logo
FA 12/2021 30 lat FA

Mariusz Karwowski

Między nami równolatkami

Zajmują się technologiami kosmicznymi, architekturą późnobarokową, fizyką kwantową, inżynierią biomedyczną, lekami na białaczkę. Łączy ich jedno – przyszli na świat, tak jak my, w grudniu 1991 roku.

To był czas, gdy wiele rzeczy działo się po raz pierwszy. Polska została przyłączona do Internetu, wystartowała produkcja Poloneza Caro, w Poznaniu zagrali Deep Purple. Debiut zaliczyliśmy i my, wówczas jeszcze jako „Przegląd Akademicki”. Przy okazji okrągłego jubileuszu chcieliśmy poznać naszych rówieśników. Wśród pracujących w polskiej nauce blisko pół tysiąca trzydziestolatków doliczyliśmy się 27, którzy urodzili się w grudniu 1991 roku. Rozsiani są po całym kraju: od Szczecina po Kraków. Pracują na uczelniach, w instytutach PAN oraz należących do Sieci Badawczej Łukasiewicz. Kilkoro z nich opowiedziało nam, co robią, jak widzą swoje miejsce w nauce, czy dostrzegają zmiany w niej zachodzące…

Między nami równolatkami 1

Paweł Wityk. Fot. Paweł Sudara

Omnia mea mecum porto

Już na długo przed pojawieniem się pomysłu konsolidacji gdańskich uczelni Paweł Wityk na własną rękę zaczął tę ideę wcielać w życie. Najpierw studia na Politechnice Gdańskiej, później doktorat na Uniwersytecie Gdańskim, a obecnie staż podoktorski w Gdańskim Uniwersytecie Medycznym w Zakładzie Biofarmacji i Farmakokinetyki. Jak przyznaje, w każdym z tych miejsc zaoferowano mu inne spojrzenie na naukę, dzięki czemu może dziś czerpać z różnych doświadczeń. To zaowocowało w pełni interdyscyplinarnym podejściem do pracy badawczej. Zaczynał od syntezy związków siarkowych, potem zajął się chemią obliczeniową, a w międzyczasie również chemią kwantową. Badał uszkodzenia DNA, a na stażu w Pizie poznał zaawansowane procesy transferu elektronów w układach biologicznych.

– Nauka szybko ewoluuje i żeby nadążyć, trzeba ciągle się uczyć – przekonuje, zastrzegając od razu, że jemu to w pełni odpowiada. – Nowa wiedza pomaga mi rozwiązywać kolejne problemy naukowe i lepiej rozumieć ich naturę. Poza tym wyzwala z ograniczeń. Jeżeli będę chciał robić jutro zupełnie inną rzecz, jestem w stanie szybko się przestawić.

Nieco inaczej wyobrażał sobie otoczkę okołonaukową. Za dużo czasu poświęca się na sprawy organizacyjno-administracyjne, przygotowanie dokumentów… Jako naukowiec musi się znać i na finansach, i na zamówieniach publicznych, powinien też umieć zarządzać zespołem. W zdobyciu tych umiejętności pomaga mu prowadzenie spółki biotechnologicznej, świadczącej usługi badawcze. Dzięki temu spogląda na naukę z dwóch stron. Kiedyś dziwił się, że to, co robi w laboratorium, inni mogą postrzegać jako niepotrzebne. Teraz już ma świadomość, na czym polega wprowadzanie nowych technologii i jak powinien się ukierunkować, by jego praca służyła społeczeństwu, a nie była tylko formą nauki dla nauki. Jako przykład przywołuje kilka prototypów mobilnej stacji sterylizacji oraz bezpieczny transporter materiału biologicznego. Rozwiązania opracowane przez niego wspólnie z Uniwersytetem Szczecińskim były odpowiedzią na pandemię koronawirusa.

Wie już, że nauka pełna jest niepowodzeń, dlatego za każdym razem odczuwa frajdę nawet z drobnych osiągnięć, jak choćby uchwycenia jakiegoś produktu przejściowego w reakcji chemicznej. Marzy o założeniu własnej grupy.

– Profesura? Nie jako cel sam w sobie. Skupiam się na prowadzeniu pracy naukowej – zapewnia.

