logo
FA 11/2024 dlaczego uniwersytet już nie imponuje?

Krzysztof Koehler

Profesor czy menedżer?

Profesor czy menedżer? 1

Rys. Sławomir Makal

Kiedy wewnętrzne, acz niezbędne, zaangażowanie i samokontrola wynikłe z dojrzałości i poważnego podejścia do swego zadania jako badacza zostały zastąpione numeryczną, zewnętrzną kontrolą, etos Profesora zaczął przemieniać się w sprawność Menedżera, prowadząc niekiedy do sytuacji dosyć komicznych, takich jak „organizowanie” publikacji artykułów w punktowanych czasopismach naukowych kolegom czy koleżankom.

Egzaminy u Niego były legendą wśród studentów pierwszego roku. „Dziadek”, bo tak nazywano Go w rozmowach studentów, słynął z nieszablonowych zachowań na egzaminach. Zresztą też Jego wykłady przynosiły spory pokaz możliwości retorycznych: głos wznosił się aż w okolice kontratenoru albo opadał do poziomu basu. Ekspresję wzmagała silna gestykulacja. Wszystko to powodowało, że wcale nie wydawało się, kiedy wykładał, że do najwyższych starszych panów nie należy. Wiedziano powszechnie, że lubił żart i spokojnie przepuszczał studenta, który potrafił sprawnie zareagować na pytanie: „A z kim właściwie żenił się Jan Zamoyski podczas uroczystości, dla uczczenia których Jan Kochanowski napisał swoją Odprawę posłów greckich?”. Odpowiedź „ze swoją żoną” była wybawieniem studenta z kłopotów z pamięcią.

Albo inny profesor, legendy o którym krążyły wśród studentów późniejszych lat: że wie absolutnie wszystko, że w domu urządza prywatne seminaria i wtajemniczeni opowiadają potem o tak wielkiej liczbie książek, że jego mieszkanie przypomina labirynt, bo książki zalegają dosłownie wszędzie. I że on je wszystkie przeczytał, a potrafi czytać całymi stronami naraz.

Albo inny jeszcze profesor, który na egzamin zapraszał do swej chaty w Gorcach, gdzie akurat przebywał, że trzeba mu było pomóc w pracach (a była to chata bez elektryczności i oczywiście bez kanalizacji) a egzamin zdawało się u niego, dopóki się go nie zdało. Że nikt nikogo nie popędzał i że sam student wybierał moment w trakcie swoich studiów, kiedy już ma poczucie, że wie na tyle, by egzamin zdać.

Albo owe seminaria doktorskie w pięknych, starych profesorskich mieszkaniach. Albo owe seminaria magisterskie, które profesor decyduje odbyć z wtajemniczonymi w „Zalipiankach” albo u siebie w domu. Wciąż pamiętam, jak podczas jednego z takich seminariów, odbywających się w salonie, profesor nagle wstał i wrócił z dwoma marynarkami, które właśnie dostał w paczce z Londynu, i namawiał mnie, aby je wziął, bo „panie kolego, w czytelniach strasznie wypychają się rękawy swetra”.

Stary uniwersytet. Stary system oryginałów – mistrzów i ich uczniów w stopniowo malejącej hierarchii: od adiunktów, którzy mieli przywilej zastępowania Mistrza na niektórych wykładach, prowadzili z nami zajęcia, ale także towarzyszyli studentom swoich grup na ciągnących się godzinami egzaminach; potem doktoranci, magistranci a potem my – studenci.

Wychodząc naprzeciw argumentacji naszego pięknego czasu: nie jest tak, że bycie Profesorem to był wyłącznie przywilej męski, przynajmniej w latach 80. XX wieku. Pewna słynna profesor od Romantyzmu z Warszawy, pewna słynna Profesor od literatury staropolskiej z Katowic, moja mentorka z Instytutu Badań Literackich, recenzentka mojej habilitacji czy później poznana Pani Profesor od literatury oświeceniowej: to były Mistrzynie, wokół których gromadził się zespół uczniów i uczennic, uczniów tych uczniów i tak dalej. Taki był uniwersytet, w którym zaczynałem akademicką drogę.

