logo
FA 12/2020 sedno sprawy

Mariusz Karwowski

Naukowcy z terminem przydatności

Rys. Sławomir Makal

Owszem, takie granty z ich perspektywy są fajne, ale co oni z tego mają? – zauważa Agnieszka, dodając swój ulubiony bon mot: robienie więcej niż nic na polskich uniwersytetach to już za dużo.

Wracali do Polski jak na skrzydłach. W Niemczech, Wielkiej Brytanii, Skandynawii czy za oceanem nie było im źle, wręcz przeciwnie – pod okiem uznanych badaczy mogli stawiać pierwsze kroki, nabierali pewności siebie niezbędnej do tego, by iść pod prąd naukowym dogmatom, coraz śmielej zaczęli stawiać odważne pytania i brawurowe hipotezy, ale w pewnym momencie życiowy kompas musieli ustawić ku ojczyźnie. Powody były różne: u jednych miłość, u drugich zwykła tęsknota za krajem, u jeszcze innych chęć podzielenia się wiedzą i doświadczeniem z rodzimym środowiskiem. Nie wracali z pustymi rękoma. Ich kartą przetargową miał być grant, czy to polski, czy europejski, niekiedy o kilkumilionowej wartości liczonej w euro, zapewniający jako taką stabilizację na kilka najbliższych lat. Uczelnie przyjmowały ich z otwartymi rękoma, sypiąc obietnicami jak z rękawa. Dziś niewiele z nich pozostało.

– Mocno się rozczarowałam. Nie zapewniono mi absolutnie nic, nawet miejsce pracy mojej grupy musiałam stworzyć sama. Za to notorycznie wykorzystywano mój wizerunek jako ambasadora uczelni. Czuję się wykorzystana – mówi Katarzyna (imiona wszystkich bohaterów na ich prośbę zmienione).

– Jestem traktowana niczym pracownik sezonowy przy zbiorze truskawek. Choć może w tej sytuacji właściwsze byłoby porównanie do kury znoszącej złote jajka, którą postanowiono zarżnąć – dodaje Agnieszka, kolejna reemigrantka.

Obie wróciły wraz z pierwszą falą takich grantów, na długo przed tym, zanim minister Przemysław Czarnek uroczyście uruchomił program „Polacy zmieniają świat”, w którym wspierane mają być powroty polskich badaczy w celu wykorzystania ich potencjału naukowego. Jak to w praktyce wygląda w polskich warunkach, miały się okazję przekonać nie raz. Na uczelnianych korytarzach do dziś mówi się o nich „grantowicze” i bynajmniej nie jest to komplement. Za każdym razem, jak opowiadają, daje się im odczuć, że to określenie dotyczy naukowców drugiej kategorii. Jednym z przejawów są choćby trudności w zatrudnieniu na czas nieokreślony. Pracownicy uczelni, oddelegowani do projektu na czas jego realizacji, po zakończeniu wracają na swój etat. „Obcy” nie mają do czego. Mimo że przynoszą jednostkom same wymierne korzyści – koszty pośrednie, liczne publikacje, prestiż, umiędzynarodowienie, a co za tym idzie punkty do rankingów i pieniądze – to kiedy zbliża się koniec grantu, zaczynają drżeć co dalej.

– Problem dotyczy wszystkich młodych kierowników grantów. Głównie dotyka jednak ludzi z zagranicy, ponieważ nie jesteśmy z „chowu wsobnego”, ale z zewnątrz – nie ma wątpliwości Agnieszka.

Jej naprawdę się wydawało, że „chwyciła Pana Boga za nogi”. Świetny instytut na znakomitym wydziale i bardzo dobrym uniwersytecie, który – jak się wkrótce miało okazać – został jedną z dziesięciu uczelni badawczych. Dziś, gdy to słyszy, ogarnia ją pusty śmiech. Po kilkunastu latach wciąż musi udowadniać swoją wartość.

– Feudalny charakter środowiska doprowadził do tego, że preferencja dobierania osób odbywa się na zasadzie: bierny, mierny, ale wierny. Ktoś, kto jest osobowością, będzie bardziej lub mniej otwarcie zwalczany, bo stanowi zagrożenie: sieje ferment, stanowi niekorzystne tło, zmusza do wysiłku – dodaje.

Ten refren powtarza się niczym mantra. Choć tworzą awangardę, są samodzielni, reprezentują światowy poziom, a potwierdzeniem ich kwalifikacji jest grant zdobyty w międzynarodowych konkursach o współczynniku sukcesu nieprzekraczającym kilkunastu procent, to barierą nie do pokonania okazują się uniwersyteckie komisje, które decydują o zatrudnieniu na etatach.

