logo
FA 12/2020 rozmowa forum

Rozmowa z prof. Jerzym Woźnickim, prezesem Fundacji Rektorów Polskich, byłym rektorem Politechniki Warszawskiej, przewodniczącym Rady Patronackiej „Forum Akademickiego”

Wolność i odpowiedzialność

Prof. dr hab. inż. Jerzy Woźnicki (ur. w 1947 r.) prowadził na Politechnice Warszawskiej badania w zakresie elektroniki próżniowej, optoelektroniki i fotoniki. Od wielu lat zajmuje się politykami publicznymi w zakresie szkolnictwa wyższego i nauki. Jest autorem ponad 120 publikacji naukowych dotyczących zarządzania uczelnią oraz prawnych uwarunkowań działania szkolnictwa wyższego, a także ram legislacyjnych polityki edukacyjnej i naukowej państwa. W latach 1996–2002 był rektorem PW. Kierował pracami Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich (1999-2002) oraz Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego (2014-17). Jest prezesem Fundacji Rektorów Polskich (od 2002), dyrektorem Instytutu Społeczeństwa Wiedzy (od 2003), członkiem Prezydium KRASP i przewodniczącym Komisji ds. Strategicznych Problemów Szkolnictwa Wyższego (od 2016), członkiem Zespołu ds. ewaluacji ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce KRASP (od 2020). Należy do Europejskiej Akademii Nauk i Sztuk.

Uniwersytet powinien pozostawać otwarty na debaty i spotkania, w tym nawet prezentacje treści o charakterze politycznym, ale nie przez każdego wykładowcę na zajęciach, tylko przez zaproszonych gości na spotkaniach organizowanych np. przez studentów. Uczelnia musi jednak pozostać bezstronna, nie powinna preferować żadnej opcji lub formacji politycznej. Jeżeli wynajmuje powierzchnie jednej ze stron sceny politycznej, to musi być otwarta na obecność drugiej strony na takich samych warunkach.

Czym jest autonomia akademicka i na czym polega?

Autonomia uczelni to prawo do działania w sposób samodzielny, własną decyzją, bez ingerencji z zewnątrz w zakresie wynikającym z określonego kanonu: prawnego i kulturowego; może wynikać także z przesłanek historycznych, z tradycji. W uczelni trzeba rozróżnić autonomię instytucjonalną i autonomię społeczności akademickiej, a więc wspólnoty uczelni. To rozróżnienie potwierdza obecna ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce. Autonomia instytucjonalna to prawo organów uczelni do podejmowania decyzji bez ingerencji z zewnątrz, czyli swoboda w kierowaniu uczelnią. To coś, co dotyka sfery governance i wykracza poza zarząd zwykły w instytucji. Nie ogranicza autonomii uniwersytetu fakt obecności w jej organach osób spoza uczelni, bo nie oznacza to zewnętrznej ingerencji w jej sprawy, ponieważ osoby te są członkami jej wewnętrznego organu. Autonomia wspólnoty uczelni to m.in. prawo jej członków prowadzących działalność naukową do działania w zakresie swych prac twórczych bez obcej ingerencji, oczywiście przy poszanowaniu zobowiązań wynikających z zawartych umów. Chodzi o to, żeby wspólnocie twórców, która w istocie kreuje uniwersytet, zapewnić wolności twórcze, gwarantowane w określonym zakresie przez Konstytucję RP, a w tym wolność badań naukowych i publikowania ich wyników oraz wolność twórczości artystycznej. To jest podstawa postulatu samorządności akademickiej zapewniającej społeczności twórców, w tym profesorom prowadzącym badania naukowe i wszystkim nauczycielom akademickim, prawo do autonomii własnej w określonym zakresie – chodzi o to, aby realizatorowi projektu naukowego jako twórcy nie mówić, jak interpretować badania, co napisać w artykule, jak lub gdzie go publikować.

Czy zatem ministrowie, a w ślad za tym rektorzy, nie naruszają autonomii swoich badaczy, gdy „sugerują” publikowanie wyników w określonych dość precyzyjnie czasopismach?