Wymiana dominujących postaci

Zapewne to typ uniwersytetu, który swymi korzeniami (mimo komunistycznego lodowca, a może dzięki niemu) sięgał jeszcze do modelu uniwersytetu typu humboldtowskiego. W następujący sposób opisał szerszy kulturowy kontekst tego uniwersytetu Alasdair MacIntyre, opisując XIX-wieczne postaci, które amerykański filozof określa „moralnymi reprezentantami swojej własnej kultury a to dzięki temu, że idee oraz teorie moralne i metafizyczne znajdują dzięki tym postaciom możliwość zaistnienia w świecie społecznym” (Alasdair MacIntyre, Dziedzictwo cnoty. Studium z teorii moralności, przeł. Adam Chmielewski, Warszawa PWN 1996, s. 69). Postaci te, charakterystyczne dla kultury XIX wieku (sprzed przełomu modernistycznego) MacIntyre nazywa następująco: są to postaci „Dyrektora Szkoły Publicznej, Podróżnika i Inżyniera. Kulturę Niemiec z okresu wilhelmińskiego definiują analogiczne postaci Oficera Pruskiego, Profesora i Socjaldemokraty” (Tamże, s. 68 – 69). Oczywiście MacIntyre świadom jest umowności swoich wskazań, jak również swego rodzaju przygodności swoich typów (w końcu Europa to także Francja, Cesarstwo Austriackie czy Rosja, gdzie niekoniecznie owe postaci zajmują uprzywilejowane pozycje). I dlatego, przedstawiając w swej wypowiedzi zastrzeżenia, dowodzi, iż „Dyrektor Szkoły Publicznej w Anglii i Profesor w Niemczech – by poprzestać tylko na tych dwóch przykładach – to było coś więcej niż tylko role społeczne: stanowiły one moralny fundament całych zbiorów postaw i czynów. Postacie te mogły wypełnić swoje funkcje właśnie dlatego, że stanowiły ucieleśnienie pewnych teorii i twierdzeń natury moralnej i metafizycznej” (Tamże, s. 71-72).

Celem wywodu w Dziedzictwie cnoty jest wykazanie tąpnięć czy zmian, które nastąpiły w wyniku zastąpienia paradygmatu poprzedniego „naszymi”, jak dowodzi MacIntyre, „emotywistycznymi czasami”. Czasy te mają inne postaci dominujące na tym etapie kultury. Te współczesne kluczowe postaci według niego to Bogaty Esteta, Menedżer i Terapeuta. „Menedżer – spieszy z wyjaśnieniem filozof – reprezentuje zatarcie różnicy między manipulacyjnymi i niemanipulacyjnymi stosunkami społecznymi. Terapeuta reprezentuje zatarcie tej samej różnicy w sferze życia osobistego. Menedżer uznaje cele za dane, są one poza zasięgiem jego zainteresowania; koncentruje się na technice i skuteczności przekształcania surowca w produkt końcowy, niewykwalifikowanej siły roboczej w wykwalifikowaną, inwestycji w zysk. Terapeuta również traktuje cele jako dane, jako usytuowane poza jego zasięgiem; i on skupia swoją uwagę na technice i skutecznym przekształcaniu symptomów neurotycznych w działanie ukierunkowane, jednostek nieprzystosowanych w jednostki dobrze przystosowane”.

MacIntyre nie pisze o edukacji, ale jego opis funkcjonowania postaci, o których wspomina, odpowiada zmianom, które nastąpiły w naszych czasach. Technika, skuteczność, zysk, pragmatyka postępowania – czy to na poziomie społecznym, czy wewnętrznym – to system pojęć, którymi możemy charakteryzować zmiany, jakie zaszły w tej dziedzinie. Jeśli zatem przyjmiemy zaproponowane przez autora pracy Bóg – filozofia – uniwersytety rozróżnienie, być może łatwiej będzie nam zrozumieć, co się wydarzyło pomiędzy opisaną przeze mnie w pierwszych akapitach rzeczywistością uniwersytetu z początku lat 80. XX wieku (okres mojego studiowania) a dzisiejszym owego uniwersytetu funkcjonowaniem.

