logo
FA 12/2020 życie naukowe

Jacek Szołtysek

Antropologizacja nauki szansą na wolność naukową

Rys. Sławomir Makal

Gdyby jednak przenieść się do innego mikroświata i z jego pozycji obserwować dane zjawisko lub rzecz, wówczas – być może – zauważę coś innego? Tyle że muszę opanować inny język, inne reguły obserwacji, inne prawa i zasady, poznać też inną wiedzę. To stosunkowo proste i logiczne, chociaż często nieuświadamiane przez współczesnych badaczy.

Jak każdy badacz rzeczywistości muszę określić przynależność do dyscypliny naukowej, w której plasuję swoją aktywność. Takie są wymogi środowiska, uwarunkowania formalne, jak również tak jesteśmy kwalifikowani w systemie uzyskiwania kolejnych stopni naukowych czy tytułów. Zapewne też jak każdy badacz napotykam w swojej działalności na wiele problemów, które wydają się interesujące, a nawet poznawczo inspirujące, lecz wymykają się z tradycyjnego kręgu tematycznego, którym moja dyscyplina zajmuje się od zawsze. Dysponuje ona nie tylko odpowiednim aparatem pojęciowym, narzędziami i sposobami postępowania naukowego, ale również jest przez innych przedstawicieli mojej dyscypliny traktowana jako sprawdzian poprawności wnioskowania, myślenia, rozumienia, postrzegania (tu jeszcze mogę wymienić cały szereg określeń), zatem dochodzenia do prawdy. Każde odstępstwo od tych „świętych” w dyscyplinie zasad traktowane jest często przez środowisko (w tym w głównej mierze oceniających innych badaczy) jako przejaw niedojrzałości naukowej bądź niedoskonałości w kontekście naszej fachowości oraz samoświadomości. Wiem, o czym mówię, gdyż do nauk społecznych moja droga wiedzie od nauk technicznych, a zainteresowania zmieniałem kilkukrotnie, przy czym im jestem starszy, tym lepiej rozumiem, że najbardziej fascynujący jest fenomen zjawisk, które czają się za zakrętem znanej mi już dyscypliny. Tam otwiera się nowa kraina, z nowymi, niekiedy nieznanymi osobliwościami, a ich zrozumienie nakazuje przyjęcie nowej perspektywy pozwalającej uchwycić te zjawiska i procesy, które mojej dyscyplinie umykają z pola widzenia.

Gdyby porównać ten opis do obrazu podróży przez niezbadaną krainę, jestem jak podróżnik decydujący o kierunku, w którym podążam, podpowiadanym przez ciekawość i intuicję, a nie wskazówki z mapy (często niedokładnej) lub zalecenia z opublikowanych przewodników. U podstaw takiego zachowania leży zapewne odwaga, a tę napędza zjawisko antropologizacji.

Przesuwać granice dyscypliny

Od ponad dwudziestu lat zajmuję się funkcjonowaniem miast jako logistyk i fachowiec od zarządzania, a wcześniej inżynier transportu i chemik, zatem osoba doświadczająca miasta jako laik. Gdy zaczynałem przygodę z miastami, ich ludzka natura wymykała się mojemu zainteresowaniu przede wszystkim dlatego, że koncepcja logistyczna nigdy nie traktowała ludzi w kategoriach podmiotu, a raczej jako zasoby, których przemieszczanie i wspieranie w tym zakresie jest środkiem do realizacji konkretnego celu. Ci ludzie nie mogli wymykać się spod kontroli logistyków czy też wyrażać swojego zdania, np. poprzez akceptację działań bądź dezaprobatę. Tak traktowano zasoby ludzkie w logistyce wojskowej, zaś w logistyce gospodarskiej wymykały się one z optyki zarządzania logistycznego. Ludzie byli traktowani jako część pewnego ekosystemu, niezbędna do tego, by mechanizm wytwarzania funkcjonował.