Nie, jeśli działają w granicach prawa zgodnie ze swymi ustawowymi kompetencjami. W tzw. deklaracji erfurckiej czytamy m.in.: „Uczelnia ma stanowić odpowiedzialną wspólnotę, nie zaś anarchistyczne czy nieodpowiedzialne stowarzyszenie”. Ustawa, regulując zakres autonomii szkół wyższych, powinna zobowiązywać uczelnie do działania w granicach interesu publicznego i na jego rzecz, z czym wiążą się wymogi rozliczalności i transparentności.

Czy to znaczy, że profesor może za publiczne pieniądze prowadzić badania, których wyniki sprzedaje później za granicę na własne konto?

Może je prowadzić, jeśli zyska grant, i pod warunkiem, że spełnia rygory wynikające z przepisów wewnętrznych, ustawowych i statutowych, a w tym nie narusza przepisów o ochronie praw własności intelektualnej. Uczelnia musi chronić swoje prawa w tym zakresie.

Istnieją więc ograniczenia autonomii?

Tak. Źródłem ograniczenia autonomii twórców są chociażby prawa instytucji, która twórcę zatrudnia, w tym prawo pracy oraz wymogi ochrony własności intelektualnej, a źródłem ograniczenia autonomii instytucjonalnej jest ustawa. Konstytucja nakłada bowiem na ustawodawcę obowiązek zapewnienia realizacji konstytucyjnego prawa do autonomii szkół wyższych. Z art. 70 ust. 5 Konstytucji RP wynika, że szkołom wyższym zapewnia się autonomię w zakresie określonym przez ustawę. Zatem ustawa nie może odebrać autonomii uczelniom, ale musi określić jej zakres, a więc i granice. Autonomia uczelni na gruncie klasyfikacji Europejskiego Stowarzyszenia Uniwersytetów (EUA) obejmuje organizację, finanse, politykę kadrową i misję edukacyjną.

Proszę się odnieść do autonomii finansowej w kontekście faktu, że uniwersytety bazują na środkach publicznych.

Nie byłoby trafne wnioskowanie, że skoro płatnik decyduje się na przeznaczenie określonych środków uczelniom, to może dowolnie narzucać im szczegółowe cele i warunki ich wykorzystania. Oczywiście, ogólne rygory dyscypliny finansowej muszą być określone i stosowane w naszym kraju; wynikają one z ustawy o finansach publicznych. Od 2005 r. uczelnie nie należą co prawda do państwowej sfery budżetowej, ale należą do sfery finansów publicznych i podlegają rygorom tej ustawy, w tym zasadom zapewniania dyscypliny wydatkowania środków publicznych. M.in. dlatego ustanawiane są reguły zarządcze, w szczególności tzw. kontroli zarządczej, którym podlega uczelnia. Ktoś się może zdziwić, że tym rygorom podlegają także przychody uczelni ze źródeł innych niż publiczne, np. pochodzące od darczyńcy, prywatnego sponsora. Otóż podlegają, bowiem każdy środek finansowy, z chwilą kiedy trafia do uczelni, zmienia swój status i staje się środkiem publicznym.

Skąd się wzięła idea autonomii uniwersytetów?

Tradycja sięga początków uniwersytetu w średniowieczu, gdy wspólnoty ówczesnych uczonych – wtedy byli oni stanu duchownego – pozostawały na skraju hierarchii kościelnej i episkopalnej, czerpiąc swoje źródła z tradycji świata zakonnego. Warto w tym miejscu zacytować słowa profesora Aleksandra Gieysztora o tamtych czasach: „W uniwersytecie wyraziła się w okresie jego narodzin swoista cecha cywilizacji europejskiej. Było nią łączenie zmysłu przedsiębiorczości, inicjatywy i innowacji z potrzebą zrzeszania się ludzi poza związkami krewniaczymi, poza więzami zwierzchności osobowej i poza hierarchią tych więzów”.

