logo
FA 12/2020 życie naukowe

Tomasz Kizwalter

Polacy wobec nowoczesności. Spojrzenie historyka

Muzeum w Kozłówce. Fot. Stefan Ciechan

Prawdziwą konfrontację z nowoczesnością przyniosła podległość Napoleonowi. I choć podległość ta rodziła nadzieję na odbudowę Rzeczypospolitej, to dla wielu byłych obywateli tego państwa cesarz Francuzów stał się tyranem narzucającym nowe, obce formy życia. „Nowoczesność” została wtedy trwale skojarzona z „obcością”, a późniejsze doświadczenia Polaków wzmocniły jeszcze to skojarzenie.

W naukach humanistycznych i społecznych trudno o niebudzące wątpliwości definicje. Nie siląc się zatem na precyzję, powiem, że przez „nowoczesność” rozumiem połączenie ideowego wpływu Oświecenia i gospodarczego oddziaływania kapitalizmu. Czy tak pojmowana nowoczesność ma swoje odmiany lokalne – „krajowe” czy też „narodowe”? Czy istnieje nowoczesność „po niemiecku”, „rosyjsku” albo „polsku”, „amerykańsku” lub „chińsku”? To pytanie wydaje się retoryczne: nie trzeba być badaczem, aby zauważyć uderzające nieraz odmienności. Warto natomiast, aby badacze zajmowali się tego rodzaju różnicami, nie należy, jak sądzę, nikogo specjalnie przekonywać, że to ważna problematyka.

Może ona wchodzić w zakres zainteresowania różnych dyscyplin naukowych. Jakie miejsce przypada tu badaniom historycznym? Historycy, przejęci znaczeniem swojej pracy, miewają skłonność do przeceniania pozahistorycznej przydatności ustaleń, do jakich dochodzą. Wyjaśnienia historyczne z pewnością nie tłumaczą w pełni tego, z czym mamy do czynienia dziś. Niedobrze byłoby jednak nie doceniać poznawczych korzyści, które przy rozpatrywaniu kwestii współczesnych nam daje perspektywa historyczna. Nie ulega wątpliwości, że taka perspektywa jest niezbędna, gdy zastanawiamy się nad specyfiką nowoczesności „po polsku”.

„Polska dopiero w wieku piętnastym. Cała Europa już wiek osiemnasty kończy!”. Okrzyk Stanisława Staszica z jego wydanych w 1790 r. Przestróg dla Polski był sygnałem, że o sprawach kraju zaczynało się myśleć w kategoriach rozwojowego zapóźnienia. W Europie pojawia się coś, co z czasem zostanie nazwane „nowoczesnością”, a wybitny pisarz polityczny alarmuje, że inni posuwają się do przodu, Polska pozostała zaś daleko z tyłu. Ale poczucie zapóźnienia to wówczas nic osobliwego wśród co lepiej wyedukowanych Europejczyków. Jedną z podstawowych cech rozpoczynającej się modernizacji Europy stała się przecież nierównomierność. Wokół niezbyt wielkiego początkowo, zachodnioeuropejskiego „centrum” rozciągały się rozległe „peryferie”, których umysłowe elity stawały wobec problemu rozwojowego zapóźnienia. Jeśli szukamy polskiej specyfiki, powinniśmy zwrócić uwagę z jednej strony na sytuację, w jakiej pod koniec XVIII wieku znajdował się kraj, z drugiej – na kulturę, tradycje i aspiracje jego „klasy politycznej”. W 1795 roku, wraz z trzecim rozbiorem polsko-litewskiej Rzeczypospolitej, tworząca tę klasę szlachta straciła państwo, z którym była silnie związana i które uważała w pewnym sensie za swoją własność. Przeważająca siła zaborców sprawiała, że większość byłych obywateli, zamienionych w poddanych, godziła się ze swoim losem, ale niepokorna mniejszość próbowała mu się przeciwstawiać. W sprzyjających, jak się zdawało, okolicznościach angażowano się w walkę, która mogła liczyć na szersze poparcie ze strony szlacheckiego ogółu. Wysiłki te nie przynosiły spodziewanych rezultatów, lecz idea odbudowy Rzeczypospolitej mocno zakorzeniła się w kulturze środowisk świadomych politycznie.