Przez to, że wkroczył na tę ścieżkę dość wcześnie (już w liceum brał udział w dodatkowych zajęciach na Wydziale Fizyki UG), nie traktuje 30 lat jako symbolicznej granicy, po przekroczeniu której odmieni się jego podejście do nauki. Pewnie gdyby prowadził dotąd typową karierę naukową, byłoby to dla niego przełomem, znajdowałby się wszak w zupełnie innym miejscu niż obecnie. A tak, również dzięki napotkanym liderom zespołów, którzy dawali mu wolną rękę i pozwalali się rozwijać, od dawna samodzielnie wytycza swój szlak. Natomiast z pewnością ta trzydziestka wymusi określenie już konkretnego kierunku badawczego. Jak tłumaczy, nie da się zrobić wszystkiego i rozwijać w każdym możliwym kierunku jednocześnie.

W GUMed prowadzi eksperymentalny projekt związany z urosepsą, obejmujący elementy spektrometrii mas (to od dawna jego konik), biochemii, hodowli komórkowej. Jednak swoją przyszłość widzi gdzie indziej. Myśli o tworzeniu biosensorów, czy to elektrochemicznych, czy optoelektronicznych, do wykorzystania w szpitalach bądź przez pacjentów, którzy przebywają w domu, ale wymagają stałego monitoringu. Opracował już prototypy sensorów zdolnych do wykrywania przeciwciał. Stworzył też czujnik, który jest w stanie wykrywać materiał RNA koronawirusa. Pracuje nad podobnym na grypę oraz innym, wykrywającym SARS-CoV-2 ze śliny.

– Habilitację będę robił z inżynierii biomedycznej. Dziedzina ta angażuje wszystko to, czym się dotychczas zajmowałem i pozwala mi cieszyć się nauką – mówi, kończąc swoją ulubioną maksymą: „Omnia mea mecum porto”.

Bez humanistyki nie istniejemy

Między nami równolatkami 2

Alina Barczyk. Fot. Bartosz Kałużny

– Wbrew temu, co większość sądzi, studia nad XVIII wiekiem również są bardzo interdyscyplinarne – wtóruje mu dr Alina Barczyk.

Inaczej niż poprzedni rozmówca, od czasu studiów związana jest z tą samą jednostką: Instytutem Historii Sztuki Uniwersytetu Łódzkiego. O pracy naukowej marzyła od zawsze. Wertując książki o architekturze, zwłaszcza tej dawnej, pasjonowała się tym, jak się dochodzi do prawdy historycznej, ile informacji zgromadzono w archiwach, jak można odkryć projekty pałaców sprzed lat. Idea, by się tym zawodowo zająć, z początku utopijna, z czasem okazała się w zasięgu jej możliwości. Teraz, badając materiały ikonograficzne, prowadząc kwerendy, jeżdżąc w teren, czuje się w swoim żywiole. Wszystko to pozwala jej zrozumieć nie tylko genezę i symbolikę architektury, ale też codzienne życie doby nowożytnej.

W pracy historyka architektury najważniejsze jej zdaniem jest uwzględnianie kontekstu przestrzennego. Pałace, rezydencje znajdowały się w szerszym planie urbanistycznym, a wzajemne powiązania między obiektami, ich skala, widok, jaki roztaczał się z okien, walory krajobrazowe – to wszystko można dostrzec jedynie prowadząc badania in situ. Na niej samej największe wrażenie pozostawił barokowy Kościół Bożogrobców w Nysie. To od niego zaczęła się jej fascynacja architekturą późnobarokową. Napisała książkę o rezydencjach rodu Mniszchów, a teraz zajmuje się tym, w jaki sposób rozwiązania saskie popularyzowały się w Polsce w czasach panowania Wettinów.

– Dach mansardowy, taki jak choćby w budynku Ambasady Belgijskiej, został wprowadzony do architektury warszawskiej właśnie w tamtym okresie. Natrafiłam na korespondencję pokazującą skalę wyzwań związanych z tym technologicznym novum. Obawiano się, że miejscowi wykonawcy nie będą wiedzieli, jak stworzyć tego typu konstrukcję. Dlatego sprowadzano cieśli i budowniczych z Drezna. Z kosztami się nie liczono, bo chodziło o pokazanie splendoru właściciela pałacu. Były to zatem przemiany nie tylko o charakterze estetycznym, dekoracyjnym, ale też np. technologicznym – zauważa.

