Jacek Hnidiuk

Tytułowy esej ani właściwie nie wnosi niczego do wiedzy o literaturze, ani nie dokonuje nowych uściśleń na linii nadawca-odbiorca dzieła literackiego. Nie jest też jakąkolwiek nową propozycją postrzegania literatury i pisarza, i mam wrażenie, że więcej w nim utartych efektownych sformułowań niż konkretnych propozycji. Literatura jest bowiem, wedle słów Manganellego, „portową prostytutką i dziwką dobrą dla kierowców ciężarówek”, jest także skandalem, bluźnierstwem, jest cyniczna i niemoralna. Poza tym „jest anarchicznym gestem, a więc utopią, i jako taka nieustannie rozpada się i tworzy na nowo. Jak wszystkie utopie jest dziecinna, irytująca, straszna”. Cokolwiek oznacza to zdanie, uważam, że niesie ze sobą jedynie językowy sztafaż i zero treści.
W pozostałych krótkich formach Manganelli rozprawia się między innymi z Trzema muszkieterami, dowodząc miałkości fabularnej książki i jej niezasłużonej popularności, gdyż po przeczytaniu „z solidnej i brawurowej powieści pozostaje wirujący pył”. Być może włoski krytyk ma rację, jednak po niemal dwustu latach ten „wirujący pył” nadal wiruje i nawet słabo zorientowany czytelnik kojarzy zapewne nazwisko Aleksandra Dumasa, zatem daj Boże zdrowie, aby każdy autor popularnych czytadeł był w stanie po dwóch wiekach zapisać się w pamięci potomnych chociaż jedną pisarską pozycją. Dostaje się także Dickensowi, który jest „pisarzem rozkosznym i irytującym”, a Wielkie nadzieje są „dobrym przykładem efektownej i marnej recytacji, godnej podrzędnego aktora”. Robinson Crusoe uznany zostaje za książkę dla niewykształconej publiczności, Manganelli zastanawia się także „Skąd się bierze, bardziej niż urok, niewyczerpana groza tej książki?”. Pewną ambiwalencję odczuwa też włoski krytyk, czytając dzieła innych klasyków, np. Waltera Scotta czy też tuza powieści przygodowej Roberta Louisa Stevensona.
Nie jest jednak tak, że Manganelli wyłącznie siecze dookoła ostrzem swego pióra; zachwyca się bowiem Alicją w krainie czarów, komplementuje niejaką Ivy Compton-Burnett, uznając ją za „najwybitniejszą powieściopisarkę w dzisiejszej Anglii”. Mógłbym przywołać jeszcze kilka mało znanych pisarskich nazwisk, którym poświęca odrobinę uwagi, ale nie jest to chyba potrzebne. Wśród tych bardziej popularnych pojawiają się jeszcze Nabokov, Yeats czy Beckett, którego tom wierszy Manganelli bardzo oszczędnie recenzuje, za to sporo miejsca poświęca dokonaniom krytyka Edmunda Wilsona.
Przychodzi mi na myśl pewien cytat, choć nie pamiętam już, kto wypowiedział słowa, że krytyk literacki, to taki ktoś, kto mówi autorowi, jak powinien napisać książkę i sam by to zrobił, gdyby tylko potrafił. Krytyka literacka w przeważającej większości (może za wyjątkiem jakiejś części wypowiedzi metakrytycznych) to działalność bardzo doraźna. I choćby nie wiem jak merytoryczna i stylistycznie przepiękna była recenzja, to na zawsze (na krótko) pozostanie ona wyłącznie komentarzem do dzieła literackiego bez szans na długowieczność. Niewielkie przecież szanse mają autorzy recenzji, że ktokolwiek zechce (pomijam akademików) sięgać po latach do ich wniosków. Nawet jeżeli Dumas pisał kiepsko, to jego dzieła trafiły pod strzechy, szpada D’Artagnana nadal dźwięczy, Edmund Dantes wciąż ucieka z zamku d’If, a Crusoe spotyka swego Piętaszka. Choćby wszyscy krytycy zżymali się nad prostotą fabuły bądź ograniczonością czytelnika, którego zwyczajnie interesuje, co będzie dalej, to chyba właśnie w tym tkwi potęga literatury, że nigdy nie wiadomo, która książka będzie fascynowała kolejne pokolenia i jaki autor zapisze się w ich pamięci. Bynajmniej nie zgadzam się z twierdzeniem, że krytycy, to niespełnieni pisarze, raczej wyrobnicy pióra, którzy nawet za wielki wysiłek nigdy nie otrzymają zasłużonej zapłaty. Dumas? Ależ oczywiście, znam! Manganelli? Przepraszam, kto?
Jacek Hnidiuk
Giorgio MANGANELLI, Literatura jako kłamstwo, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021.
Wróć