Katarzynę zapewniano, że umowa na czas nieokreślony czeka, gdy tylko zrobi habilitację. Warunek spełniła, ale pojawił się kolejny – uczelniana profesura. O nią też się postarała, ale stabilizacji jak nie było, tak nie ma. Jej zdaniem, to zwykłe przeciąganie problemu w czasie, tak jakby kiedyś… miał się jakoś sam rozwiązać. Być może tak się stanie za pół roku, gdy grant się zakończy. To, co się stanie z jej grupą, próbuje ustalić od kilku miesięcy. Bezskutecznie.

Tomasz, znakomity badacz z licznymi sukcesami na koncie, usłyszał, że dopóki sobie tak świetnie radzi, o etacie może zapomnieć. Co z tego, że jako ktoś z zagranicy ma świeże spojrzenie, może podzielić się zachodnimi wzorcami działania, wie, jak zdobywać granty, skoro nikt nie jest zainteresowany zagospodarowaniem tego potencjału? Zwrócono mu uwagę, że stwarza same problemy i lepiej, jakby go już nie było.

– Żałuję powrotu do kraju. Gdybym wiedział, że tak to będzie wyglądało, nie przyjeżdżałbym. Na Zachodzie awanse były przejrzyste, uczelnia wdrażała plany rozwoju, wszystko miało ręce i nogi. Przychodziłem do pracy i zajmowałem się nauką. A tutaj nauka jest gdzieś na dalszym miejscu. To dla mnie straszne – mówi z goryczą w głosie.

Są jeszcze Kinga, Zuzanna, Piotr… Większość ma podobne doświadczenia. Rzecz jasna, są i tacy – uczciwie przyznajmy, że ze świecą ich szukać – którym brak stałego zatrudnienia nie przeszkadza. Jeden z „grantowiczów” mówi wprost, że świadomie nie ubiega się o etat, bo ten mógłby tylko przeszkadzać w naukowej pracy. Ma świetną passę, realizuje grant za grantem, właśnie pisze wniosek o kolejny, bardzo prestiżowy, i w ten właśnie sposób zamierza dalej prowadzić swoją karierę. Ale dla wielu ciągłe aplikowanie „na zakładkę”, po to, by ich zespoły mogły nadal funkcjonować, staje się męczące. Nie zawsze zresztą się da „zazębić” jeden grant o drugi, robi się przerwa. Stąd tak ważne finansowanie pomostowe. Brak stałego kontraktu wcale nie oznacza większej efektywności, a wręcz przeciwnie – przekonują. I dodają, że pandemia tylko wyolbrzymiła ich problemy.

– Wielu z nas zostało odciętych od laboratoriów. Tymczasem aby przeżyć, trzeba pracować w zawrotnym tempie, produkować wyniki, często publikować, w przeciwnym razie po grancie zostaje się z niczym. A do tego dochodzą zmagania z uczelnianą machiną, która działa tak wolno, że przetargi potrafią trwać latami. I jeszcze przepisy, nieścisłe, interpretowane w jednostkach często w bojaźliwy sposób. To jest ta, jak niektórzy uważają, „ciepła uniwersytecka posadka”? – pyta retorycznie Agnieszka.

Część już się poddała – wyczekują końca grantu, jego rozliczenia i zaraz potem wykupują bilet w drugą stronę. Kilkoro rozgląda się już za pracą poza nauką, np. w firmach farmaceutycznych. Przekonują, że energia, jaką trzeba włożyć, by przetrwać, nie dostając nic w zamian, jest zwyczajnie marnotrawiona. Nie spodziewali się tego, że ich doświadczenie, wiedza mogą nie być na uczelniach spożytkowane. Reszcie towarzyszy frustracja, niemoc, zniechęcenie.

– Polska nauka jest zesztywniała, tworzą ją struktury kreowane przez dekady. W takich instytucjach jest mnóstwo ludzi, których łączą jakieś nieformalne więzy, rozmowy toczą się w kuluarach i ten cały system jest nieprzemakalny. Ja zawsze będę kimś z zewnątrz. Owszem, takie granty z ich perspektywy są fajne, ale co oni z tego mają? – zauważa Agnieszka, dodając swój ulubiony bon mot: robienie więcej niż nic na polskich uniwersytetach to już za dużo.

Wtóruje jej prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

– System nauki w Polsce nie umie oczyścić się z pseudobadaczy, którzy już od dawna nie uprawiają nauki, a może wręcz nigdy jej nie uprawiali. Po wejściu w życie Ustawy 2.0 wiele z tych osób przeszło na etaty dydaktyczne (gdzie ich dorobek naukowy nie będzie oceniany), ale nadal pracują na uczelniach i zajmują etaty, które można by przeznaczyć na zatrudnienie świetnych młodych naukowców – napisał w komentarzu, który w całości publikujemy na kolejnych stronach.

