logo
FA 12/2020 okolice nauki

Zbigniew Drozdowicz

Quasi-naukowe założenia i wierzenia

Rys. Sławomir Makal

Do poważnych dyskusji nad żywotnością w kulturze quasi-naukowych założeń i wierzeń skłania również epikureizm. Dzisiaj poglądy Epikura z Samos (341–270 p.n.e.) zdają się interesować głównie filozofów. Jednak przez wiele stuleci stanowiły one swoiste wyzwanie nie tylko dla nich, lecz także dla chrześcijańskich teologów i przedstawicieli różnych nauk przyrodniczych.

Od czasów starożytnych w kulturze zachodniej funkcjonują założenia i związane z nimi wierzenia, które pretendowały do miana wiedzy naukowej. Jednak nią nie były i być nie mogły, dopóki nie spełniły stawianych tej wiedzy wymagań. Jedne z nich z czasem uznane zostały za fałszywe i znalazły się poza nauką. Natomiast inne z czasem je spełniły i stały się częścią naukowej wiedzy. Warto się jednak przyjrzeć jednym i drugim, bowiem nawet te, które nie znalazły potwierdzenia, wpływały na postępy w nauce.

Starożytne tradycje

Do dzisiaj budzą podziw niektóre dokonania starożytnych matematyków oraz astronomów. Z reguły towarzyszyły im quasi-naukowe założenia i wierzenia, które nie były poddawane naukowym sprawdzianom. Przywołam kilka przykładów. Do matematycznych znakomitości tamtych czasów należy Pitagoras z Samos (ok. 570-495 p.n.e.). W historii tej dyscypliny zapisał się on m.in. twierdzeniami na temat sumy pól dwóch kwadratów. Natomiast w historii astronomii twierdzeniem, że Ziemia jest kulista. Trudno było w to uwierzyć nie tylko większości starożytnych filozofów i uczonych, lecz także wielu ich późniejszym pokoleniom. Ten grecki filozof i uczony przyjmował również założenie, że ruch po kole jest najdoskonalszą formą ruchu i wszystkie planety oraz gwiazdy poruszają się po torze kolistym. Zakładał także, że liczby mają większą lub mniejszą moc, a liczbą doskonałą jest 10. Stąd wyprowadzał twierdzenie, że w układzie ziemskim jest 10 planet (jest ich w nim faktycznie 9).

W 1600 roku Johannes Kepler wykazał, że wszystkie planety i gwiazdy poruszają się nie po torze kolistym, lecz eliptycznym. Przywołuję tutaj jedynie te pitagorejskie założenia i wierzenia, które po korekcie stały się częścią autentycznej wiedzy naukowej. Wiara w moc liczb jednak pozostała w kulturze (nie tylko zresztą europejskiej) oraz zasilała i zasila nie tylko astrologię, lecz także różnego rodzaju ezoteryczne wierzenia i praktyki – od parapsychologii począwszy, a na współczesnych ruchach neopogańskich skończywszy.

Znaczącą kartę w historii matematyki zapisał również Tales z Miletu (ur. ok. 585 r. p.n.e.). Jego twierdzenia dotyczące trójkąta wpisanego w okrąg oraz podzielności okręgu średnicą na pół do dzisiaj są przedmiotem szkolnego nauczania. Zainteresowania i dokonania Talesa jednak znacznie wykraczały poza matematykę i obejmowały m.in. problemy z zakresu astronomii (przewidział on zaćmienie Słońca, które miało miejsce 28 maja 585 r. p.n.e.) oraz szeroko pojmowanej fizyki. W tej ostatniej interesowały go nie tyle nawet poszczególne przejawy świata materialnego, co ogólne zasady (nazywane przez Greków arche), które znajdowały się na początku istnienia świata. Zajmował się również właściwościami „kamienia magnetycznego i bursztynu” i przyjmował założenie, iż posiadają one pierwiastek duchowy. Nie był w tym przekonaniu odosobniony. Wielu bowiem starożytnych filozofów i uczonych podpisywało się pod przeświadczeniem, że wszystko to, co realnie istnieje, posiada duszę. Później wprawdzie ubywało uczonych, którzy skłonni byliby podpisać się pod tak szeroko rozumianym hylozoizmem, jednak aż do XX stulecia byli tacy, którzy – występując pod sztandarami tzw. witalizmu – znajdowali go w różnych organizmach żywych (w ich gronie znajduje się m.in. Louis Pasteur). Natomiast dzisiaj zwolennicy jego skorygowanej wersji nazywają siebie emergentystami. Można ich znaleźć nie tylko w biologii i psychologii, lecz także w etologii i prymatologii. W tej ostatniej przykładem może być brytyjska uczona Jane Goodall, badająca procesy społecznego uczenia się i działania szympansów.