A w nowszych czasach, zwłaszcza w Polsce ostatnich stu lat?

W II RP w 1920 r. zyskujemy pierwszą ustawę o szkołach akademickich. W ramach zasad ustroju szkół akademickich każdej uczelni przyznano możność tworzenia własnego statutu, podlegającego jednak zatwierdzeniu przez ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego, który wykonywał zwierzchnią władzę nad szkołami akademickimi. Mogły one samodzielnie rozporządzać majątkiem, ale działając w ramach budżetu zatwierdzonego przez ministra. Ustawa gwarantowała wybieralność rektora, ale – co warto podkreślić – także regulacje zapewniające, że rektor może pozwolić na wkroczenie na teren uczelni organów bezpieczeństwa. Oznacza to, że może też nie pozwolić. Potem była tzw. ustawa Jędrzejewicza w 1933 r., która w znacznej części ograniczyła autonomię uczelni, bo taka była presja dużej polityki. W tym dokumencie stwierdzano, że minister jest władzą naczelną wszystkich uczelni i sprawuje nad nimi zwierzchni nadzór. Wybór rektora podlegał zatwierdzeniu przez prezydenta na wniosek ministra, ale zapewniono eksterytorialność kampusu, a rektor był władny wezwać pomoc organów bezpieczeństwa. To był zwrot w kierunku „dopaństwowienia” szkół akademickich.

W całym okresie międzywojennym o utworzeniu katedry i powołaniu profesora decydował minister.

Na podstawie ustawy z 1920 r. profesorów mianowała tzw. naczelna władza państwowa po zatwierdzeniu przez ministra wniosku rady wydziału. Od 1933 r. prezydent na wniosek ministra na podstawie uchwały rady wydziału mógł mianować tytularnymi profesorami docentów. Potem mamy ustawę z okresu stalinowskiego (1951 r.) i gomułkowską (1958 r.). Tam trudno mówić o autonomii uczelni. Natomiast ustawa z 1982 r. była o tyle zaskakująca, że weszła w życie w stanie wojennym, a sankcjonowała dość duży zakres autonomii i samorządności uczelni. Stało się tak, gdyż był to projekt opracowany przez stronę społeczną pod szyldem „Solidarności” przed wprowadzeniem stanu wojennego, a potem wszedł w życie w drodze eksperymentu premiera Mieczysława Rakowskiego, który tą drogą chciał ograniczyć zakres protestów na uczelniach. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że to w 1982 r. pojawiła się Rada Główna Szkolnictwa Wyższego, wybierana przez środowisko; rektor był wybierany, a minister sprawował tylko nadzór w zakresie zgodności z prawem; organy bezpieczeństwa mogły wkroczyć na teren uczelni tylko na wezwanie rektora. Była też reguła, że w razie zagrożenia życia ludzkiego lub katastrofy służby mogły wejść na teren uczelni, podobnie jak jest to zapisane obecnie, ale musiały go opuścić natychmiast po ustaniu przyczyn. Szkoły wyższe nazywano samorządnymi społecznościami nauczycieli akademickich i studentów, a prawa do uchwalania statutu szkoły i wyboru rektora zostały przyznane tą właśnie ustawą. Szybko się z tego wycofano. W 1985 r. pojawiła się nowela, która pozbawiła uczelnie autonomii.

Potem weszła w życie ustawa z 1990 r., która dokonała dużego zwrotu w kierunku autonomii i usamorządowienia uczelni. Była tam nawet reguła, że organy uczelni zasięgają opinii poszczególnych grup społeczności akademickich we wszystkich sprawach, które ich dotyczą. Rektor był wybierany przez kolegium elektorów, a statuty były uchwalane przez uczelnie, choć z wyjątkiem tzw. uczelni autonomicznych, były one zatwierdzane przez ministra. Eksterytorialność kampusu też była zapewniona.