Wzrastać w swoim człowieczeństwie

Warto być może tak samo popatrzyć w kontekście nas interesującym na miejsce wiedzy czy nauki w systemie poprzednim (niechże będzie wilhelmiańskim) a modernistycznym (a może już raczej należałoby powiedzieć postmodernistycznym). Pomiędzy nawet, niech będzie, instytucjonalnym podejściem do niej Profesora a pragmatyzmem czy utylitaryzmem (eksperckość) Menedżera czy (sprowadzającego to samo do poziomu indywidualnie – osobowego) Terapeuty – jest znacząca różnica. Uniwersytet Profesora jest instytucją badawczą, istniejącą w ramach ustalonej struktury, sam Profesor staje się ucieleśnieniem, wyobrażeniem ideału wiedzy stałej, pewnej, wielkiej acz możliwej do osiągnięcia. Charakterystycznie też ma on wobec owej Wiedzy posługę nieomalże kapłańską; jako wtajemniczony, jest owej wiedzy głosicielem i nosicielem. Przy czym jest to wiedza, która może mieć praktyczne, pragmatyczne zastosowanie, za nie jednak Profesor nie odpowiada: to ten, który czerpie wiedzę od Autorytetu Profesorskiego, sam decyduje, co (jeśli cokolwiek) z nią uczyni. Profesor przekazuje wiedzę wedle maksymy: uczysz się nie po to, by coś z wiedzą uczynić (pragmatyzm), uczysz się, by wiedząc więcej, wzrastać w swoim człowieczeństwie.

Taki był, jak sądzę, model mojego uniwersytetu, taka wizja wiedzy budowała w moich oczach pozycję Profesorów (swego rodzaju nimb ich otaczający), ale tak samo, myślę, ich sposób funkcjonowania nie tylko na Uniwersytecie: ich sposób bycia, wyrażania się, ich podejście do swej funkcji jako Profesorów.

Kiedy Profesora zastąpili Menedżer czy Terapeuta, doskonale widać, co się wydarzyło: pragmatyzm, zastosowanie, użyteczność stały się przeznaczeniem czy celem zdobywania wiedzy. Kiedy pozostajemy na terenie Uniwersytetu, widzimy, że Profesora zastąpił Pracownik Naukowy. W ramach korporacyjnej struktury działania Menedżera, wewnętrzny i oczywisty etos Profesora (etos, który jest niczym innym jak uświadomioną powinnością) zastąpiły przeróżne mechanizmy kontroli korporacyjnej (od sylabusów po oceny studentów), zaś naturalny wszak dla Profesora i istotowo mu właściwy model zdobywania czy pogłębiania, poszerzania wiedzy a także dzielenia się nią w ramach Instytucji, jaką jest Uniwersytet, zastąpiło ciułanie punktów i pieczołowite wypełnianie przeróżnych tabelek. I tak wszystkich Pracowników Naukowych (od Profesora, który już nie jest Mistrzem, do asystenta, który też już czeladnikiem nie jest) ocenia się oceną roczną czy parametryczną, jak korporację, która bierze permanentnie udział w rankingach.

Pragmatyzm menedżerskiej kontroli

Niemałym dla mnie zagadnieniem do rozstrzygnięcia jest analizowanie przyczyn tej zmiany. Zwykle – pewnie słusznie – szuka się ich w zjawiskach wobec Uniwersytetu zewnętrznych (poziomu edukacji szkolnej, zbiurokratyzowanie procesu nauczania, konieczność wszechogarniającej kontroli wszystkich uczestników procesu edukacji, biurokratyczność reguł działania itd., itp.) Myślę, że wszystkie te przyczyny (a jest ich zapewne dużo więcej niż wymienione tutaj) są prawdziwe i wymienianie ich zasadne, niemniej jednak zapewne w wyniku stanu, kiedy wiedza (rozumiana jako informacja) stała się osiągalna natychmiastowo, uniwersytet (a na pewno nauki humanistyczne) musiał się przekształcać w kierunku instytucji wspierającej tą wiedzą zarządzanie.