Epoka nowożytna, jak mówi, przyciąga dziś niewielu badaczy. Większość chce zgłębiać sztukę współczesną. Pojawiają się tematy kiedyś nieobecne w orbicie naukowego zainteresowania, jak choćby kwestie kobiece. Ona sama ani myśli o zmianie. Co więcej, im dłużej analizuje tamten okres, napotyka na coraz to nowe, równie ciekawe wątki. Poza tym choćby szeroko komentowany od lat pomysł odbudowy Pałacu Saskiego w Warszawie pokazuje, że dawna architektura nie poszła w zapomnienie i nadal budzi emocje.

– Toczą się gorące dyskusje, w jakiej formie powinno się na nowo postawić ten obiekt. Moje badania, w których ukazuję następujące wówczas przemiany, ich źródła i przyczyny, mogą być niezwykle przydatne we współczesnej debacie na temat niejednego zabytku – twierdzi.

Tegoroczne urodziny nie stanowią dla niej przełomowego momentu. To jedynie umowna granica, na którą patrzy jak na swego rodzaju zobowiązanie – wraz z wiekiem coraz więcej oczekuje od siebie samej. Pokorę uznaje za kluczową w nauce. W jej dziedzinie jest potrzebna na co dzień. Wprawdzie częściowa digitalizacja zbiorów znacznie ułatwiła pracę i przyspieszyła wymianę informacji (nie przekreślając wszak podróży i zbierania materiałów w terenie), lecz jednocześnie stale pojawiają się nowe odkrycia, które często podważają wcześniejsze ustalenia. Zmienia się kąt patrzenia na rożne zagadnienia, inaczej interpretuje się dzieła i to, co chciano przekazać potomnym. Zastrzega jednak, że nie powinno się dyskredytować poprzednich prac i ich autorów. Byli przecież w zupełnie innej rzeczywistości, nierzadko pozbawieni dostępu do wielu miejsc i źródeł. Jej zdaniem, spojrzenie na efekty pracy naukowców w dziedzinach humanistycznych wymaga głębszej refleksji i dłuższej perspektywy czasowej. To nie są rzeczy do wdrożenia od zaraz. Mimo to, uważa, humanistyki nie powinno się marginalizować.

– Padają argumenty, że nic nie wnosi do naszego życia. A przecież bez niej nikt nie byłby w stanie funkcjonować. Ona naprawdę wiele zmienia i pomaga odnaleźć się w bardzo wielu sytuacjach, także zawodowych. A o znaczeniu architektury jako budynków dla ludzi nie trzeba chyba nikogo przekonywać – podsumowuje.

Oprócz przełomów są i pomyłki

Między nami równolatkami 3

Michał Parniak. Fot. Paweł Sudara

Życie niemal każdego mieszkańca tej planety zmienił na pewno Internet. Dlatego dr Michał Parniak, specjalista od technologii komunikacji optycznej, nie musi się obawiać o rezultaty swojej pracy. Zagrożenie dostrzega jednak w czym innym.

– W mojej dziedzinie, a szczególnie w dziedzinie komputerów kwantowych, problemem jest permanentny „overhype” – cokolwiek zrobimy, określa się to jako przełomowe. Tymczasem w nauce, która powinna służyć społeczeństwu, zdarzają się pomyłki i jako naukowcy mamy to z tyłu głowy. Trzeba podnosić społeczną świadomość w tym zakresie, a nie tylko skupiać się na wynikach – jasno stawia sprawę.

Po doktoracie na Uniwersytecie Warszawskim wyjechał do Kopenhagi, do Instytutu Nielsa Bohra na tamtejszym uniwersytecie. Pozwala mu to dziś spojrzeć na naukę z dwóch perspektyw. Z jednej strony wybrał studia fizyczne, a to w sposób naturalny dla tej dziedziny postawiło go przed wyborem kariery naukowej. Już na pierwszym roku trafił do laboratorium, zaczął się mocniej angażować. W Danii zobaczył też inne opcje. Tam przemysł oferuje fizykom zdecydowanie więcej możliwości. Opłaca się, bo wnoszą wiedzę, która w świecie najnowszych technologii jest na wagę złota. W Polsce ten proces dopiero się zaczyna. To nie znaczy wcale, że badań podstawowych należy zaniechać.