Ustawa z 2005 r., nazywana często rektorską, bo z inicjatywy rektorów z Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich została opracowana w znacznej mierze w Fundacji Rektorów Polskich, była zwrotem w kierunku autonomii instytucjonalnej. Próbowano też znaleźć nową równowagę pomiędzy rządnością instytucjonalną a samorządnością akademicką, ograniczając w pewnym stopniu nadkolegialność w uniwersytetach. To w tej ustawie status instytucji przedstawicielskich de facto zyskały KRASP i KRZaSP, a także przedstawicielstwa studentów (PSRP) i doktorantów (KRD). Możemy jeszcze dodać obowiązek zasięgania opinii u instytucji przedstawicielskich – to są elementy, które były silnym impulsem na rzecz autonomii w szkolnictwie wyższym.

Ustawa z 2018 r. wzmocniła organy uczelni, wprowadzając jedynie trzy z nich: rektora, senat i radę uczelni. Inne można wprowadzić w statucie. Statuty uczelni stały się jeszcze większym źródłem prawa w szkolnictwie wyższym niż w 2005 r. Przy czym ustawa z 2005 r. umożliwiała w ogólności uregulowanie w statutach kwestii, których nie regulowała sama ustawa. Takiej reguły nie przeniesiono do ustawy z 2018 r. Ograniczono to prawo do kwestii organizacji i funkcjonowania uczelni, a nie innych spraw. Za to uczelnie dostały większe prawo do autonomii instytucjonalnej, bo mogą tworzyć nie tylko własne struktury, ale i organy. We wszystkich tych ustawach podtrzymywana jest zasada eksterytorialności kampusu.

Jak by pan porównał autonomię uczelni polskich i w innych krajach europejskich?

Znamy takie porównania EUA sprzed kilku lat. Znaleźliśmy się w środku stawki, nie brylujemy, ale nie jesteśmy czerwoną latarnią. To porównanie zrobiono na podstawie analizy aktów prawnych, co nieco fałszuje rzeczywistość. Na przykład Ukraina znajduje się tam bardzo wysoko, a od partnerów ukraińskich słyszymy, że w praktyce powinna być niżej, gdyż prawo nie zawsze jest tam respektowane, a praktyka znacząco odbiega od tego, co znajduje się w dokumentach prawnych. Sądzę, że ustawa z 2018 r. nieco poprawia naszą pozycję.

Większość środków, którymi dysponuje uczelnia, to środki publiczne. Czy subwencja zwiększa autonomię finansową?

Tak. Pozwala bowiem samej uczelni decydować o tzw. podziale pierwotnym, czyli o tym, ile przeznaczy na które zadania. Poprzednio pierwotnego podziału środków dokonywano na poziomie ministra. Teraz senaty mają w ręku nowe narzędzie do realizacji strategii uczelni. Można w uczelni te kryteria, którymi kieruje się ministerstwo, przenosić na podział wewnętrzny, ale można próbować tworzyć własne reguły. Wcale nie jest łatwo ustalić uniwersalną regułę podziału środków między dwie główne aktywności, kształcenie i badania naukowe.

Jak radzimy sobie z autonomią kadrową?

Minister już od dawna nie mianuje profesorów. Natomiast do awansu na stanowisko profesora istnieje wymóg posiadania tytułu profesora, a o tym decyduje zewnętrzny organ. Za ograniczenie autonomii kadrowej uważa się ustawowy obowiązek zatrudniania profesorów tytularnych na stanowisku profesora bez względu na to, czy uczelni potrzebny jest profesor reprezentujący daną dyscyplinę naukową i czy taki awans pozostaje w zgodzie z jej misją i planami rozwoju. To jest naruszenie autonomii kadrowej.

Czy państwo, główny donator uczelni, ma prawo domagać się od finansowanych przez siebie uczelni prowadzenia badań nad określonymi problemami i prowadzenia wskazanych kierunków studiów?

Nie, z pewnością nie decyzją administracyjną i nie na podstawie subwencji. To jest domena autonomicznych decyzji uczelni. Może w części sfery polityki naukowej państwa…?