Do poważnych dyskusji nad żywotnością w kulturze quasi-naukowych założeń i wierzeń skłania również epikureizm. Dzisiaj poglądy Epikura z Samos (341–270 p.n.e.) zdają się interesować głównie filozofów. Jednak przez wiele stuleci stanowiły one swoiste wyzwanie nie tylko dla nich, lecz także dla chrześcijańskich teologów i przedstawicieli różnych nauk przyrodniczych. Spore kontrowersje wywołała zwłaszcza epikurejska etyka. Zarówno przez jej zwolenników, jak i przeciwników postrzegana była, i w jakiejś mierze jest nadal, jako całkowicie naturalistyczna. O ile jednak ci pierwsi nie znajdowali w niej niczego zdrożnego, to ci drudzy wręcz przeciwnie – oceniali ją niejednokrotnie jako moralnie naganną, a nawet obsceniczną. Na potwierdzenie przywoływali twierdzenia Epikura, że „żadna rozkosz nie jest sama w sobie czymś złym”, a „cnoty mają wartość tylko ze względu na przyjemność”. Nie chciałbym polemizować z tymi sądami. Powiem jedynie, że oba twierdzenia są wyjęte z szerokiego kontekstu, jaki stanowi m.in. epikurejska kanonika, czyli nauka o realnie istniejącym świecie. Znajdują się w niej m.in. założenia i wierzenia, które zapewniły Epikurowi pozycję poważnego filozofa. Należy do nich m.in. założenie, że wszech-całość (to-pan) składa się z atomów oraz z próżni, której istnienie umożliwia atomom ruch. Filozof ten zakładał przy tym, że zarówno atomy, jak i próżnia istniały i istnieć będą wiecznie. Zakładał również, że realnie istniejący świat podlega zależnościom przyczynowym. Wprawdzie nie wykluczał on istnienia innych światów, a nawet bytowania w nich bogów, jednak odbierał im możliwość ingerowania w sprawy ludzkie. Rzecz jasna, było to i jest nie do zaakceptowania przez wyznawców tych religii, którzy wierzą w boskie moce i ich pomoc w rozwiązywaniu życiowych problemów. Znajdowały natomiast uznanie u niektórych późniejszych filozofów i przyrodników. W okresie Oświecenia zwolennikami epikureizmu byli m.in. francuski filozof i medyk Julien Offray La Mettrie (autor m.in. rozprawy pt. System Epikura) oraz amerykański filozof i polityk Thomas Jefferson (w jego przekonaniu doktryna Epikura zawierała wszystko to, co racjonalne).

Rasistowskie założenia i wierzenia

Rzecz jasna dzisiejszy rasizm nie pojawił się nagle niczym przysłowiowy królik z kapelusza magika. Pracowały nań pokolenia nie tylko filozofów i uczonych, lecz także wyznawców religii, które opowiadały się za wykluczeniem innowierców i ateistów. W gronie osób przyjmujących rasistowskie założenia i kultywujących rasistowskie wierzenia znajdowali się również niektórzy oświeceniowi filozofowie i politycy, w tym wyżej wspomniany Thomas Jefferson. Wprawdzie dopuszczał on, że czarni mogą być równie odważni i skłonni do ryzyka jak biali, ale jednocześnie był przekonany, że są oni gorsi od białych zarówno pod względem cielesnym, jak i umysłowym.