Z czasem okazywało się, że swoboda moich działań koncepcyjnych jest niebezpiecznie limitowana przez istniejące ograniczenia dyscypliny naukowej, w której dotychczas się poruszałem i czułem pewne. Nie byłem bowiem w stanie, posługując się możliwościami, jakie dawała mi moja dyscyplina, w satysfakcjonujący sposób odpowiadać na nurtujące mnie pytania, nazywane pytaniami badawczymi. Coś, co miałem w polu widzenia, było oddzielone ode mnie polem demarkacyjnym dzielącym poszczególne dyscypliny. Zacząłem więc powoli poszerzać horyzont zainteresowań, próbując przesuwać granice dyscypliny. Takie działanie mnie satysfakcjonowało, dawało ciekawe odpowiedzi na własne poszukiwania, lecz niestety miało też niekiedy negatywne konsekwencje. Wiązało się bowiem z nieprzyjaznym traktowaniem przez część środowiska naukowego, szczególnie tę, w której obiegowe poglądy, wymagania czy też konserwatyzm poznawczy były metodą na utrwalanie wewnętrznego przekonania o własnej doskonałości.

Refleksje w tym zakresie pojawiły się u mnie stosunkowo wcześnie, co uznałem za niebezpieczne okoliczności towarzyszące moim poszukiwaniom. Wszystko zaczęło się od pomysłu na logistykę społeczną. Początki tego nowego typu logistyki zawdzięczamy obserwacjom dylematów, z jakimi coraz częściej przychodzi się mierzyć menedżerom logistyki, którzy podejmując decyzje w ramach zarządzania logistycznego, widzą, że komponent finansowy (ekonomiczny) zaburza ich spokój sumienia, poczucie sprawiedliwości, humanitaryzmu. Gdy coraz częściej mamy do czynienia z takimi uwarunkowaniami w podobnych do siebie grupach zastosowania logistyki, wówczas należy się zastanowić, czy to przypadek, czy może jakaś nowa reguła. Jak w wielu innych sytuacjach rozwój koncepcji logistycznych jest rezultatem oddziaływania sił kształtujących zmiany w logistyce. Siły te wpływają na wybór oraz stopień realizacji celu, naczelnych zasad logistyki, priorytetów, jak również na zakres swobody działań logistyki. Siły napędowe, bo o nich tu mowa – a w szczególności wzrost świadomości społecznej, znaczenia jednostki, zrównoważonego rozwoju i społecznej odpowiedzialności oraz znaczenia zarządzania sektorem publicznym – powodują, że podejmując decyzje zarządcze, w coraz większym stopniu bierzemy pod uwagę (wydawałoby się nieuzasadnione z punktu widzenia prowadzenia biznesu) pozaekonomiczne przesłanki. To jakby odrzucać koncept homo oeconomicus w świecie ekonomii. Jednak dla mnie w centrum uwagi staje człowiek – homo sapiens, homo ludens, homo creator, homo transcendentalis – wskutek czego przesłanki podejmowania decyzji są w pewnych okolicznościach nieekonomiczne oraz umotywowane społecznie czy politycznie, bądź ideologicznie ukierunkowane. To przecież część oglądu antropologów.

Lepiej rozumieć miasto

Obecnie coraz częściej zauważamy, że dobro człowieka, racje społeczne czy polityczne kształtują decyzje zarządcze w logistyce. W zasadzie takie działanie staje się współcześnie regułą, zaś logistycy dopiero zaczynają to zauważać. Stąd modyfikacja w kontekście ustawienia tła humanitarnego w decyzjach zarządczych w obszarze logistyki społecznej, przy jednoczesnym zepchnięciu na dalszy plan kwestii ekonomicznych, oraz skupienie się na jakości życia jako wyznaczniku osiągania celów działań logistycznych, przy zasadzie skuteczności i korzystności działań, pozwoliły nam wyodrębnić w 2009 roku formalnie nowy obszar faktycznego i koncepcyjnego stosowania koncepcji logistycznych. To pozwoliło mi również na istotną zmianę w postrzeganiu logistyki miasta, która dryfuje (a może jest umiejętnie kierowana) w stronę coraz mniej zarządczą, a coraz bardziej społeczną, coraz mniej zekonomizowaną, a coraz bardziej „uczłowieczoną”.

Te nienaukowe i nieprecyzyjne określenia mają jednak pewien sens w mojej narracji. Odnoszą się bowiem do moich przekonań, które ciągle ewoluują w kierunku wolności do wyboru narracji i wolności od zniewolenia formalnymi wymogami dyscyplin naukowych. Impuls do zmian w przestrzeni miasta oraz w sposobie jej użytkowania w narracji logistycznej pochodzi w coraz większym stopniu ze spotkań, rozmów i rozumienia ludzi, nawet jeśli pozyskana wiedza wymyka się pozalogicznemu dociekaniu i rozumieniu rzeczywistości. Tu sięgamy do argumentów psychologów, socjologów, antropologów, demografów, po to by lepiej rozumieć miasto oraz to wszystko, co się w nim odbywa. Umiejętność przekształcania doświadczenia terenowego w narrację oraz możliwość zaprezentowania własnych dociekań badawczych są charakterystyczne zarówno dla pracy antropologa, jak również logistyka miejskiego.