Której projekt dopiero trafia do konsultacji…

Ten dokument będzie nakładać zobowiązania przede wszystkim na rząd, a nie na uczelnie. Rada Ministrów uchwali, co sama zamierza czynić w dziedzinie polityki naukowej państwa. Oczywiście, pośrednio będzie to wpływać na uczelnie, ale zakładamy, że nie będzie to miało charakteru nakazowo-rozdzielczego. Nie przewiduje się – według nieoficjalnych zapowiedzi – wskazania priorytetowych kierunków badań. Ta kwestia zawsze budziła spory i wątpliwości. Polityka państwa jest najlepiej realizowana w formie konkursów przez niezależne agencje grantowe lub programy oferowane przez ministerstwo. Państwo nie jest bezradne wobec autonomii badawczej uczelni. Wprost przeciwnie, ma instrumenty, choćby programy europejskie, jak POWER czy Innowacyjna Gospodarka, dzięki którym można było zachęcić środowisko naukowe do realizacji określonej polityki naukowej. Natomiast państwo nie może nakazywać pewnych badań, chyba że minister zechce skorzystać z artykułu 404 ustawy PSWN i zleci zadania naukowe w celu uzyskania określonego rezultatu, pokrywając ich koszty z funduszy, którymi dysponuje. To dobra regulacja, bo pozwala ministrowi szybko, nawet w trybie pozakonkursowym, osiągnąć założony cel.

A dydaktyka? Były kierunki zamawiane…

To skompromitowana inicjatywa, a skompromitowały ją efekty. Z doniesień prasowych dowiedzieliśmy się, że jedno magisterium na tych kierunkach kosztowało nieproporcjonalnie dużo. Uczelnie kształciły magistrów poza tą pulą w cenie wielokrotnie niższej. To był zły pomysł i nie ma co do niego wracać.

Zatem dydaktyka dopasowana do możliwości kadrowych uczelni, a nie potrzeb studentów i absolwentów?

Nie, to akurat nie byłyby dobre praktyki, jeżeli takie gdzieś są. Istnieją tu ograniczenia z natury rzeczy, choćby wynikające z systemu akredytacji, polskiej ramy kwalifikacji, oceny jakości kształcenia. Są to niezbędne elementy kształtowania wiarygodności uczelni jako realizatora procesu dydaktycznego. Akredytacja, system kwalifikacji i zapewniania jakości kształcenia to procesy niezbędne dla porównywalności i uznawania dyplomów w skali Europy, niezbędne do kształtowania wiarygodności oferty uczelni wobec kandydatów na studia. Nie ogranicza to możliwości określania przez uczelnię organizacji studiów i programów kształcenia.

Ale są przecież standardy i ramy kształcenia…

Standardy kształcenia obowiązują tylko na kierunkach regulowanych. Są natomiast stosowane, określane na szczeblu europejskim i w Polsce, standardy akredytacyjne, ewaluacji jakości studiów i zapewniania jakości kształcenia. Zdaniem niektórych, zaistniało natomiast ograniczenie rekrutacyjnej autonomii uczelni. Chodzi o mechanizm wpływania na limity przyjęć na studia za pomocą algorytmu przyznawania subwencji, ograniczającego de facto liczbę studentów. Jest to jednak uzasadniane dbałością o jakość kształcenia poprzez zapewnienie odpowiedniego wskaźnika liczby studentów na jednego nauczyciela akademickiego.

A czy ustalane przez ministra zdrowia limity przyjęć na medycynę są ograniczeniem autonomii?

Moim zdaniem tak, ale stanowi to uprawnione ograniczenie, bo w tym przypadku chodzi o kierunek, na którym kształcenie wymaga wyjątkowych zasobów i jest wysoce kosztochłonne.

Dochodzimy wreszcie do tego, o czym pan już wspominał – do kwestii eksterytorialności uczelni. Ostatnio doszło do co najmniej dwóch jej naruszeń. W październiku grupa demonstrantów weszła na teren KUL i urządziła tam nielegalną demonstrację polityczną. Drugi wypadek dotyczy Politechniki Warszawskiej, na której teren w końcu listopada weszli policjanci w pościgu za uczestnikami nielegalnej demonstracji.

