Piotr Müldner-Nieckowski
W związku z ukazaniem się nowej książki poetyckiej dziennikarze zadają mi pytania co do prozy. Ciągle coś im się myli.
Pytanie, które mnie zirytowało, brzmi: „Czy napisał pan powieść, która jest dla wszystkich?”. Czyli czy jest „inkluzywna”. No i to mylenie wierszy z prozą… Wszystko postawione na głowie.
Brzmiało to mniej więcej tak, jak kwestia, którą dopiero co usłyszałem w telewizji (cytuję): „Jeśli jest pani biologiem, to jak pani myśli, jeżeli Unia Europejska stawia Polsce trudne warunki, to co będzie za pięć lat?”.
Jak tu wytłumaczyć pytającemu, że biologia ma słaby związek z Unią, która jej zasad naukowych nie akceptuje, ani że brakuje w tym jakiegokolwiek związku z jakimkolwiek państwem? W sensie logicznym to taka sama nowomowa jak w wypadku pytania o moje książki.
Adresaci literatury sami sobie dobierają odpowiednie tytuły. To oni realizują swoje cele, gdy sięgają po konkretny tekst, pisarze natomiast przeważnie mają mętną wizję odbiorców, ponieważ zbyt precyzyjna zdecydowanie ograniczałaby im swobodę artystyczną. To znany fakt z zakresu psychologii twórczości. Natomiast co do Unii: warto się najpierw przyjrzeć i zorientować, dlaczego i jakie stawia warunki, a nie bezmyślnie pytać, czy warunki na coś kiedyś wpłyną.
W nadziei, że utrafię w gusta i sposoby działania prasy, postanowiłem przestać się martwić dziwacznym odbiorem faktu, że napisałem coś z zakresu poezji, i wobec pytań o prozę szybciej zgłosiłem do wydania powieść, która już od dawna na to czekała.
Od tego momentu zaczęto mnie indagować jednak w sprawie tomu wierszy, nadal go nie czytając, a o prozie wspominać przestano. Zadzwoniła też dziennikarka, która chciała się umówić ze mną jako Pawłem Munlanderem-Niecikowskim. Uprzejmymi słowy poprosiłem, aby się przygotowała do rozmowy, więc się poprawiła i powiedziała „przepraszam, Nićkowskim”, i się rozłączyła, aby już więcej się nie odezwać. W ten sposób jako autor wypadłem z obiegu.
Na standardowe cytowane wyżej pytanie o inkluzywność prozy odpowiadam: a dlaczego miałbym pisać teksty wszystkoistyczne! Dlaczego mają być dla każdego? Nie chcę tak, bo wtedy byłyby już dla nikogo.
Nie ma książek uniwersalnych, tak jak nie ma panaceum ani perpetuum mobile, nawet jeśli jakiś autor takie dzieło sobie zamierzył. Po pierwsze nie wszyscy czytają (czyli 60% społeczeństwa z góry w tej konkurencji odpada), a po drugie treść książki może komuś nie odpowiadać i on też jako czytelnik odpadnie. Mądre i trudne książki są dla myślących, proste dla prostaków, a te, które są okrakiem między jednym a drugim, często bywają dla nikogo, bo prości myślą, że trudne, a myślący, że prymitywne. A wszyscy się mogą mylić na skutek rezygnacji z rozpoznania rzeczy. No i najważniejsze: księgarnie już nie są celem rytualnych wizyt inteligencji.
Oto widzę zdumienie w oczach człowieka, który usłyszał fragment powieści, czytany w radiu przez aktora: „Jakież to cudowne! Że też ja to pominąłem w księgarni!”. Chyba skłamał. Z oglądu Warszawy (nie Berlina, Madrytu, Paryża czy Rzymu, o nie!) wynika, że księgarnie znikają (ostatnio olbrzymi sklep książkowy im. Stefana Żeromskiego przy alei Solidarności). Nasi potencjalni czytelnicy do pozostałych przestają wchodzić. Rozpowszechniło się mniemanie, że Internet przejął rolę księgarń, ale to nieprawda. Książka w formie elektronicznej jest innym obiektem niż ta wydrukowana na papierze. To, co jest czytane na ekranie tabletu czy słuchane z audiobooka, tylko pozornie odpowiada książce w okładkach i z kartkami. Inaczej się to czyta, inaczej też rozumie i odczuwa.
Z kolei relacje z publikacji książkowych, czyli recenzje prasowe (i internetowe też) ujmują podstawę literatury, a więc jej język i psychologię, logikę i historię zbyt często pod wpływem polityki i w zestawieniu z nią, a ta przecież jest skłonna sfałszować niemal wszystko, nawet biologię. Trudne utwory przeważnie pomijają. Kulturze dzieje się w ten sposób krzywda, bo to odstręcza czytelników od kupowania poważnych książek i od czytania dogłębnego, kształtującego wyobraźnię i myślenie.
Skutki tego są niedobre. Wielu autorów zaczyna dzisiaj pisać „łatwiej”. Mam nadzieję, że jest to zjawisko tylko chwilowe, na czas dominacji mediów wizualnych. Wolna wola pisarzy oraz edukacja społeczeństwa zmuszą do ponownej intrygującej komplikacji tekstów, takiej jaka funkcjonowała jeszcze 40 lat temu. Potem media w zakresie kultury sczezną ostatecznie, zsuną się do funkcji czysto informatyczno-informacyjnej, komunikacyjnej.
Film i telewizja już teraz chylą się ku niechybnej zgubie, gdyż okazało się, że jakością, elokwencją, dającą się rozpoznać komplikacją psychologiczną czy historyczną, słowem atrakcją intelektualną nie dogoniły literatury i już nigdy nie dogonią. Zapętliły się w niemocy artystycznej. Tak powtarzają te same (ale o różnych tytułach) filmy, filmiki, schematy scenariuszowe, że zmęczeni naciskaniem klawiszy pilotów i poszukiwaniem programów widzowie coraz częściej trzymają w domu telewizory jedynie ze względu na sport i porady kuchenne. Odbiorcy nie chcą już też, aby ich dzieci kształciły się na papce prostackich sensacji i bajek z rzeczywistości.
Jest więc wniosek: literatura nadal pod żadnym pozorem nie powinna poddawać się prasie ani imitować telewizji czy filmu, bo te pociągną ją na dno za sobą. A wtedy autorzy naprawdę znajdą się w biedzie.
e-mail: lpj@lpj.pl