Innymi słowy: kiedy podaję swoim studentom podstawowe informacje o dajmy na to Wacławie Potockim, to nieuchronnie nachodzą mnie wątpliwości, czy moja aktywność ma sens, gdyż wystarczyłoby, gdybym wskazał im pewne miejsca, gdzie taka informacja się znajduje. I wobec tego moje zadanie zmienia się w zadanie kogoś, kto zajmuje się, po pierwsze, zainteresowaniem studentów dawnym pisarzem, nie tylko z tej racji, iż potem muszą zdać egzamin, ale też dlatego, iż z jakiegoś powodu jestem przekonany, że to, co tworzył, miało (i ma nadal być może) znaczenie, a po drugie pomagam im zrozumieć, o czym i w jakim celu ów dawny pisarz mówił. Tego internetowa „wiedza” czy też informacja im nie zapewni.

Dawny Profesor w większości wypadków wypełniał oba zadania, a poza tym był zasadniczym źródłem informacji w sprawie, o której się wypowiadał.

Zasadnicza jednak przyczyna zepsucia uniwersytetu, czyli sytuacji, kiedy Profesora zastąpili Menedżer i Terapeuta, leży gdzie indziej. Pragmatyzm menedżerskiej kontroli czy zarządzania wspólnotą badawczą za pomocą procedur – to jest zasadniczy powód upadku uniwersytetu. Mówiąc kolokwialnie: jako Pracownicy Naukowi od dłuższego już czasu przyglądaliśmy się (biernie niestety) temu procesowi w szkolnictwie podstawowym i średnim, przez jakiś czas łudząc się, że zmiany te nie mają wstępu na uniwersytet. Stało się jednak inaczej: dzisiaj zarządzanie kontrolą i procedurami stało się faktem. Środowisko naukowe bezdyskusyjnie właściwie przyjęło tę nową metodę działania, która – w moim przekonaniu – prowadzi do katastrofalnych konsekwencji. Wspomnę tylko o dwóch: jedna niewidoczna jest gołym okiem, druga jak najbardziej.

Ta niewidoczna to korporacyjny przymus zastępujący wolne decyzje wynikające z etosu Profesora. Uświadomiona powinność badacza a przede wszystkim naturalny i właściwy mu impuls do działalności naukowej – to były jedyne i główne przesłanki do prowadzenia badań. Ciężar ich spoczywał na podmiocie, który dlatego był badaczem, że spełniał się w tychże działaniach jako jednostka. Śmiem twierdzić, iż była to działalność con amore: połączenie pasji z wykonywanym zawodem. Wynikały też z takiego podejścia do samorealizacji jednostki zadania związane z dydaktyką, określić je można mianem „dzielenia się” swoimi fascynacjami, poszukiwania potencjalnych następców czy kontynuatorów.

Kiedy w tę delikatną materię wkroczyły ze swoją ingerencją kontrola, sprawozdawczość, konkurencyjność mierzona punktami – innymi słowy: kiedy wewnętrzne, acz niezbędne, zaangażowanie i samokontrola wynikłe z dojrzałości i poważnego podejścia do swego zadania jako badacza zostały zastąpione numeryczną, zewnętrzną kontrolą – etos Profesora zaczął przemieniać się w sprawność Menedżera, prowadząc niekiedy do sytuacji dosyć komicznych, takich jak „organizowanie” publikacji artykułów w punktowanych czasopismach naukowych kolegom czy koleżankom, tym, którzy pod koniec okresu sprawozdawczego orientują się, że nie uciułali wystarczającej liczby punktów.