Fundacja jest jedną z instytucji, której beneficjentami są właśnie bohaterowie tego tekstu. Tylko w pięciu dotychczasowych konkursach programu FIRST TEAM, przeznaczonego dla młodych naukowców, którzy po stażach doktorskich najczęściej wykonanych za granicą chcą stworzyć swój własny zespół, wyłoniono 54 laureatów – otrzymali w sumie ponad 100 mln zł. Wcześniej były także programy HOMING i POWROTY. Podobną kwotę na trzy edycje „Polskich Powrotów” przeznaczyła Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej. Beneficjentami zostało 55 naukowców. Swego czasu również Narodowe Centrum Nauki oferowało specjalny program dla powracających z zagranicy. Z POLONEZA skorzystało 51 Polaków, na jesień przyszłego roku zapowiedziano jego kontynuację – POLONEZ-BIS, który zaoferuje przeprowadzkę nad Wisłę kolejnym 120 badaczom. Póki co reemigranci mogą starać się o granty w innych programach NCN, np. SONATA-BIS. Do tego są jeszcze granty ERC, EMBO czy unijne. W niemal każdym przypadku efekt jest ten sam – rzadko kiedy ich laureaci mogą liczyć na zatrudnienie po skończeniu grantu.

– To jest luka. Jak już ściągniemy tych młodych, dobrze zintegrowanych z Zachodem, tam robiących doktoraty, pracujących, mających kontakty, to trzeba też pomyśleć o ich przyszłości – mówi Tomasz, dodając, że to problem systemowy, ogólnopolski.

Dlatego prof. Żylicz apeluje do rektorów, by dodatkowe fundusze z programu IDUB wykorzystali na stworzenie nowych miejsc pracy właśnie dla takich badaczy. Czy zostanie wysłuchany? Zapytaliśmy kilka uczelni o prowadzoną przez nie politykę wobec „grantowiczów”. Niektóre, jak np. Uniwersytet Jagielloński czy Uniwersytet Wrocławski, przez półtora miesiąca nie były w stanie odpowiedzieć, co mogłoby sugerować, że takiego problemu w ogóle nie zauważają bądź go bagatelizują. Na Uniwersytecie Warszawskim (m.in. 13 projektów z „Polskich Powrotów”) uzyskaliśmy z kolei zapewnienie, że każdy badacz ma pełne prawo do ubiegania się o zatrudnienie finansowane ze środków uczelni w konkursach na stanowiska badawczo-dydaktyczne, badawcze i dydaktyczne – na takich samych warunkach jak wszyscy inni kandydaci. W trakcie powstawania tego tekstu dochodziły nas słuchy, że lada chwila UW ma ogłosić pierwszy konkurs IDUB na dwa stanowiska pracy.

Na Politechnice Warszawskiej (dwa granty „HOMING) „wartościowi młodzi uczeni po realizacji grantu mogą oczywiście liczyć na zatrudnienie, jednak ostateczna decyzja zależy od kondycji finansowej wydziałów i uczelni”. W przesłanym mailu dodano, że w ramach IDUB zaproponowano rozszerzenie atrakcyjności kariery naukowej i dydaktycznej dla najzdolniejszych naukowców z kraju, powracających z zagranicy oraz zagranicznych badaczy. Ma to służyć poszerzeniu internacjonalizacji.

Na lubelskim UMCS (dwa granty: FIRST TEAM i SONATA-BIS) też zapowiadane są konkursy „w których, w sposób naturalny, mogą aplikować młodzi badacze kończący realizację swoich projektów” – napisała rzeczniczka. Nie wiadomo, kiedy zostaną ogłoszone. Na razie uczelnia stawia na zagranicznych naukowców, którzy przyjeżdżają w ramach programu Research in Lublin.

Z kolei na Akademii Górniczo-Hutniczej (m.in. dwa granty „Polskie Powroty”, jeden HOMING, jeden OPUS) zaznaczono, że konkurencja o granty powrotne jest bardzo wysoka, dlatego politykę kadrową poszczególnych wydziałów determinuje doświadczenie i dorobek naukowy. „Często zdarza się, że po owocnym zakończeniu realizacji grantu młody naukowiec jest zatrudniany na danym wydziale, gdzie np. kontynuuje swoje badania. Musi jednak spełnić kryteria niezbędne do zatrudnienia, tj. przede wszystkim aktualne zapotrzebowanie na danym wydziale” – dodano.

– To powinna być wzajemna korzyść – uważają moi rozmówcy. – Skoro przynosimy ogromne pieniądze, które służą m.in. do zakupu aparatury stającej się własnością uczelni, to czy zapewnienie stabilizacji w pracy naukowej jest przesadnym oczekiwaniem z naszej strony? Spodziewalibyśmy się, że instytucje, do których trafiamy, mają jakiś program dostrzegania wartościowych pracowników i związania ich ze sobą. A wygląda jakby tu po prostu nie było dla nas miejsca – kończą.

Wróć