– Pracuję w pewnym sensie w wolnym zawodzie, sam znajduję sobie problemy, które muszę najpierw zdefiniować. To jednak nietypowe w porównaniu do większości profesji, ale zawsze przyciągało mnie to do nauki, tak ją sobie wyobrażałem – mówi.

Po postdoku wrócił na macierzystą uczelnię i dziś pracuje w Centrum Nowych Technologii UW, które jest siedzibą Międzynarodowej Agendy Badawczej – Centrum Optycznych Technologii Kwantowych. Jednym z pierwszych projektów z jego udziałem było urządzenie, które potrafi zapamiętać światło i przechować je w kwantowej pamięci. Różni się od aparatu fotograficznego tym, że zachowuje dokładność co do pojedynczego fotonu. Pamięć jest oparta na chłodzonych laserowo atomach, których chmura zawieszona w próżni może zarówno generować pojedyncze fotony, jak i przechowywać światło z zewnątrz. Zaproponował wykorzystanie urządzenia do przesyłania splątania kwantowego na duże odległości. W tej chwili pracuje nad dodaniem kolejnych funkcjonalności, tak żeby mogło ono być też komputerem kwantowym. Rozpoczyna także realizację projektu, w którym podobne atomy będą mogły przetwarzać pojedyncze fotony i sprzęgać fotony mikrofalowe z optycznymi. Nie kryje ekscytacji, bo zastosowania tego nowatorskiego pomysłu nasuwają się jedno po drugim.

– Jeśli chcemy wykryć jakieś sygnały mikrofalowe, to musimy mieć antenę dopasowaną do częstości takich mikrofal, co jest trudne, bo do każdej częstości trzeba wykonać inną antenę. W tym przypadku atomy są w stanie wykrywać wszystkie częstości jednocześnie. Przestrajanie odbywa się „na żywo”. Może to być przydatne np. w radarach czy wykrywaniu bardzo słabych sygnałów – tłumaczy.

Pytany o satysfakcję czerpaną z nauki, odpowiada, że najbardziej odczuwa ją, gdy udaje się wybrać takie kierunki badań, które notorycznie przywodzą obiecujące rezultaty. Publikacje wyników, a później środowiskowe dyskusje o nich – to musi dawać spełnienie w pracy, w której rezultaty bywają przecież nieoczywiste. Dlatego tym bardziej cieszy się, że dziś, pisząc granty, można zakładać wiele ścieżek badawczych, ba, jest nawet dobrze widziane, gdy naukowiec planuje w projekcie pewne ryzyka, a zarazem sposoby ich niwelowania poprzez osiąganie innych, równie, a może nawet jeszcze ciekawszych, wyników.

Czy trzydziestka jest ważną cezurą w jego życiu? Rzeczywiście, jak przyznaje, to „magiczna” liczba. Dla jednych powoli przestaje się być młodym naukowcem, u innych (np. w ERC Starting Grant) na dobrą sprawę dopiero zaczyna się nim być. Ale jego zdaniem sprawczość nie zależy od wieku. Choć, gdyby się dobrze zastanowić, to może właśnie 30 urodziny są dobrym momentem na odpowiednie ustawienie kompasu. Cel, jaki sobie stawia, to stworzenie laboratorium, w którym budowane są zarówno proste urządzenia z myślą o praktycznych zastosowaniach, jak i tworzy się skomplikowane eksperymenty będące ukłonem w stronę fundamentalnej fizyki, odkrywania granic między światem klasycznym a kwantowym. Właśnie na połączeniu tych dwóch nurtów najbardziej mu zależy.

Uczelnie godne zaufania

Między nami równolatkami 4

Mikołaj Podgórski

O łączeniu nauki z biznesem godzinami mógłby opowiadać Mikołaj Podgórski. Właśnie zaczął doktorat wdrożeniowy na Politechnice Wrocławskiej.

– Chciałbym, by moja praca naukowa przysłużyła się ludziom. Zobaczyć, że to, nad czym się pracowało latami, działa i przynosi wymierną korzyść, czy to finansową, czy technologiczną, jest od zawsze moim marzeniem. Nauka dla samej nauki mnie nie interesuje – wyjawia swoje zawodowe credo.