W XIX stuleciu pojawiła się liczniejsza grupa filozofów i uczonych nie tylko wychodzących z założenia, że ludzkość jest zróżnicowana rasowo, ale także wierzących, że rasa biała stoi pod wieloma względami wyżej niż inne. Jednym z nich był francuski filozof Artur Gobineau. W opublikowanym w 1855 roku Eseju o nierówności ras ludzkich wyróżniał on trzy rasy (białą, żółtą i czarną) oraz twierdził, że do rasy białej należy „pierwotny monopol na piękno i inteligencję”, a jej mieszanie się z innymi rasami doprowadziło do upadku kultury i cywilizacji zachodniej. W publikacji tej pojawia się również zaliczenie ludów germańskich do rasy aryjskiej oraz przypisanie jej najlepszych możliwych cech. Tym torem myślenia poszli później inni zwolennicy wyższości rasowej Aryjczyków – tacy m.in. jak Georges Vachere de Lapouge. W opublikowanej w 1899 roku książce pt. Aryjczycy i ich społeczna rola nie tylko podpisywał się pod przekonaniem o wyższości tej rasy nad innymi (za jej przedstawicieli uznawał południowoeuropejskich chłopów), lecz także wskazywał na rasy, które stanowią dla nich największe zagrożenie (zaliczył do nich m.in. neapolitańskich i andaluzyjskich Żydów).

Podobne założenia i wierzenia pojawiają się w książce amerykańskiego antropologa Williama Ripleya pt. Rasy Europy oraz w książce Madisona Granta pt. Przyjście Wielkiej Rasy; zdaniem amerykańskiego biologa ewolucyjnego i przeciwnika rasizmu Stephena Jay Goulda jest to „najbardziej wpływowy traktat naukowego rasizmu” (por. The Mismeasure of Man).

Te i podobne publikacje dostarczały uzasadnienia i usprawiedliwienia dla prowadzonej przez państwa zachodnie polityki kolonialnej i związanego z nią handlu niewolnikami. Swoistą ciekawostką może być przedstawianie przez zwolenników rasizmu skłonności niewolników do ucieczki jako przejawu choroby psychicznej (zainteresowanych odsyłam do rad udzielanych w połowie XIX stulecia właścicielom niewolników przez amerykańskiego lekarza Samuela A. Cartwrighta) oraz przedstawianie Ameryki Północnej jako swoistego eldorado dla Afroamerykanów. W 1905 roku ukazała się książka profesora geologii z Uniwersytetu Harvarda Nathaniela Shalera pt. Człowiek i Ziemia, w której nie tylko znajdują się takie przekonania, lecz także ich quasi-naukowe uzasadnienie. Pojawiały się jednak również głosy nie tylko kwestionujące naukowość takich poglądów, lecz także wskazujące na ich społeczną szkodliwość, w tym na pogłębianie napięć i konfliktów społecznych. Dopiero jednak dramatyczne wydarzenia II wojny światowej, a później wystąpienia w europejskich koloniach autochtonicznej ludności przeciwko segregacji rasowej wstrząsnęły tak mocno rasizmem, że dzisiaj niejeden z jego zwolenników skłonny jest dwa razy się zastanowić, zanim powie coś w jego obronie.

Rzecz jasna, nie było i nie jest łatwo uwolnić się od tego, co tak długo funkcjonowało w zachodniej kulturze. Jest to tym trudniejsze, że rasizm nie tylko potrafił zdobyć szerokie uznanie w niektórych społeczeństwach zachodnich, lecz także przyjmować „barwy ochronne”, które jeśli nawet nie pozwalają mu już występować w aureoli „świętości”, to przynajmniej umożliwiają zachowanie pewnych znamion naukowości. Przykładem znajdowania nowych uzasadnień dla rasizmu może być stanowisko amerykańskiego psychologa Richarda Lynna. W książce pt. IQ i bogactwo narodów formułuje on generalną tezę, że niskie IQ narodów afrykańskich jest przyczyną ich biedy i niskiego wzrostu. Quasi-naukowe rasistowskie założenia i wierzenia znaleźć można również u zwolenników genetyki reprodukcyjnej, takich np. jak Nicholas Wade, autor książki pt. Kłopotliwe dziedzictwo.

