głównie po to, aby spotkać się towarzysko, a przy okazji przypomnieć, że czymś się zajmujemy naukowo lub przynajmniej coś opublikowaliśmy na jakiś temat. Byłem świadkiem wystąpienia, w którym uczestnik konferencji odczytał fragment swojej opublikowanej książki (trzymając ją w ręce). Innym razem odczytywane były fragmenty regulacji prawnej – nie tylko bez zająknięcia, ale także bez jakiegokolwiek komentarza. Tego rodzaju wystąpienia są udziałem młodych doktorów i doktorantów, a także wiekowych profesorów. Tym pierwszym czasami brakuje odwagi, aby otwarcie prezentować swój lekceważący stosunek do uczestników i organizatorów konferencyjnych spotkań. Są oni zresztą rozliczani nie tylko z konferencyjnych wystąpień, ale także z pokonferencyjnych publikacji i raczej trudno liczyć na to, że uda się opublikować kolejny raz to, co już ukazało się drukiem. Nieco inaczej to wygląda na konferencjach organizowanych przez samych doktorantów dla doktorantów (takich również odbywa się wiele). Z wtórnością ich konferencyjnych wystąpień zmagają się jednak nie tylko organizatorzy, ale także redaktorzy czasopism, do których wysyłają oni konferencyjne „produkcje”.
Motywy stojące za organizowaniem licznych konferencji, które przynajmniej w nazwie mają „naukowość”, są bardzo różne. Niektóre z nich są zresztą takie same lub bardzo podobne do konferencji organizowanych za granicą. Należą do nich m.in. względy finansowe. W zdecydowanej większości przypadków udział w takich spotkaniach wiąże się z opłatą konferencyjną, a jeśli już ktoś jest z niej zwalniany, to osoby, które swoim nazwiskiem mogą legitymować ich naukowy charakter lub też stanowić swoistą zachętę dla szeregowych uczestników. Podobnie jest zresztą z wysyłaniem zaproszeń do osób, które nie są wprawdzie żadnymi specjalistami, jednak są rozpoznawalne w środowisku akademickim. Nie chciałbym sobie dodawać naukowego znaczenia. Jednak trudno jest mi inaczej wyjaśnić fakt, że niejednokrotnie otrzymywałem zaproszenia do udziału w konferencjach, których tematyka w żaden sposób nie wiązała się ani z obszarami moich zainteresowań badawczych, ani nawet z moją dziedziną nauki. Być może jest to jedynie błąd w komputerowym zaszeregowaniu do nauk, z którymi nic mnie nie łączy. W czasach, w których CV pracowników akademickich jest albo przynajmniej powinno być dostępne w internecie, takie nieporozumienie łatwo jednak skorygować. Odrębną kategorię stanowią konferencje organizowane przez osoby i organizacje bez akademickiego statusu. Nigdy nie brałem w nich udziału. Skłonny jestem jednak zaryzykować twierdzenie, że ich naukowość występuje głównie w nazwie, a atrakcyjność w lokalizacji w turystycznej miejscowości.
Mam spore doświadczenie jako organizator konferencyjnych spotkań różnej rangi, z międzynarodowymi kongresami włącznie. Nie znam jednak przepisu, który gwarantowałby, że będą w nich brały udział osoby o znaczących osiągnięciach naukowych, a konferencyjne wystąpienia będą zachęcały do poważnych dyskusji. Kilka ogólniejszych sugestii chciałbym jednak sformułować. Pierwszą (zresztą dosyć banalną) jest stawianie raczej na jakość, a nie ilość uczestników. W moim przekonaniu liczące bardzo wielu uczestników kongresy w każdym przypadku obciążone są ryzykiem, że udział w nich zgłoszą nie tylko specjaliści w danej dziedzinie, ale także amatorzy, którzy z nauką mają niewiele wspólnego. Pojawiają się oni wprawdzie również na zagranicznych kongresach, ale nie jest to dla naszych amatorów żadne usprawiedliwienie.
W polskich realiach akademickich sporym ryzykiem obciążone jest również organizowanie konferencyjnych spotkań w formule międzynarodowej. Rzecz nie w tym, że nie można znaleźć chętnych do udziału w nich za granicą, lecz w tym, że w wielu przypadkach jest to wschodnia, a nie zachodnia granica. Nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie to, że tacy uczestnicy niejednokrotnie słabo znają języki konferencyjne i trzeba im zapewnić tłumacza. Zdarza się również, że w konferencyjnych wystąpieniach stosują standardy naukowości różniące się od zachodnich. Z trzymaniem się tych ostatnich miewają zresztą kłopot również rodzimi uczestnicy. Być może niektórzy z nich rozpoznają się w tej sugestii. Mimo to powiem, że nie powinni być zdziwieni tym, że nie otrzymują zaproszeń na organizowane przeze mnie konferencje. Niektórym powiedziałem to zresztą otwarcie. Jeśli jednak miałbym również w tej kwestii sformułować jakąś sugestię, to powiedziałbym, że nie należy przesadzać ze szczerością i surowością oceny konferencyjnych wystąpień. Może to wprawdzie zniechęć do wysłania kolejnych zgłoszeń na naukowe spotkania konferencyjnych „turystów”, ale może to również urazić znajomych i przyjaciół, z którymi chcielibyśmy mimo wszystko zachować dobre relacje. Czasami warto przedłożyć względy towarzyskie nad naukowe. Rzecz jasna również pod tym względem nie należy przesadzać. Spotkania naukowe to jednak z założenia coś innego niż spotkania towarzyskie i dobrze byłoby się tego trzymać.
Wróć