logo
FA 12/2021 informacje i komentarze

Marek Kosmulski

Nie palcie komitetów

Nie palcie komitetów 1

Prof. Marek Kosmulski, chemik z Politechniki Lubelskiej, przekonuje, że powinniśmy wziąć czynny udział w zachodzącej na naszych oczach „rewolucji publikacyjnej”.

W latach siedemdziesiątych Jacek Kuroń nawoływał, by zamiast palić komitety, zakładać własne. Sentencja ta znakomicie pasuje do rozgrywającej się na naszych oczach rewolucji w dziedzinie publikowania artykułów i wydawania czasopism naukowych. Mamy do wyboru: narzekać i dowodzić naszej moralnej wyższości nad naukowcami, którzy poszli z duchem czasu, lub wziąć aktywny udział w tych zmianach i wyciąć jak największy kawałek tortu dla siebie, swojej uczelni i całej polskiej nauki (a przy okazji dla gospodarki). Polska jest zbyt małym graczem, by ustanawiać zasady, ale może na zachodzących zmianach wiele zyskać (bo do stracenia mamy niewiele).

Aby udowodnić, że mamy do czynienia z prawdziwą rewolucją, podaję kilka liczb, nie twierdząc, że zmiany pokazane w tabeli są największe lub najważniejsze. Porównuję prace opublikowane w roku 1978 (data mojego pierwszego artykułu w czasopiśmie z listy, którą parę lat potem ochrzczono filadelfijską) i w roku 2020 (tekst ten piszę w 2021, który się jeszcze nie skończył). Dane liczbowe pochodzą w WoS(R).

Skupmy się na spektakularnym wzroście popularności publikacji gold open access (w tym tekście określanych jako OA); już dziś stanowią one ponad połowę wszystkich polskich publikacji. Nie chodzi tu wyłącznie o publikacje w „drapieżnych” czasopismach wydawanych przez „drapieżnych” wydawców, wiele polskich artykułów z 2020 roku w czasopismach Elseviera i Springera też ukazało się jako OA. Doszło zatem do odwrócenia ról: kiedyś wydawcy zarabiali na czytelnikach, a dziś – na autorach.

Ekstrapolując dotychczasową tendencję, można oczekiwać, że za 10 lub 20 lat praktycznie wszystkie artykuły naukowe będą publikowane jako OA. Ten trend jest spowodowany wieloma czynnikami. Mało kto chce dzisiaj czytać artykuły naukowe, za to wszyscy chcą publikować (patrz tabela). Ma to związek ze sposobem oceniania naukowców, nie tylko w Polsce obowiązuje zasada „publish or perish”. Nikt natomiast nie rozlicza naukowców z liczby prac przeczytanych. Naukowcom bardzo zależy na cytowalności własnych prac. Ta obsesja dotknęła też urzędników zarządzających nauką (nie tylko w Polsce). Artykuły OA są (średnio) nieco częściej cytowane, stąd gotowość do płacenia wydawcom za tę formę publikacji. Ogromnie wzrosła aktywność publikacyjna w krajach, które jeszcze całkiem niedawno praktycznie nie istniały na naukowej mapie świata (patrz tabela). Naukowcy z tych krajów stali w dotychczasowym systemie na przegranej pozycji. Rola naukowców z Azji i Afryki ograniczała się do pisania (za darmo) artykułów i ich recenzowania (za darmo) oraz płacenia za prenumeratę czasopism (przypominam, że kiedyś czasopisma naukowe ukazywały się wyłącznie w formie drukowanej), zaś procesy decyzyjne odbywały się w bogatych państwach Europy Zachodniej i w USA (tam pracują redaktorzy) i tam też płynęły pieniądze dla wydawców. Dość łatwo jest uzyskać dostęp do artykułu naukowego opublikowanego w formie elektronicznej przy (teoretycznie) zamkniętym dostępie bez płacenia wydawcy (green i black OA).

Nie palcie komitetów 2Polska też nie jest beneficjentem tradycyjnego systemu. Opłaty, jakie wnoszą zagraniczni kontrahenci za prenumeratę polskich czasopism, stanowią kroplę w morzu w stosunku do kwot, jakie Wirtualna Biblioteka Nauki (WBN) przekazuje zagranicznym wydawcom. Procentowy udział Polaków wśród gatekeeperów (osób decydujących o przyjęciu publikacji do druku) w czasopismach z listy filadelfijskiej jest znikomy w zestawieniu z udziałem Polaków wśród autorów publikacji. Nasza rola ogranicza się zatem w praktyce do bezpłatnego świadczenia usług jako autorzy i recenzenci, dzięki czemu zagraniczni wydawcy mogą pomnożyć swoje zyski. Dlatego też dziwię się, że niektórzy polscy naukowcy tak zażarcie bronią tradycyjnego systemu.

Renomowani wydawcy idą z duchem czasu i bynajmniej nie zamierzają poprzestawać na zarabianiu na opłatach za prenumeratę (w przyjętym dotąd znaczeniu). Umowy między WBN a zagranicznymi wydawcami obejmują obok normalnej prenumeraty także opłatę za umieszczanie artykułów OA w czasopismach tych wydawców, a że sprzedaż jest wiązana, trudno oszacować stawkę za jeden artykuł. Słowo „prenumerata” zyskało zatem nowe znaczenie – obecnie jest to również (a może głównie) hurtowa opłata za OA. Pomimo tego semantycznego kamuflażu skutek jest podobny jak przy opłacaniu publikacji OA poszczególnych artykułów przez autora (czy raczej instytucję, w której ten autor pracuje): za możliwość publikowania prac przez polskich autorów płacą polscy podatnicy, chociaż opłaty wnoszone za pośrednictwem WBN są jakby mniej bolesne, a wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że publikacje OA w czasopismach Elseviera i Springera bynajmniej nie są dla autorów darmowe.

Wróćmy do tytułowych komitetów. Jeżeli kiedykolwiek mogą powstać czasopisma naukowe o światowej renomie, w których Polacy będą gatekeeperami (w proporcji z grubsza odpowiadającej udziałowi Polaków wśród autorów), a opłaty za polskie publikacje w tych czasopismach (a może i za publikacje obcokrajowców) pozostaną w Polsce, to właśnie teraz, kiedy ustalają się nowe reguły gry. Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, by w Polsce powstał jakiś MDPI-bis. Oczywiście zadanie jest bardzo ambitne, wymaga współpracy nauki z biznesem (również międzynarodowej) oraz co najmniej życzliwej neutralności ministerstwa, a ewentualne zyski będzie można zrealizować w najlepszym razie za 15 lat. Trzeba się też liczyć z dużym oporem starych naukowców przywiązanych do tradycyjnego systemu i z czarnym PR-em ze strony oligopolu tradycyjnego rynku wydawniczego. Ale za parę lat będzie za późno, ukształtuje się nowy oligopol (jak zwykle bez nas), który będzie skutecznie zwalczał zalążki ewentualnej konkurencji. Wtedy pozostanie nam czekanie na kolejną rewolucję.

Wróć