Kilka ogólniejszych uwag

Część z nich bezpośrednio związana jest z epikureizmem, a pośrednio z założeniami i wierzeniami, których wprawdzie nie można było uznać za niewątpliwe, ale które w miarę upływu czasu stawały się coraz bardziej prawdopodobne i umacniały swoją pozycję w nauce. Dotyczy to nie tylko epikurejskiego atomizmu, lecz także epikurejskiego determinizmu. Dzisiaj jest kwestią bezdyskusyjną, że atomy nie są najmniejszymi niepodzielnymi cząstkami. Trudno byłoby jednak oczekiwać od Epikura, aby przedstawił poprawną tablicę pierwiastków lub przynajmniej wskazał na części składowe atomów. Podobnie zresztą rzecz się ma z jego sprowadzaniem determinizmu do zależności przyczynowych.

Rzecz jednak w tym, że ogólne założenia nie występują w pojedynkę, lecz w związkach z innymi i – co nie mniej istotne – można z nich wyprowadzić wiele różnych wniosków. Jedne i drugie wywoływały i nadal wywołują zastrzeżenia ze strony tych, którzy przyjmują odmienne założenia albo przynajmniej wyprowadzają odmienne wnioski. Jedni i drudzy zgłaszają przy tym swoje aspiracje do prawa obywatelstwa w nauce i mają swoje racje, które mogą być i często są przedmiotem poważnych dyskusji, a w każdym razie trudno byłoby je uznać za całkowicie bezzasadne. Pokazują to m.in. debaty, które miały miejsce w 1999 roku w American Association for the Advancement of Sience. Unowocześnioną wersję epikureizmu prezentował w nich amerykański fizyk (laureat Nagrody Nobla za ustalenia w zakresie oddziaływania cząstek elementarnych) Steven Weinberg. Przyznawał, że nie ma i prawdopodobnie nigdy nie będzie naukowej teorii, która pozwoli odpowiedzieć na wszystkie istotne pytania dotyczące fizykalnego świata. Jednak jego zdaniem fizyka kwantowa pozwala nie tylko skorygować błędy i uproszczenia mechaniki Newtona, lecz także wyjaśnia dostatecznie dużo, aby nauka nie musiała się posiłkować wiarą w istnienie boskiego planisty i kreatora. Na konieczność odwołania się do takiej Istoty Najwyższej wskazywali w tych debatach zwolennicy tzw. Inteligentnego Projektu (m.in. angielski teolog i fizyk John Popkinghorne).

Kolejne uwagi związane są z rasistowskimi założeniami i wierzeniami. Odwołanie się do ich narodzin przekonuje, że to, co na początku mogło wydawać się dosyć naiwne i niewinne, z czasem może nabrać (i nabrało) niszczycielskiej mocy nie tylko w sferze nauki, lecz także, a nawet przede wszystkim, stosunków międzyludzkich. Bo czyż nie było naiwne przedstawianie pod koniec XVII stulecia przez francuskiego podróżnika i przyrodnika Françoisa Berniera w Nowym podziale Ziemi zróżnicowania rasowego według kryterium przyrodniczo-klimatycznego? Podobnie zresztą to wygląda na kartach Ducha praw Monteskiusza. Zabawne może być w jego dziele, że jakby nie patrzał na różne ludy, narody czy rasy, zawsze na końcu dochodził do wniosku, że Francuzi górują mentalnie i kulturowo nad wszystkimi pozostałymi grupa ludzkimi. Dosyć szybko jednak nastąpiło przejście od tej naiwności do wykluczania z grona osób godnych szacunku lub chociażby współczucia przedstawicieli innych ras niż biała, a nawet tych białych, którzy nie posiadają zdolności i umiejętności przypisywanych rasie „Panów i Władców”. Dla jednych rasistów ci lepsi to Aryjczycy. Natomiast dla innych (w tym dzisiejszych rasistów w Stanach Zjednoczonych) niemal każdy biały; najlepiej biały protestant anglosaskiego pochodzenia.

Rzecz jasna trzeba ważyć słowa nie tylko w głoszeniu poglądów rasistowskich oraz quasi-rasistowskich, lecz także w ich ocenianiu i upowszechnianiu. W praktyce nie jest o to łatwo nie tylko zwyczajnym ludziom, ale też uczonym, którzy w tzw. dobrej wierze są przekonani, że ustalają jedynie związki między ludzkimi cechami fizycznymi i fizjologicznymi oraz mentalnymi i intelektualnymi.

Wróć