O takich jak on zwykło się mówić, że z niejednego pieca jedli chleb. Kręte ścieżki wiodły go od energetyki jądrowej, przez automatykę, aż po technologie kosmiczne, którym wierny pozostaje do dziś. Kończąc studia, czuł jednak, że kariera naukowa nie do końca mu odpowiada. Myślał bardziej o realizowaniu celów zawodowych poza uczelnią. Dopiero z biegiem lat, już z perspektywy osoby zarządzającej projektami biznesowymi, dostrzegł wymierne korzyści z tej synergii. Okazało się, że może ona pomóc w prowadzeniu firmy, zdobywaniu nowych kontaktów. Do powrotu na politechnikę skusił go doktorat wdrożeniowy. To alternatywna droga uzyskania stopnia doktora przeznaczona dla tych, którzy nie chcą rezygnować z pracy w sektorze komercyjnym. Przyznaje, że dla osób, dla których – jak u niego – uczelnia nie jest jedyną życiową opcją, to doskonały mechanizm pozwalający na zrównoważenie obu ścieżek. Jako pragmatyk uważa, że w idealnym świecie naukowiec powinien łączyć pracę u podstaw z wdrażaniem technologii i umieć w przystępny sposób przekazywać ten zasób wiedzy przemysłowi. Skorzystać mogliby na tym wszyscy.

Jego firma zajmuje się projektowaniem oraz produkcją teleskopów do satelitów obserwacyjnych. To urządzenia w postaci kamery do robienia zdjęć Ziemi z kosmosu. Przemysł kosmiczny nie oparł się trendom miniaturyzacji, ale w tym przypadku towarzyszy im akceptacja większego poziomu ryzyka. Trwa wyścig o zastosowanie odpowiednich komponentów, które muszą być superodporne i działać w warunkach próżni, niskiej temperatury, promieniowania. Pomyłki w tej branży bywają bardzo kosztowne.

– Konieczne jest wielokrotne testowanie. Chodzi więc o zoptymalizowanie tego etapu prac, zaprojektowanie go tak, by zaoszczędzić i czas, i pieniądze – opisuje tematykę swojego doktoratu, w którym łączy zagadnienia fizyki, mechaniki, optyki, elektroniki, projektowania…

Wszystko to sprowadza do jednego mianownika – inżynierii systemowej. Pozwala mu ona łączyć wiedzę z wielu obszarów. Tłumaczy, że dziś nie można przez całe życie specjalizować się tylko w jednej wąskiej działce. Skoro, przekonuje, większość przełomowych osiągnięć technologicznych mamy już za sobą, trzeba myśleć o racjonalizacji, doskonaleniu bądź wynajdywaniu nowych sposobów działania tych rzeczy, które już opisano. Ale to nie rola jednego człowieka. Musi być zapewnione otoczenie, które będzie temu sprzyjać.

Tymczasem, jak zaobserwował, w ostatnich latach uczelnie skupiły się bardziej na dydaktyce niż nauce. Nie dziwi zatem, że rozwój technologii spoczywa w naszym kraju na przemyśle. Doktoraty wdrożeniowe to, w jego ocenie, udana próba zmiany tego kierunku. Nie ma wątpliwości, że nasze uczelnie, wzorem zachodnich, powinny stać się miejscem godnym zaufania dla przemysłu. Ta synergia jest tam bardzo duża i powstaje z niej wiele dobrego.

– U nas zazwyczaj jest tak, że jeśli ktoś na uczelni dokona istotnego odkrycia technologicznego, to raczej będzie je rozwijał na własną rękę, w spin-oucie. Pozytywne jest to, że dostrzeżono, w którą stronę powinniśmy iść, nastąpiła wymiana kadry naukowej, wchodzą ludzie młodsi, którzy inaczej na to patrzą. I widać, że zaczyna to służyć wszystkim – kończy z optymizmem w głosie.

Liczy się dorobek, a nie wiek

Między nami równolatkami 5

Łukasz Szymański

– Moje wyobrażenie o nauce było mocno wyidealizowane. Trochę jak w filmach: nowoczesny sprzęt, genialne pomysły, szybkie badania i… pacjent uleczony – wspomina dr Łukasz Szymański.