Gdy przed wieloma laty byłem rektorem Politechniki Warszawskiej, miało miejsce następujące zdarzenie. Podczas obrad senatu dowiadujemy się, że uciekający przed policją, demonstrujący stoczniowcy z Trójmiasta schronili się w Gmachu Głównym, a policja zatrzymała się przed budynkiem PW. Powodowany przywiązaniem do tradycji „Solidarności” i zarazem tradycji Politechniki Warszawskiej jako instytucji, która odgrywała w XX w. istotną rolę także w życiu publicznym – na przykład była miejscem wielu wydarzeń historycznych, dała schronienie demonstrantom w 1956 i 1957 roku, a także w 1968 r. – zwróciłem się do senatu o zgodę na to, żeby wyjść do stoczniowców i ogłosić, że Politechnika Warszawska zapewnia im bezpieczeństwo w swych murach tak długo, jak to będzie potrzebne. Wśród tych stoczniowców byli wtedy przyszli liderzy AWS M. Krzaklewski i J. Tomaszewski, którzy później ten akt ze strony PW wspominali bardzo pozytywnie. Pamiętam też inne wydarzenie. W 1968 r. byłem jednym z organizatorów wydarzeń marcowych na Politechnice Warszawskiej. Doszło wówczas do brutalnego naruszenia autonomii uczelni przez tzw. milicję z Golędzinowa (istniał tam w czasach komunistycznych ośrodek szkolenia MO – red.). Golędzinowcy wdarli się do Gmachu Elektroniki PW i doszło nawet do walki, w której zdobyliśmy tarczę milicyjną i hełm, a oni wybili szyby. W końcu odwołał ich dowódca, a my oddaliśmy milicji nasze trofea. Około dwa tygodnie później doszło jednak do wejścia milicji na teren uczelni w celu przerwania trwającego strajku okupacyjnego, zorganizowanego przez studentów politechniki.

Po 1990 r. nie dochodziło już do takich zdarzeń. Konferencja Rektorów Uczelni Warszawskich miała zawsze dobre relacje z policją, zarówno z Komendą Stołeczną, jak i Komendą Główną Policji. Ta tradycja dobrych kontaktów była bardzo cenna, bo mogliśmy liczyć na policję w sytuacjach trudnych, np. w okolicach domów studenckich czasem pojawiało się zagrożenie bezpieczeństwa, zwłaszcza wobec studentek wracających z wieczornych zajęć. W ogólności te dobre tradycje relacji uczelni z policją obecnie są kontynuowane w Warszawie i w innych ośrodkach akademickich. Potwierdza to np. spotkanie w ostatnich dniach rektora Politechniki Śląskiej, profesora Arkadiusza Mężyka, przewodniczącego KRASP, z komendantem głównym policji, które przebiegło w bardzo dobrej atmosferze i było połączone z przeprosinami za zdarzenia, o których pan wspomniał. Okazało się, że nie były one intencjonalne, ale wynikały z nieznajomości terenu i błędów w przygotowaniu akcji policji. Nie ma zatem żadnych negatywnych relacji między policją a uczelniami. Wiele z nich ma specjalne umowy z lokalnymi komendami i znakomicie współpracują. Ustawa dopuszcza porozumienia między władzami uczelni a policją na okoliczność wkraczania funkcjonariuszy na teren kampusów w celu np. walki z dilerami narkotyków.