Plasowanie badań i rozważań naukowych na pograniczu dyscyplin obfituje w wiele obiecujących szans, a jednocześnie stwarza szereg zagrożeń. Te szanse to przede wszystkim możliwość interpretowania zjawisk w nowym nurcie, przyglądanie się oczami własnej dyscypliny zdarzeniom i faktom, o których reprezentanci innych dyscyplin już zdążyli się fachowo wypowiedzieć, jak również pozwala na twórczą interpretację ewentualnych różniących się stanowisk. Takie przyglądanie się oczami dyscypliny nie jest statycznym i niezmiennym filtrowaniem obrazu na potrzeby „ideologii” dyscypliny, a raczej ćwiczeniem oczu, by widzieć coraz więcej oraz zauważać to, co zazwyczaj omiataliśmy wzrokiem jako zjawiska nieistotne. By te rzeczy nieistotne stały się impulsem do nowych wrażeń naukowych.

Pisałem o tym szeroko w książce Jakość życia w mieście. Poglądy interdyscyplinarne (CeDeWu, Warszawa 2018). Napisałem tam, że wzajemne przenikanie poszczególnych dyscyplin jest ogólną tendencją występującą w wielu dziedzinach nauki. Wynika to z tego, że w zasadzie niemożliwe jest rozwiązywanie współczesnych problemów naukowych tylko w ramach metod i treści jednej dyscypliny. Konieczność interdyscyplinarnego podejścia do problemów naukowych wymaga wykorzystania dorobku i narzędzi często kilku dyscyplin czy nawet dziedzin nauki. Jeżeli uznać, że każda dyscyplina różni się od pozostałych nie tylko domeną (co jest oczywiste), ale również językiem, metodami badawczymi, a stąd charakterem formułowanych praw, regułami je wiążącymi, oraz – co oczywiste – tworzoną i gromadzoną wiedzą, to wpisując się w taki mikroświat we wszechświecie nauki, jestem w stanie zobaczyć tyle, ile ogląd badawczy mojej dyscypliny mi to umożliwia, metody pozwalają mi dostrzec, język opisać, a system reguł i praw wnioskować, zatem wypowiadać sądy.

Gdyby jednak przenieść się do innego mikroświata i z jego pozycji obserwować dane zjawisko lub rzecz, wówczas – być może – zauważę coś innego? Tyle że muszę opanować inny język, inne reguły obserwacji, inne prawa i zasady, poznać też inną wiedzę. To stosunkowo proste i logiczne, chociaż często nieuświadamiane przez współczesnych badaczy. Ich próby spoglądania na rzeczy i zjawiska z nowej dla nich perspektywy, rozumiane jako interdyscyplinarność, nie przynoszą powodzenia, gdyż ci badacze próbują posługiwać się językiem własnej dyscypliny, własnymi poznanymi metodami, prawami i regułami i wnioskują, opierając się na wiedzy własnej, a nie nowej dyscypliny. W zdecydowanej większości zapominamy o intersubiektywnej komunikowalności, uznając prawo do tego, że każdy może posługiwać się swoistym metajęzykiem oraz językiem przedmiotowym, chociaż niewykluczone są wspólne, zgodne interpretacje poszczególnych pojęć kluczowych. To też jest problem wielu badaczy, którzy komunikując się z otoczeniem, zapominają o precyzji języka, przypisując pojęciom znanym w innych dyscyplinach swoje własne interpretacje. I tu znowu nawiązujemy do antropologii.

Za i przeciw

W tekście artykułu Pułapki pracy naukowej – refleksje metodyczne („Organizacja i Kierowanie” nr 4, 2016) podkreślałem, że analiza wielu współczesnych tekstów naukowych plasowanych na pograniczu dyscyplin wskazuje na to, że współcześnie coraz bardziej widoczna staje się ekspansja myśli antropologicznej na zewnątrz profesji, której towarzyszy „wzrost rangi całej dyscypliny, jej społecznej widoczności”, antropologizacja myślenia w sensie uznania dla wartości, na jakich opiera się „swoistość perspektywy antropologicznej” (patrz: M. Kempny, E. Nowicka, Badanie kultury. Elementy teorii antropologicznej, PWN, Warszawa 2003). Ponadto, co jest szczególnie zauważalne również w naukach społecznych, antropologiazacja nauk humanistycznych ujawnia się już na poziomie terminologicznym, w formie upowszechnienia nomenklatury przejętej z języka antropologii kulturowej, charakterystycznej dla szkolnictwa anglosaskiego.