Pochodzi z lekarskiej rodziny, ale z medycyną nie było mu po drodze. Wybrał biotechnologię. Po studiach na Uniwersytecie Warszawskim i UCLA (USA) trafił do Wojskowego Instytutu Medycznego, później przeniósł się do Wojskowego Instytutu Higieny i Epidemiologii, a od półtora roku pracuje w Instytucie Genetyki i Biotechnologii Zwierząt PAN, gdzie prowadzi badania nad białaczkami. Wraz z zespołem szuka możliwości epigenetycznego przeprogramowania komórek, zarówno w zespołach mielodysplastycznych (choroby związane z deficytem krwinek), jak i w ostrej białaczce szpikowej. W tej ostatniej, jak mówi, od ponad trzydziestu lat nie odnotowano postępu w zakresie strategii terapeutycznych.

– Niedawno odkryliśmy, że skojarzona terapia kwasem all-trans-retinowym (ATRA) i lekiem przeciwdepresyjnym tranylcyprominą w warunkach laboratoryjnych ma silne działanie przeciwbiałaczkowe – wyjawia.

Choć nauka przynosi mu sporo satysfakcji, dostrzega także słabe punkty systemu. Nie spodziewał się, że aż tak trzeba walczyć o finansowanie, wypełniać tyle raportów pełnych tabel, że proces badawczy, w tym przetargi na potrzebną aparaturę i odczynniki, tak długo trwa… To zasadnicza różnica między sektorem prywatnym a instytutami. Wspomina, że podczas stypendium w Children’s Medical Research Institute w Sydney wszystko szło dużo szybciej. Chodziło o to, by sprawnie realizować badania i na nich koncentrować uwagę, a nie grzęznąć w pracy administracyjnej. Trudno mu uniknąć porównań także tu, w Polsce, gdzie dzieli czas między naukę a pracę w firmie zajmującej się wyrobami medycznymi. W niej właśnie, jako osoba odpowiedzialna za badania i rozwój, udało mu się opracować dwa produkty do implantacji o najwyższej klasie ryzyka. Zarówno proszek hemostatyczny, jak i klej chirurgiczny weszły już na rynek i z powodzeniem stosowane są dziś przy operacjach.

Przyznaje, że do miejsca, w którym obecnie się znajduje, doprowadziła go niezależność w kwestii tego, co chce robić, w jakich projektach uczestniczyć, w jaki sposób prowadzić badania. Jest wdzięczny mentorom napotykanym na swojej drodze, do których mógł zwracać się bardziej o poradę niż o wytyczenie szlaku. Tym trudniej jest mu zrozumieć, dlaczego młodych naukowców ocenia się nie przez pryzmat ich dorobku, lecz wieku. Czuje to po sobie – obronił doktorat już jako 25-latek, ale dopiero teraz odnosi wrażenie, że przekracza pewną symboliczną granicę, po której na pierwszy plan wysuwają się osiągnięcia. Za jedno z najważniejszych, które w pewnym sensie utorowało mu dalszą drogę, uznaje opracowanie trójwymiarowego modelu ludzkiej skóry. Pionierski, bo stworzony bez konieczności pobierania komórek od pacjentów oraz z uwagi na zastosowaną w nim genipinę, która pozwala na kontrolowanie stopnia sieciowania kolagenu. Taki powtarzalny model można użyć do oceny leków, prowadzenia badań gojących się ran czy różnego rodzaju oddziaływań w skórze. Rozwija ten pomysł dalej, właśnie jest w trakcie przygotowywania patentu. Mogłoby się wydawać, że wykracza to poza orbitę jego obecnych zainteresowań, tymczasem jest efektem przemyślanego planu. Procesy, które zachodzą w gojącej się skórze, przypominają bowiem na poziomie molekularnym te nowotworowe. Zajmując się dziś tematyką onkologiczną, a zwłaszcza aspektami immunologicznymi, może więc do woli czerpać z poprzednich doświadczeń. Jak każdy marzy o naukowym „the next big thing”, ale tego zaplanować się nie da.

– Otrzymywane granty przekonują, że nasze pomysły mają w opinii recenzentów szanse na powodzenie, więc nie pozostaje mi nic innego, jak cierpliwie pracować na przyszłe sukcesy.

Po kilku latach w nauce uświadomił sobie, jak atmosfera w zespole może wpłynąć na jakość uzyskiwanych wyników. Tylko bowiem niewymuszona współpraca owocuje imponującymi rezultatami.

Wróć