logo
FA 12/2020 życie akademickie

Marek Misiak

Historia i przekład

Rys. Sławomir Makal

W piśmiennictwie historycznym szczególnie grząskim gruntem jest oddanie w języku obcym terminów, pojęć, a zwłaszcza nazw instytucji, urzędów, zwyczajów, procesów historycznych itp.

W jednym z poprzednich tekstów pisałem o doświadczeniach związanych z korygowaniem tekstów publikowanych na portalu astronomicznym, o specyfice pracy redakcyjnej z materiałami popularnonaukowymi z zakresu nauk ścisłych. Często są one opracowaniami na bazie publikacji anglojęzycznych i problemem stają się w nich kalki z angielskiego: frazeologiczne (angielskie wyrażenia mechanicznie przekładane na polski, choć rodzimy odpowiednik jest inny), składniowe (zdania po polsku, ale z angielską składnią) lub semantyczne (ten sam wyraz zapożyczony z łaciny lub greki może mieć w różnych językach różne znaczenie). Stosowany przez autorów obcojęzycznej podstawy opracowania język jest jednak na tyle przejrzysty, że nie nastręcza poważniejszych problemów przekładowych. Terminologia ma swoje dokładne lub bardzo zbliżone odpowiedniki, a w razie problemów istnieją autorytatywne źródła, gdzie można sprawdzić sfomułowania nasuwające wątpliwości.

Zupełnie inne doświadczenia edytorskie przynosi mi współpraca z naukowym czasopismem historycznym, dla którego wykonuję zarówno redakcję tekstów po polsku i angielsku, jak i – co ważniejsze dla poniższych rozważań – przekłady abstraktów, streszczeń, a czasem całych artykułów z polskiego na angielski. Kierunek przekładu jest tu kluczowy, tłumaczenie z języka ojczystego na obcy jest wyraźnie trudniejsze. Nie wchodząc w złożone translatoryczne koncepcje, każdy przekład z języka na język to dwa etapy: bardziej odtwórczy (zrozumienie tekstu tłumaczonego) i bardziej twórczy (odtworzenie treści, a w miarę możności także formy przekazu w języku docelowym). Etap drugi określam jako bardziej twórczy, ponieważ zawsze – czasem nawet w przypadku komunikatów złożonych jedynie z kilku słów – istnieje możliwość oddania ich na więcej niż jeden sposób (mówimy tu o sytuacji, gdy sposoby te są równoznaczne, ale nie jednobrzmiące).

Przy biegłej znajomości języka, jeśli mówimy o tekstach naukowych lub publicystycznych, oddanie samej treści wywodu podczas przekładu z polskiego na angielski nie nastręcza specjalnych trudności, a tempo pracy jest tylko trochę wolniejsze niż przy przekładzie w drugą stronę. Prawdopodobieństwo „utraty w tłumaczeniu” jest jednak znacznie wyższe, nawet w zwykłym abstrakcie, w którym indywidualny styl autora raczej słabo się ujawnia, język staje się bardziej sztampowy. Języki germańskie sprzyjają występowaniu cechy charakterystycznej dla przekładów dokonywanych przez osoby niebędące native speakerami lub zawodowymi tłumaczami z długim doświadczeniem – stereotypowej, mało elastycznej składni. Wachlarz konstrukcji gramatycznych w przekładzie jest wówczas wyraźnie węższy niż w oryginale, wielu z nich nie sposób oddać jeden do jednego, ale jeśli gdzieś z tego bogactwa trzeba było zrezygnować, należy choćby spróbować wprowadzić je gdzie indziej (rzecz jasna, o ile nie prowadzi to do przeinaczeń).