Ale sytuacja, która zaistniała na KUL, wskazuje, że istnieje też inne zagrożenie: naruszenie eksterytorialności uczelni przez demonstrantów i pozostawanie tam bez zgody rektora. W zwykłym czasie na kampus uczelni każdy może wejść, tereny uczelni są otwarte. Jednak muszą one być chronione przed tłumem, przed organizatorami zgromadzeń. Jest akceptowalne, aby osoby pokojowo demonstrujące znalazły chwilę schronienia na terenie uczelni za zgodą rektora, ale nie jest dopuszczalne, aby te osoby organizowały potem na terenie uczelni zgromadzenie publiczne, w szczególności o charakterze politycznym. Na tego typu zgromadzenie, nawet organizowane przez członków wspólnoty uczelni, wydaje zgodę rektor i są określone rygory, pod jakimi to się dzieje. To stanowi problem, bo policja zatrzymuje się na granicy kampusu, a odpowiedzialność za osoby przebywające na terenie uczelni przejmuje rektor, który nie dysponuje środkami i niezbędnymi uprawnieniami do zapewnienia bezpieczeństwa.

Czy nie reklamujemy teraz terenu uczelni jako azylu dla osób łamiących prawo?

Właśnie wyjaśniam, że nie. Zdecydowanie nie chcemy tego robić. Teren uczelni nie jest miejscem azylu dla osób spoza wspólnoty uczelni. Zauważmy, że nawet jej członkowie nie mogą bez specjalnej, imiennej zgody przebywać na terenie i w murach uczelni w porze nocnej.

Jak się ma autonomia uczelni do jej apolityczności?

Pojawiają się w tej sprawie różne, w tym istotnie zróżnicowane, podejścia. Model uczelni bardziej otwartej albo bardziej zamkniętej. Można np. zakazać jakiejkolwiek działalności politycznej na uniwersytecie. Katolicki Uniwersytet Lubelski ma taki zapis w swoim statucie, ale nie wiem, jak jest on interpretowany. Uważam, że uniwersytet powinien być miejscem wymiany wolnej myśli, nie powinien zatem zupełnie się izolować, pozostając w politycznej próżni. Debata musi się dokonywać w warunkach poszanowania prawa. Uniwersytet nie może otwierać swoich zasobów do wykorzystywania w celu walki politycznej. Nie może kreować zabronionych ideologii, nienawiści, np. postaw rasistowskich, musi respektować zasady tolerancji. Przy tych zastrzeżeniach uniwersytet powinien pozostawać otwarty na debaty i spotkania, w tym nawet prezentacje treści o charakterze politycznym, ale nie przez każdego wykładowcę na zajęciach, tylko przez zaproszonych gości na spotkaniach organizowanych np. przez studentów. Uczelnia musi jednak pozostać bezstronna, nie powinna preferować żadnej opcji lub formacji politycznej. Jeżeli wynajmuje powierzchnie jednej ze stron sceny politycznej, to musi być otwarta na obecność drugiej strony na takich samych warunkach. Żeby uniknąć ewentualnych zarzutów, niektóre uczelnie w ogóle nie akceptują na swoim terenie debat z politykami, przedstawicielami działających legalnie partii. Należy to uszanować, ale to jednak jest rodzaj zamknięcia się na debatę. Oczywiście sądzę, że udostępnianie zasobów uczelni członkom jej wspólnoty – samorządowi studenckiemu, doktorantom, związkom zawodowym i innym uczelnianym organizacjom społecznym w celu organizowania spotkań z przedstawicielami świata polityki, samorządów, związków zawodowych itd. – może stanowić jedną z form realizacji misji uczelni. Kluczowe jest, żeby była spełniona zasada bezstronnego działania.

I na koniec kwestia najważniejsza: autonomia i odpowiedzialność.

Odpowiedzialność i autonomia to dwie strony tego samego medalu. Uczelnia ma prawo w ramach swej autonomii do podejmowania własnych decyzji i działań, ale powinna to czynić, nie gubiąc swojej służebności i działając na rzecz społeczeństwa. Mówimy dzisiaj o trzeciej misji uczelni, która oznacza, że uczelnia ma określone zobowiązania wobec swego otoczenia. Określając w ramach autonomii swoją własną misję, uczelnia nie może ignorować interesu społecznego i celu, w jakim uniwersytet powstał. Jego celem jest poszerzanie, odkrywanie i upowszechnianie prawdy. Można z tego wywieść zasadę społecznej odpowiedzialności uniwersytetu.

Rozmawiał Piotr Kieraciński

Wróć