Kolejnym symptomem tego zjawiska jest ukonstytuowanie się nowych dziedzin badawczych, zwłaszcza różnych form kulturoznawstwa (Cultural Studies), aspektywnie scalających dokonania dyscyplin filozoficznych, humanistycznych i społecznych. Zjawisko to obrazuje wzrastająca liczba przekładów opracowań z zakresu antropologii kulturowej na język polski oraz polskich opracowań z tej dziedziny. „Proces ten wskazuje nie tylko na zadomowienie się antropologii kulturowej w nauce polskiej, a także na programową próbę ugruntowania tego podejścia w naukach humanistycznych, a nawet społecznych” (W. Piasek, Antropologizowanie humanistyki. Zjawisko – proces – perspektywy, UWM Olsztyn 2009). Te myśli naprowadzają nas na stwierdzenie, że powoli wyzwalamy się z okowów dyscyplin, wchodząc na intensywną ścieżkę interdyscyplinarności.

Za interdyscyplinarnością, a zatem za wolnością w nauce, przemawiają następujące argumenty: po pierwsze – świat jest całością, która badana we fragmentach daje obraz rozmyty i niekompletny. Rozmyty obraz to niepewność wiedzy pozyskanej, to podejrzenie o jej nietrwałość, ale też wyzwanie dla kolejnych badaczy, by sprawdzali, na ile ta wiedza jest trwała, odporna na próby podawania jej w wątpliwość. Po drugie – poznanie interdyscyplinarne, jako dążące do holistycznego poznawania świata, jest po prostu bardziej naturalne, bo pozbawione „ideologii” dyscyplin narzucających często odmienne rygory. Po trzecie – interdyscyplinarne badanie rzeczywistości powinno być bardziej efektywne poznawczo (szczególnie w naukach społecznych). Tu antropologizacja jest najcenniejszym zasobem, jakim badacze dysponują. Po czwarte – pewne problemy i tematy wręcz wymagają interdyscyplinarnego podejścia.

Te argumenty, przytaczane za M. Golką (Potrzeby i trudności multi– i interdyscyplinarności, IFiS PAN, Warszawa 2014), a interpretacyjnie przeze mnie poszerzone, wydają się ogólniejsze i mniej przekonywujące niż argumenty przeciwko interdyscyplinarności. Zastanawiając się na tym, dlaczego odnoszę takie wrażenie, dochodzę do wniosku, że prawdopodobnie obawy są mi bliższe niż racje przemawiające za stosowaniem interdyscyplinarności. To obawy osoby, która – wychowana w duchu przynależności do dyscyplin – obawia się wolności jako wyzwania funkcjonowania bez ograniczeń w badanych i wnioskowaniu? Te obawy w istocie dotyczą środowiska, w którym funkcjonuję, czyli naukowców, którzy sami będąc zbyt niepewnymi co do swoich kompetencji, nie wychylają się poza własną dyscyplinę; dotyczą też niekompetencji recenzenckiej, gdy tematyka jest rozpatrywana z punktu widzenia innej dyscypliny. To częsty przypadek, gdy recenzenci osadzeni w jednej dyscyplinie nie są w stanie zrozumieć, że poglądy na te same sprawy czy zjawiska, prezentowane w interdyscyplinarnej optyce, mogą być równie prawdziwe, jak ich własne poglądy. Musimy uczciwie przyznać, że takie ograniczenie zmniejsza naszą przydatność we współczesnym systemie szkolnictwa wyższego, gdy wartość dorobku mierzona jest punktami, a te zależą między innymi od akceptacji środowiska naukowego dla moich wysiłków publikacyjnych. Niemniej wolność w nauce jest kusząca. Dlatego warto namawiać każdego pracownika nauki, by zrozumiał i zaakceptował, że jedynie słuszne metody, narzędzia, teorie, wiedza nie są domeną wyłącznie uprawnianej przez nich dyscypliny naukowej.

Prof. dr hab. inż. Jacek Szołtysek, kierownik Katedry Logistyki Społecznej na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach

Wróć