Nadmiar odpowiedników

W piśmiennictwie historycznym szczególnie grząskim gruntem jest oddanie w języku obcym terminów, pojęć, a zwłaszcza nazw instytucji, urzędów, zwyczajów, procesów historycznych itp. Niektóre obszary badań historycznych, nawet stricte lokalnych, mogą korzystać z aparatu pojęciowego wypracowanego przez międzynarodową społeczność naukową i np. pojęcia dotyczące życia polskiej, niemieckiej czy czeskiej arystokracji w czasach Oświecenia dadzą się bez problemu oddać w innych językach. Jednak im bliżej współczesności, tym więcej wątpliwości, a teksty o czasach PRL stanowią już dla tłumaczy prawdziwe wyzwanie. Jego źródłem nie jest bynajmniej brak angielskich odpowiedników, ale ich nadmiar – w istniejącym już korpusie anglojęzycznego piśmiennictwa niektóre nazwy własne i inne określenia są oddawane na dwa-trzy różne sposoby. Zdarza się, że poważne publikacje zawierają kompromitujące błędy. Dotyczy to szczególnie monografii i artykułów po polsku, zaopatrzonych jedynie w angielskie abstrakty. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że o ile właściwy tekst po polsku podlega dokładnej redakcji i korekcie, o tyle wielu abstraktów (często przetłumaczonych przez samych autorów) nikt już dokładnie nie sprawdza.

W rezultacie oprócz Polish People’s Republic (tj. PRL) można napotkać People’s Republic of Poland. Pod względem językowym obie konstrukcje są równie poprawne, a to ta druga – choć wyraźnie rzadziej spotykana – jest zbliżona do sposobu tłumaczenia obecnej nazwy naszego państwa (Rzeczpospolita Polska to Republic of Poland, nie Polish Republic). Kresy to Eastern Borderlands, ale napotkałem też na Eastern Frontiers (ta wersja akurat nie jest do końca poprawna). Milicja Obywatelska oddawana jest jako People’s Police (prawdopodobnie kalka z niemieckiego Volkspolizei – dosł. policja ludowa), ale też jako Citizen’s Militia. To ostatnie tłumaczenie jest niepoprawne. Militia to po angielsku raczej ludowe pospolite ruszenie podczas wojny (w początkach amerykańskiej wojny o niepodległość z wojskami brytyjskimi walczyły militias – milicje ludowe), a nie formacja policyjna. Natomiast słowo citizen (obywatel) ma po angielsku inne konotacje niż rosyjskie гражданин, z którego zapożyczono użycie tego słowa w oficjalnym języku władzy w PRL, a także w komunistycznej Czechosłowacji (občan). Podobnie jak w wielu innych sytuacjach przy pisaniu o komunizmie po angielsku tu również problemów nastręcza fakt, że po angielsku właściwie nie ma słów „lud” ani „ludowy” w znaczeniu używanym w komunizmie. Po niemiecku używano rzeczownika das Volk, choć jego znaczenie jest znacznie szersze (w pewnych kontekstach oznacza ono także „naród”). Po angielsku jeszcze za życia Marksa (który zresztą przez wiele lat mieszkał w Londynie) przyjęło się stosowanie rzeczownika zbiorowego people dla odróżnieni od folk (ludność wiejska, ale też członkowie rodziny lub mieszkańcy tej samej małej ojczyzny – ziomkowie). Zatem zarówno wersja Citizens’ Police, jak i People’s Police są równie poprawne. Pierwsza wersja jest literalnie wierniejsza, ja optowałbym za drugą. Jednak także użycie słowa police jest tu wątpliwe, ostatecznie w krajach komunistycznych w Europie (z wyjątkiem NRD) formacje policyjne nie miały w nazwie słowa „policja” dla odróżnienia od państw kapitalistycznych. Dlatego w wielu bardziej naukowych publikacjach stosowane jest fonetycznie zapisane rosyjskie słowo милиция – jako militsya. Taka nazwa może być jednak z kolei niezrozumiała dla osób słabiej zorientowanych w realiach krajów bloku wschodniego. I tak tłumacz miota się między Scyllą a Charybdą.

Masówka w Breslau?