Silne związki z szlachecką tradycją

Pisząc teraz o tych środowiskach, używam terminu „szlachta”, choć z upływem czasu tracił on oparcie w społecznych realiach. Jeszcze pod koniec istnienia Rzeczypospolitej uwidocznił się konflikt między tymi, którzy uważali, że państwo i społeczeństwo muszą pozostać w swym tradycyjnym kształcie, a tymi, którzy sądzili, że zmiany są nieodzowne. Kiedy w 1806 roku na ziemiach polskich pojawiły się wojska francuskie, a w roku następnym Napoleon utworzył Księstwo Warszawskie, konflikt ten nasilił się jeszcze. Z jednej strony stali zatem niechętni napoleońskim wzorcom obrońcy szlacheckiej „rodzimości”, z drugiej – ludzie akceptujący nowy stan rzeczy. Układ kulturowych przeciwieństw, który się wtedy ukształtował, utrwalił się na tyle mocno, że – w zmodyfikowanej rzecz jasna postaci – przetrwał do dnia dzisiejszego. Upadło napoleońskie imperium, a wraz z nim Księstwo Warszawskie, mijały lata, a napięcie między „tradycją” a „nowoczesnością” nie traciło na sile. „Szlachta” stawała się pojęciem anachronicznym, rozwijał się kapitalizm, formowały nowe grupy społeczne, inteligencja zastąpiła elity ziemiańskie jako czołowa siła polityczna polskiego społeczeństwa. Okazywało się jednak, że dawna Rzeczpospolita pozostawiła po sobie trwałą spuściznę: aż do końca istnienia dwudziestowiecznej Drugiej Rzeczypospolitej ziemiaństwo pozostało warstwą wpływową, inteligencja zaś zachowywała silne związki ze szlachecką tradycją.

Tego rodzaju społeczno-kulturowe uwarunkowania sprzyjały niechęci do nowoczesności; wielkie znaczenie miała tu też utrata własnego, niezależnego państwa. Rodzima kultura, pozbawiona państwowej ochrony, wydawała się narażona na ogromne niebezpieczeństwa. Oczywistym zagrożeniem były podejmowane przez zaborców działania germanizacyjne i rusyfikacyjne, które przybierały na sile w drugiej połowie XIX wieku (wyjątkiem była tu od początku lat siedemdziesiątych autonomiczna Galicja). Jednakże poważny niepokój budziły również cywilizacyjne oddziaływania Europy Zachodniej. W szeroko rozpowszechnionym odczuciu zachodnioeuropejska nowoczesność zagrażała polskiej tożsamości, niszcząc tradycyjny (co w XIX wieku oznaczało szlachecko-inteligencki) system wartości i osłabiając podstawy wiary religijnej.

Stereotyp „materialistycznego, bezdusznego Zachodu” – często pojawiający się zresztą na europejskich peryferiach – miał w Polsce swych krytyków, którzy wskazywali, że odrzucanie zachodniej nowoczesności jest szkodliwe zarówno pod względem gospodarczo-społecznym, jak narodowym. Nie raz powtarzano, że Polacy powinni przyswoić sobie różne mieszczańskie cnoty, z pracowitością, sumiennością i oszczędnością na czele. W XIX wieku zwolennicy „pracy organicznej” podkreślali przy tym, że modernizacja i wszechstronny rozwój kraju to nieodzowny warunek narodowego przetrwania. Poglądy takie znajdowały zwolenników przede wszystkim w zaborze pruskim, gdzie coraz wyraźniej dochodziło do niemiecko-polskiej konfrontacji cywilizacyjnej. Niechęć do nowoczesności i obawa przed nią zakorzeniły się jednak mocno. Widać to wyraźnie w dziejach polskiego nacjonalizmu. W Myślach nowoczesnego Polaka, opublikowanych po raz pierwszy w 1902 roku, Roman Dmowski wzywał do brania przykładu z państw zachodnich: powtarzał, że tylko skuteczny udział w wielkim cywilizacyjnym wyścigu zapewni narodowi przetrwanie. Lider narodowej demokracji szybko jednak tracił sympatię do Zachodu, a doświadczenia rewolucji 1905 roku, uznanej za przejaw destrukcyjnej nowoczesności, sprawiły, że polski nacjonalizm zaczął zmierzać w stronę konserwatyzmu.

Obawy przed utratą zbiorowej tożsamości

Niechętny, czy nawet wrogi stosunek do nowoczesności brał swój początek w szlachecko-ziemiańskich obawach przed utratą zbiorowej tożsamości. Przynajmniej w części ziemiańską genezę miała również przewlekła niemożność rozwiązania kwestii agrarnej. W XIX wieku uwłaszczenia chłopów dokonały władze zaborcze – tylko w państwie pruskim reforma agrarna stworzyła dobre warunki do rozwoju rolnictwa i cywilizacyjnego awansu wsi. Zanim reformy przeprowadzono, do zmiany położenia chłopstwa dążyli po stronie polskiej działacze demokratyczni, natomiast zdecydowana większość ziemian wzbraniała się przed utratą panowania nad ziemią i uprawiającymi ją ludźmi. W Drugiej Rzeczypospolitej wpływy ziemiaństwa w znacznej mierze przyczyniły się do tego, że ustawa o reformie rolnej z 1920 roku była realizowana w sposób połowiczny, a wieś pozostawała w stanie materialnego i kulturowego ubóstwa.

