logo
FA 12/2020 felietony

Piotr Müldner-Nieckowski

Instrukcje robią się same

Uczeń napisał: „chumor”. Nauczyciel go skarcił za popełnienie błędu ortograficznego. Popełnienie. A popełnia się nie tylko błąd. Można też wykroczenie albo przestępstwo (a szczegółowo: zbrodnię). Uczeń, znając pewien groźny rys osobowości nauczyciela, zacisnął zęby i postanowił się poprawić. Napisał „chómor”.

Ktoś powie (tak jak to zrobił w myślach nauczyciel), że uczeń jest głupi. Można szeroko się uśmiechnąć, bo żart jest świetny. Jednak odrobinę poniżający, nieprawdaż?

Tak, bo to nie uczeń jest głupi. Sami trafiliśmy parę razy w życiu na belfrów, którzy bez powodu i dowodu mieli nas za nic. I to nie świadczyło o ich mądrości. Uczeń po prostu ma prawo czegoś jeszcze nie wiedzieć, natomiast nauczyciel nie ma prawa nie odróżniać głupoty od niewiedzy. Ten, kierowany poczuciem przewagi i zapewne potrzebą wykazania swej wyższości, świadomie użył skrótu myślowego, żeby ucznia dobić. Uważa, że uczeń ma obowiązek orientować się, iż nauczyciel aż nadto dobrze wie, jak należy omawiany wyraz pisać. I oczywiście nie ma zamiaru zastępować ucznia w zdobywaniu wiedzy, ponieważ sam swoim życiorysem zaświadcza, że zdobyć ją można. Nie informuje więc, o jaki błąd chodzi, mimo że jego świętym (a może lepiej: psim) obowiązkiem jest to zrobić. To tak, jakby w czasie udzielania instrukcji (czyt. dalej) ktoś pomijał co drugie jej zdanie i oczekiwał, że instruowany sam sobie brakujące wskazówki dośpiewa. W opisanej sytuacji nauczyciel ostatecznie degraduje nie ucznia, ale siebie. Kpiny belfra z czyjejś niewiedzy prowadzą do tego niechybnie.

Z moich długoletnich obserwacji wynika, że opisany wyżej błąd dydaktyczny najczęściej popełniają nauczyciele akademiccy ze strefy między asystentem a profesorem nadzwyczajnym (dawniej docentem), wcale nie ze szkoły podstawowej. Ale mniejsza o to. Nie twierdzę, broń Boże, że wszyscy. Znam mnóstwo takich, którym skuteczna pedagogika sprawia ogromną przyjemność i wychodzą ze skóry, żeby ją wspomagać coraz doskonalszą empatią. W każdym jednak środowisku są czarne owce, które psują o nim opinię.

Ale nie tylko nauczyciele tak robią. Widzimy to stale w lekceważeniu komunikacji dydaktycznej dosłownie na każdym kroku. Od jadłospisów w restauracjach po napisy przy towarach w sklepach, na tablicach ulicznych, szyldach sklepowych, reklamach, wszędzie. Najlepiej to dostrzec w tak zwanych nowoczesnych instrukcjach obsługi. Są coraz gorsze. Zawierają mnóstwo pustego tekstu („Drogi kliencie, dziękujemy za nabycie…”) i niezrozumiałych słów gwarowych – technicznych, ekonomicznych, zawodowych. Niemal zawsze pomijają niektóre istotne funkcje urządzenia (likwidując tym samym osiągnięcia inżynierów, którzy stworzyli dany towar). Zastępują wskazówki niezrozumiałymi, nieudolnie narysowanymi rysunkami, a są i takie instrukcje, które zamiast tekstu dają tylko rysunki, traktując klientów jak jaskiniowców. Mimo skomputeryzowania obróbki rycin i udoskonalenia druku, powszechnie zrezygnowano w instrukcjach z fotografii. Zapewne tempo handlu tak bardzo przyspieszyło, że producenci nie mają już czasu na jakieś tam myślenie o jakichś tam odbiorcach, zwanych nie bez kozery końcowymi. Dosłownie końcowymi, bo jesteśmy na końcu zarówno „drogi od taśmy produkcyjnej do konsumenta”, jak i w „biznesmeńskiej wizji świata”, i w sumie nic nie możemy.

Marketing towarów odbiorcą zajmuje się niechętnie, a jeśli już, to tylko wtedy, kiedy przepisy zobowiązują producentów do przestrzegania RODO, zapewniania reklamacji i szczególnej dbałości o życie klientów w wypadku towarów niebezpiecznych, takich jak broń, leki, płyny łatwopalne czy pojazdy. Ale i tu spotyka się styl nauczyciela, który nie potrafi nauczyć ucznia, jak się pisze jakieś słowo. Instrukcja obsługi z ostatnich lat przeważnie przypomina lakoniczną, nieudaną pracę semestralną, która maksymalnie skraca tekst, który i tak zostaje wydrukowany maczkiem.

Właśnie kupiłem produkt pewnej znanej firmy. Zdradzę, że producent, pisząc „produkt”, miał na myśli odkurzacz. Autor instrukcji uznał, że jeśli nie użyje przynajmniej pięć razy wyrażenia „niepożądane drobne obiekty” (w tym „włosy, ścinki, pajęczaki, piasek, resztki spożywanych pokarmów oraz pozostałe”), to zostanie uznany za tępego niefachowca. „Śmieć” jest istotnie przeważnie obiektem niepożądanym, ale dlaczego jego nazwa wyszła już z użytku? Niepoprawna politycznie? I oto błysk inteligencji mojego wnuczka rozwiązuje zagadkę: „Pewnie nie wiedział, jak to się pisze: śmieć czy śmiedź”. W każdym razie nadal nie wiem, jak się tym odkurzaczem usuwa ciecze z podłogi, o której to funkcji jest mowa na pudle i dla której, zgodnie z zaleceniem SANEPID-u, kupiłem urządzenie do mojego gabinetu lekarskiego. Nigdzie ani słowa o sposobach walki z cieczami, a podobno: to z cieczami robi to, o co mi chodzi, to znaczy je usuwa.

Metodą dziennikarską, a więc przez telefon, próbowałem się dowiedzieć, kto w fabryce odpowiada za instrukcje obsługi, za ich teksty, grafikę, opracowanie językowe, druk. „To stanowisko ma charakter rozproszony pomiędzy działami” – powiedziała szefowa kadr i szkoleń. „Co do programu instrukcji obsługi obowiązuje nas tajemnica firmowa” – odpowiedział dyrektor działu handlowego. „O ile mi wiadomo, nie ma takiej konkretnej osoby” – odparł prezes zarządu spółki.

e-mail: lpj@lpj.pl

Wróć