To już zaczyna być owa widzialna, nie wewnętrzna, ale dziejąca się w przestrzeni środowiskowej, konsekwencja owej przemiany. Aby ją unaocznić, odwołam się do pewnego przykładu, kiedy to do mnie jako organizatora konferencji naukowej zgłosiła się koleżanka z innej uczelni z wielką prośbą, bym się zgodził, żeby przedstawiła swój referat w języku angielskim. Czemu? Bo przyda się to jej, kiedy będzie przedstawiać swoje sprawozdanie z dokonań naukowych. Absurdalność tej prośby, od której udało mi się koleżankę odwieść w końcu, wynikała wszak z konieczności sprostania wymaganiom, które nie wynikały z jej wewnętrznej potrzeby, tylko z oczekiwań numerycznego kontrolera.

Powrót do postaci Profesora?

Warto też zauważyć na koniec, że w ostatniej dekadzie (a może należałoby sięgnąć odrobinę wcześniej) pojawiła się w naszej rzeczywistości akademickiej niezwykle ciekawa postać: jest nim Menedżer Nauki. Postać ta stanowi znaczące połączenie dawnego Profesora z Menedżerem. (Całkiem podobnie, na marginesie mówiąc, w dziedzinie kultury w ostatnim okresie pojawiła się analogiczna postać Menedżera Kultury).

Kim jest Menedżer Nauki? To ktoś więcej niż Pracownik Naukowy, to ktoś, kto ma zdolność i umiejętność organizowania i zdobywania grantów naukowych, którymi zazwyczaj kieruje. Menedżer Nauki ma nieco szerszy zakres kompetencji niż Profesor. Przede wszystkim różni się od niego tym, że potrafi zdobyć grant i następnie nim pokierować. Znajomość z nim jest ważnym elementem kariery uniwersyteckiej innych Pracowników Naukowych: za uczestniczenie w grancie otrzymają punkty, które się liczą w numerycznej corocznej (lub co kilka lat się odbywającej) kontroli. Zarazem też talenty menedżerskie Menedżera Nauki pozwalają Pracownikom Naukowym uczestniczącym w jego grancie poprawić domowy budżet. Talenty te wpływają na rozpoznawalność Menedżera Nauki w środowisku naukowym, a zarazem uczestniczenie Pracownika Nauki w ważnych czy prestiżowych grantach buduje jego pozycję w środowisku Pracowników Nauki.

Nie wiem czy w naszych czasach, którymi rządzi coraz mocniej strategia podejrzeń, w ogóle da się wyobrazić sobie powrót do postaci Profesora. Jesteśmy już gdzie indziej. Chyba nawet Menedżer czy Terapeuta to postaci, których czas przeminął. Zastanawiam się zatem, czy w czasach Instagramera albo Celebryty jesteśmy w stanie w ogóle takie podejście rozważać. Jedyną nadzieją są… badacze, osoby, które znajdują niekłamaną przyjemność w działalności naukowej. Wciąż są, wciąż się pojawiają. Nie odpycha ich przemiana uniwersytetu w placówkę dydaktyczną ani badacza w kolekcjonera punktów. Wszelkich tego typu zjawisk zapewne doświadczają jako utrudnień czy ograniczeń. Ale póki jest w nich pasja, która każe badać, zgłębiać i dzielić się swoją wiedzą i odkryciami z innymi, nie ma potrzeby się lękać. Pamiętajmy, że w dziejach uniwersytetów były i takie okresy (jak na przykład na początku renesansu), kiedy to, co ważne dla kultury (a humanistyki na pewno), działo się poza uniwersytetami. Bo przyrodzona człowiekowi pasja do poszerzania poznania nigdy nie zaginie i żadne, najbardziej nawet dokuczliwe utrudnienie jej nie zgasi.

Prof. dr hab. Krzysztof Koehler, literaturoznawca, Wydział Nauk Humanistycznych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie

Wróć