W periodykach o tematyce zawężonej do historii Ziem Zachodnich problematyczne bywa też oddawanie niemieckich nazw i określeń po angielsku. Zdarza się, że tłumacząc z polskiego na angielski, trzeba niejako „cofnąć się” do niemieckiego, który był językiem źródłowym danego terminu. Tak jest z oznaczającym rodzaj okręgu administracyjnego słowem rejencja, które nie ma po angielsku żadnego odpowiednika dającego zbliżone choćby pojęcie, o czym mowa. Dlatego w angielskim przekładzie znaleźć można zapisane kursywą niemieckie oryginalne określenie Regierungsbezirk z dodanym w nawiasie (a nieobecnym w polskim oryginalne) zwięzłym objaśnieniem znaczenia. Generalnie praktykę dodawania w nawiasach objaśnień, gdy przetłumaczona nazwa lub określenie mogłyby nadal być niejasne, uważam za dobrą praktykę. Tłumaczenie tekstu naukowego, także abstraktu, musi być wierne, ale dodanie objaśnień od tłumacza – pod warunkiem, że autor będzie miał możliwość ich skontrolowania – nie jest wykroczeniem przeciw wierności, za to służy drugiej kardynalnej cesze takiego przekładu – zrozumiałości (w sensie umożliwienia czytelnikowi nieznającemu polskiego przyswojenia wszystkich tych informacji, które przyswoi sobie czytelnik polskojęzyczny). Dlatego np. wskazanie, czym był czyn społeczny, może się okazać potrzebne, w anglojęzycznym piśmiennictwie przyjęte jest stosowanie albo fonetycznego zapisu rosyjskiego słowa cубботник (ang. subbotnik), albo ogólnych określeń w rodzaju day of volunteer work. Jeśli nie chodzi o nazwę w miarę znaną, jak PRL czy PZPR (ang. Polish United Workers’ Party), warto podać też w nawiasie oryginalne określenie lub przynajmniej skrótowiec. Jeśli nie ma jednego ustalonego i powszechnie stosowanego odpowiednika angielskiego, wyszukiwanie za pomocą angielskiego tłumaczenia w Internecie czy fachowych bazach materiałów może być bezskuteczne, a przecież nierzadko po to właśnie czytane są abstrakty (zestawienie słów kluczowych nie zawsze wystarcza). Dobrym przykładem jest słowo masówka – relatywnie ubogie możliwości słowotwórcze angielszczyzny sprawiają, że oddanie po angielsku zarówno jego znaczenia, jak i zabarwienia jest niemożliwe. Nie wolno zatem poprzestać na tłumaczeniu samego zdania zawierającego to słowo. Jeśli z treści całego abstraktu nie wynika, czym było takie zgromadzenie, należy 1) w jednym zdaniu w nawiasie wyjaśnić, czym wyróżniało się takie zgromadzenie i 2) podać polskie słowo. Tylko wtedy anglojęzyczny czytelnik będzie w stanie faktycznie korzystać z anglojęzycznego tekstu, a nie tylko uzyskać na jego podstawie ogólne pojęcie o omawianym zagadnieniu.

Takie przekłady to prawdziwa przygoda, polowanie na właściwe słowa, odkrywanie nieoczekiwanych skojarzeń (Ziemie Odzyskane to Recovered, Regained, Reclaimed Lands/Territories? – każde z tych słów ma inne konotacje). Zdarzają się spory zahaczające wręcz o politykę historyczną – w polskojęzycznym tekście przedwojenny Wrocław także nazywany jest Wrocławiem, ale w anglosaskiej literaturze historycznej częste jest stosowanie nazwy Breslau w odniesieniu do tego miasta przed 6 maja 1945 roku, a Wrocław – po tej dacie. Czy poprawiać zgodnie z przyzwyczajeniami wielu anglojęzycznych odbiorców, czy też taka poprawka będzie już przejawem manifestowania proniemieckich sympatii? Całkowicie obiektywne pisanie o historii jest niemożliwe, ale czy uwidacznia się to w tym konkretnym, szczegółowym problemie? Tłumaczowi wolno się pomylić, ale nigdy, przenigdy nie wolno mu być bezmyślnym.

Wróć