Po traumatycznych doświadczeniach drugiej wojny światowej, wyniszczona przez niemiecką i sowiecką okupację Polska stała się satelitą ZSRR. Oznaczało to udział w „budowie socjalizmu”, najpierw w wersji stalinowskiej, potem zaś w jej złagodzonych mutacjach. Przyjęta przez Stalina strategia forsownej industrializacji opierała się na ekonomicznych założeniach dobrze znanych i popularnych w tamtej epoce, ale stanowiła monstrualne wyolbrzymienie tego, co działo się w innych państwach. Była próbą przezwyciężenia wschodnioeuropejskiego zacofania środkami radykalnymi, ze skrajną bezwzględnością, prowadzącą do ludobójstwa. Rozpad ZSRR w początku lat dziewięćdziesiątych to ostateczna konsekwencja załamania się tej strategii, narastających trudności gospodarczych i kryzysowych zjawisk w wielu dziedzinach życia. Polski stalinizm – narzucony przez agresywne mocarstwo i cieszący się niewielkim poparciem społecznym – trwał stosunkowo krótko, a jako program modernizacyjny miał zakres nieporównanie mniejszy od swego sowieckiego wzorca. Bezskuteczne próby wyjścia ze stanu zacofania wobec Zachodu podejmowano do końca istnienia PRL. Ostatnią fazą tych wysiłków był głęboki kryzys gospodarczy, przypieczętowujący los polskiego „realnego socjalizmu”. Po roku 1989 „wracająca do Europy” Polska podjęła kolejną próbę modernizacji. Dotychczasowe doświadczenia na tym polu mogły skłaniać do refleksji.

Polityczna i kulturowa agresja

Świat nieuchronnie się zmieniał, a Polska wraz z nim, ale Zachód rozwijał się szybciej. Zapóźnienie rozwojowe było losem wielu społeczeństw. Szczególny splot czynników, który doprowadził do pierwszej w dziejach industrializacji, zadecydował o tym, że w drugiej połowie XVIII wieku Wielka Brytania wyraźnie wyprzedziła inne kraje pod względem modernizacyjnym. Pozostawieni w tyle prędzej czy później szli w ślady Brytyjczyków. Wszystko wskazuje, że nadchodzenie nowoczesności było zjawiskiem niepowstrzymanym, stało się to wspólnym doświadczeniem całej ludzkości. Mamy jednak do czynienia z mnogością lokalnych odmian takiego doświadczenia. W przypadku polskim w epokę industrializacji zaczynało wchodzić społeczeństwo niemalże modelowo rolnicze, szlachecko-chłopskie, słabo zurbanizowane i materialnie ubogie, mające przy tym liczną „klasę polityczną” o wyrobionej tożsamości zbiorowej i znacznych aspiracjach – klasę, która dopiero co przeżyła utratę własnego państwa. Społeczeństwo to zetknęło się z pierwszymi przejawami nowoczesności przed polityczną katastrofą, ale były to kontakty słabe jeszcze i powierzchowne. Silniejsza fala modernizacji napłynęła po upadku Rzeczypospolitej, wraz z obcymi wojskami i rządami, przybierając postać politycznej i kulturowej agresji. Modernizacyjne oddziaływania zaborców nie były silne: najwyraźniejsze w przypadku Prus, niewyczuwalne pod rządami rosyjskimi. Prawdziwą konfrontację z nowoczesnością przyniosła podległość Napoleonowi. I choć podległość ta rodziła nadzieję na odbudowę Rzeczypospolitej, to dla wielu byłych obywateli tego państwa cesarz Francuzów stał się tyranem narzucającym nowe, obce formy życia. „Nowoczesność” została wtedy trwale skojarzona z „obcością”, a późniejsze doświadczenia Polaków wzmocniły jeszcze to skojarzenie.

Resentymenty, napięcia i konflikty zawsze i wszędzie towarzyszyły ekspansji nowoczesności. Jaka jest tu zatem polska specyfika? Uważam, że wiele przemawia za tezą o szczególnej (choć z pewnością nie wyjątkowej) wrażliwości w sferze tożsamościowej. Wrażliwości ukształtowanej historycznie – poczynając od ostatnich dziesięcioleci istnienia polsko-litewskiej Rzeczypospolitej – utrwalonej w wyobrażeniach i postawach środowisk szlachecko-inteligenckich, a następnie inteligenckich, i silnie wpływającej na polskie relacje z nowoczesnością.

Prof. dr hab. Tomasz Kizwalter, historyk, Instytut Historyczny Uniwersytetu Warszawskiego, jest autorem książki Polska nowoczesność. Genealogia, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2020.

Wróć